nowości kinowe

Panaceum

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Antydepresant

Panaceum” Stevena Soderbergha to precyzyjnie skonstruowany thriller, w którym roi się od wolt. Najlepiej nic o nim nie czytać i od razu iść do kina.

Niełatwo pisać o nowym filmie Stevena Soderbergha, i bynajmniej nie wynika to z faktu, że jest to kino trudne czy niezrozumiałe. Wręcz przeciwnie – „Panaceum” to pierwszorzędnie skrojony thriller, za którym nie kryje się nic więcej, jak pragnienie dostarczenia widzom rozrywki. Uznany reżyser nieraz eksperymentował z gatunkami, tworząc często obrazy przeznaczone bardziej dla filmoznawców niż wielbicieli danej odmiany filmowej, czego najlepszym przykładem jest choćby zeszłoroczny film akcji „Haywire”. Tym razem postanowił nakręcić elegancki, hitchcockowski wręcz kryminał, bez formalnych udziwnień i zabaw z chronologią. To znakomita wiadomość dla fanów takiego kina. Nieco gorsza dla niżej podpisanego, który o fabule nie może za dużo napisać, a tym bardziej o kierunku, w jaką ta historia zmierza.

Martin Taylor ostatnie cztery lata spędził w więzieniu, oskarżony o oszustwa giełdowe, i teraz wychodzi na wolność. Jego żona, Emily, nie posiada się ze szczęścia, lecz szybko zaczyna przejawiać objawy depresji, a nawet skłonności samobójcze. W szpitalu poznaje dr. Jonathana Banksa, psychiatrę, do którego zaczyna uczęszczać na wizyty. Przepisane leki nie dają zadowalających rezultatów, dopóki Emily nie zaczyna brać szeroko reklamowanej Ablixy. Do małżeństwa Taylorów wraca radość i życie, depresja znika jak za dotknięciem magicznej różdżki, lecz ma to swoją cenę w postaci efektów ubocznych leku – Emily zaczyna lunatykować. Wkrótce dochodzi do tragedii.

Kto lubi dobrze napisane i zaskakujące, za to pozbawione scen akcji thrillery, ten niech w tym momencie przerwie czytanie tej recenzji i zarezerwuje sobie bilet do kina. Celowo nie zdradzam, kto jest głównym bohaterem „Panaceum”. Nie piszę nawet, przeciwko czemu bądź komu przyjdzie mu/jej walczyć. Radość z obcowania z nowym filmem Soderbergha wynika poniekąd z faktu ciągłych zmian. Gdzieś po czterdziestu minutach dochodzi do serii roszad – najpierw zmienia się bohater, następnie problematyka, a wraz z nią ciężar opowieści. Leki i przemysł farmaceutyczny odgrywają tu dużą rolę, lecz zupełnie inną, niż można na początku sądzić.

Skoro mowa o zaskoczeniach, proszę nie myśleć o „Panaceum” jako o następcy takich filmów jak „Podejrzani”, „Szósty zmysł” czy „Gra pozorów”. Soderbergh nie stara się zszokować widowni jednym, celnym twistem. Zamiast tego serwuje sceny, a nawet ujęcia mało ważne, które wraz z rozwojem fabuły zaczynają odgrywać znaczącą rolę. Jednocześnie nowego sensu nabierają sceny pozornie oczywiste. Co najciekawsze, godzina nie mija, kiedy cała historia wydaje się zmierzać do oczywistego zakończenia. Jest już tak naprawdę „po fakcie”, gdy główny bohater decyduje się na walkę, choć jedyne, na czym mu zależy, to oczyszczenie swojego imienia. Zagrożone jest nie życie, lecz reputacja, a ta w Nowym Jorku jest najwyraźniej bezcenna.

Soderbergh zaczyna swój film najazdem kamery na budynek, w którym mieszkają Taylorowie. Kamera przybliża się do okna ich mieszkania, w którym właśnie doszło do dramatu. W ostatnim ujęciu „Panaceum” natomiast oddala się od okna budynku – lecz jest to już szpital psychiatryczny. Przekaz jest jasny – wszyscy jesteśmy chorzy, bez znaczenia – zamknięci czy nie. Grany przez Jude’a Lawa dr Banks tłumaczy wyjazd z Anglii i podjęcie pracy w USA faktem, że amerykańscy pacjenci inaczej podchodzą do wizyt u psychiatry – oni chcą wyzdrowieć. Zaufanie, jakim obdarza się lekarza, wydaje się naturalne, i wypływa z troski o samego siebie. Ale działa to również w drugą stronę. Scenariusz Scotta Z. Burnsa odkrywa w sposób sensacyjny zależności między lekarzem a pacjentem – w pewnym momencie zastanawiamy się, kto ma nad kim większą kontrolę.

Aktorsko film stoi na bardzo dobrym poziomie i trudno zarzucić cokolwiek nie tylko gwiazdom (obok wspomnianego Lawa grają również Rooney Mara, Channing Tatum i Catherine Zeta-Jones), ale i aktorom drugoplanowym i epizodycznym. Wśród postaci jest kilka perełek, np. matka Martina, prowadzący sprawę prokurator czy przesłuchujący Banksa, który ma stwierdzić, czy doszło do zaniedbań ze strony psychiatry. Nawet wspólnicy lekarza – na ekranie są obecni nie dłużej niż dwie minuty – robią rewelacyjne wrażenie. Całość jest świetnie sfotografowana przez reżysera i okraszona dobrą, nie narzucającą się uszom muzyką Thomasa Newmana.

Nie chcę niepotrzebnie wydłużać tej recenzji, bo nie ma po co. „Panaceum” nie zapisze się w historii kina jako arcydzieło, ani nawet jako jeden z najlepszych filmów Soderbergha. Nie będzie ubiegać się o ważne nagrody i wątpliwe, aby pojawiło się w najlepszej dziesiątce, gdy pod koniec roku krytycy będą wybierać swoje typy. Pozostawi natomiast po sobie przyjemne wrażenie. Jest to film, który, być może wbrew opisowi, ma dostarczyć widzom nienachalnej rozrywki i paru przemyśleń dotyczących natury ludzkiej. Wiem, że jak na thriller brzmi to niegroźnie. Wie to również sam reżyser, który jednak sprawi, że cała sala podskoczy w swoich fotelach, gdy nadejdzie właściwy moment. A potem będzie jeszcze lepiej.

Ostatnio dodane