Pan Peabody i Sherman - recenzja | FILM.ORG.PL

Pan Peabody i Sherman

Historia świata, historia rodzinna.




DreamWorks w formie




Maciej Niedźwiedzki
08.03.2014



Pan Peabody – najmądrzejszy pies na świecie – zawitał w końcu do kina. Kojarzony z amerykańskiej kreskówki powstałej w latach pięćdziesiątych. W Polsce nie jest to postać bardzo popularna ani łatwo rozpoznawalna. Większą sławą na pewno cieszy się ferajna ze Stumilowego Lasu, Piotruś Pan, bohaterowie Disneya czy postaci ze złotej ery Cartoon Network, czyli: Dexter, trzy Edy, Johnny Bravo bądź Krowa i Kurczak. Pan Peabody gdzieś umknął wśród tej mocnej konkurencji. Rodzice częściej
wychowują swoje dzieci za pomocą innych bajek.

DreamWorks jednak wraca do postaci stworzonych przez Teda Keya i unowocześnia tą bajkę, stosując animacje komputerową i efekt 3D. Najważniejsze jest jednak to, że udowadnia nośność tej opowieści i ogromny potencjał, jaki tkwi w jej bohaterach. Wytwórnia ta znowu przekonuje mnie do siebie, bo nie robi kolejnych sequeli Shreka, Madagaskaru czy odtwórczych Rybek z ferajny. Zeszłoroczni Krudowie, Jak wytresować smoka, Megamocny i Pan Peabody i Sherman są dla mnie dowodami na kreatywność i pomysłowość twórców. W końcu tworzą nowe światy, nowych bohaterów, nie giną w bezcelowych intertekstualnych gierkach. Zorientowali się, że postmodernistyczna zabawa nie ma sensu, a ilość wpakowanych do filmu zapożyczeń nie przekłada się na jego ocenę. Czekałem na tę przemianę.

Wrzucanie do fabuł miliona cytatów i mruganie okiem do widza zabija w moich oczach opowieść – wszystko zmierza jedynie do erudycyjnego popisu, którego potem trudno jakkolwiek sensownie wykorzystać. W dodatku niepotrzebnie odwraca uwagę. DreamWorks chyba wreszcie przestał zjadać własny ogon i zaczął podążać właściwą ścieżką, tworząc oryginalne uniwersa albo adaptując na potrzeby kina uznane marki. Strażnicy marzeń i Pan Peabody i Sherman są dobrymi tego przykładami. Wreszcie zaczynam wierzyć w to studio i czekać na kolejne jego produkcje.

dog

Wróćmy jednak to animacji w reżyserii Roberta Minkoffa (twórcy m.in. Króla Lwa). Pan Peabody jest wszechstronnie wykształconym psem: jest naukowcem, lauratem dwóch nagród Nobla. Nie jest mu obca ani sztuka barmańska, ani tajniki fizyki i chemii. Jednak najbardziej chce być ojcem – dlatego adoptuje porzuconego małego chłopca, Shermana. Ten w pierwszy dzień szkoły wpada w tarapaty po bójce z klasową rywalką o imieniu Penny. Dodatkowo, w to wszystko wplątuje się kuratorka, grożąca odebraniem Panu Peabody prawa do opieki nad Shermanem. To opis samej fabuły i przebiegu kolejnych wydarzeń, który upraszcza i trywializuje zawiązanie akcji. Prolog filmu jest znacznie bardziej rozbudowany pod względem formalnym. Autorzy animacji dużo miejsca poświęcają zbudowaniu charakterów postaci, efektownie prowadzą narrację i sprawnie bawią się czasem (szczególnie wyjątkowo skonstruowana jest sekwencja, gdy Pan Peabody wspomina dotychczasowe siedem lat spędzonych z Shermanem).

Akcja filmu prowadzi nas przez różne epoki i wydarzenia historyczne. Zobaczymy Rewolucję Francuską, starożytny Egipt, wynalazki da Vinciego, a do Troi wprowadzimy drewnianego konia (podczas tej sekwencji twórcy wznoszą się na wyżyny absurdalnego humoru). Kluczowym składnikiem Pana Peabody’ego i Shermana nie jest popkultura, ale historia powszechna. To ją twórcy animacji wybornie parodiują. Oczywiście ich celem nie jest jedynie jej wyśmianie. W filmie Minkoffa jest też miejsce na dydaktykę i mądry morał. Epokowe wydarzenia nie zostają zbagatelizowane. Pan Peabody wie, że w historię można ingerować jedynie wtedy, gdy się ją zna. Nie pozostawia niczego przypadkowi, wszystko popiera gruntowną wiedzą i przygotowaniem.

dog

Szczerze wierzę w to, że dzieci, dla których ten film został nakręcony, właśnie w ten sposób film zrozumieją. Po półtorej godziny świetnej zabawy przyjdzie refleksja. Dzieciaki zainteresują się tym, co działo się dziesięć, dwieście czy pięćset lat temu. Podręcznik do historii przestanie być ciężką cegłą pełną anonimowych dat, nazw miejscowości i trudnych do wymówienia nazwisk, ale atrakcyjną namiastką wehikułu czasu. Wiem: moja końcowa teza jest cokolwiek marzycielska – ale czy nie jest to główna cecha sztuki filmowej? 

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#156 - David Hasselhoff

Następny tekst

Cud w Mediolanie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE