Pacific Rim - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Pacific Rim

Bezpretensjonalna i szczera zabawa w kino, czyli dokładnie tak, jak miało być.




Napompowany balonik




Rafał Oświeciński
10.07.2013


Pacific RimPompowaliśmy balonik, nie? Jakże mocno zacieraliśmy ręce po zobaczeniu znakomitych zwiastunów, jak żwawo przebieraliśmy nogami w oczekiwaniu na premierę po zobaczeniu kilkusekundowych klipów, jak podniecaliśmy się byle materiałem z planu filmowego, zdjęciem, plakatem, wypowiedzią, wczesnymi reakcjami, zdawkowymi recenzjami. Zarówno w redakcji, jak i – szczególnie – na Forum KMF „Pacific Rim” urastał do miana najważniejszej premiery tych wakacji, bo cała kampania reklamowa, poprowadzona wyśmienicie, budziła wiele nadziei na coś, co utrze nosa wszystkim tegorocznym hitom, które budziły skrajne emocje. W ostatnich tygodniach życzeniom pomyślności nie było końca – zanim ktokolwiek zobaczył najnowsze dzieło del Toro pisał o nim w superlatywach i zanęcał kinomanów dobrociami od del Toro. Collider, CinemaBlend, Chud, Joblo, SlashFilm i kupa innych zacnych stron filmowych, z nami włącznie, żyła „Pacific Rim” do tego stopnia, że nadmuchiwany balon niesamowicie stwardniał aż zawiązanie supełka stało się trudnością.

Mam dla Was dobrą wiadomość – to jeden z tych niewielu przypadków, gdy balon nie pękł, supełek został zawiązany, do kijka zgrabnie zamontowany i prezentuje się przepięknie. Teraz czas na watę cukrową do drugiej ręki, wszak wewnętrzne dziecię zadowolone być musi. 

Gdy jeszcze pół roku temu słyszałem o projekcie „Pacific Rim”, nie miałem problemu ze wzruszeniem ramion i odwróceniem wzroku w inna stronę. Nie moje kino, nie moja bajka, kolejna wariacja na bazie transformerowej idei, czyli próba okiełznania dziecięco-nastoletniej publiczności złaknionej efekciarstwa, humoru i fabularnego skomplikowania adekwatnego do możliwości intelektualnej percepcji burzonej przy okazji siorbem coli i gryzem prażonej kukurydzy. Bez żadnych  wymagań, za to z szeroko otwartą kieszenią, do której miały wpaść setki milionów, jeśli nie sam miliard. Znacie to? Michael Bay na pewno wie, o co chodzi.

Nie wiem jednak kiedy to się zmieniło. Może to pierwszy zwiastun wskazał kierunek, który obrał del Toro? Może plakaty, różne wstępne projekty potworów kaiju, mechów? Filmowa abstrakcja zaczęła przybierać konkretne kolory i… rozmiar. Wydaje się, że to skala zaczęła mnie odpowiednio podniecać – nie 4-metrowe postaci, a 40-metrowe. Nie tyle wybuch bomby, destrukcja pojedynczych aut, a totalna apokalipsa, w której największe budynki rozpadają się jak budowa z klocków lego niechcący pchnięta przez niezgrabnego dzieciaka. Pojedyncze elementy straciły na znaczeniu, a człowiek w tym starciu stał kompletnie nieistotny, bo wielkości mrówki – do zdeptania i zapomnienia. To wizja zarówno intrygująca, jak będąca zapowiedzią czegoś oryginalnego – czegoś, co dodatkowo nie jest sequelem, remakiem, adaptacją komiksu. Czyli coś wyjątkowego, lecz mackami sięgającego do znanych filmowych doświadczeń. Wraz z coraz szybkiej rozkręcającą się kampanią reklamową coraz silniej można było wyczuć ułańską fantazję Guillermo del Toro, który – jak sam przyznaje – zekranizował nareszcie emocje, które powiązały go przed laty na zawsze z kinem. Dla jednych być może byłoby to alibi dla małych ambicji i pychy, dla drugich jednak – w tym mnie – to dowód na bardzo duże twórcze aspiracje, bo cóż może być bardziej ambitnego od, przepraszam za spłycenie, stworzenia rozpierduchy, jakiej świat jeszcze nie widział i jednoczesnego zachowania klasy w kwestii tzw. kinowego funu?

Efekt skali jest bardzo widoczny w samym filmie – to wojna między kolosami, a wszystko pomiędzy ulega unicestwieniu. Jednym machnięciem łapy kaiju niszczy wieżowiec, jeden krok burzy największe mosty, a mocniejsze uderzenie roznosi każdy mur w pył. Z drugiej strony mamy mechy, jedyny wytwór ludzkich rąk, który może przeciwstawić się kaiju – tam samo niszczycielska siła, która do jednej „dłoni” jest w stanie wziąć garść… kontenerów, a do drugiej… statek, po czym przypierniczyć nimi w japę potwora przy dźwiękach gitarowego riffu Toma Morello.

Powyższy opis brzmi co najmniej absurdalnie, szczególnie dla kogoś, kto od kina oczekuje czegoś więcej niż widok spektakularnych efektów specjalnych, niż ryk potwora, huk rozpadających się budynków i spazmatycznych dźwięków walki między molochami nie z tego świata.

Przykro mi, ale dostaniemy niewiele więcej. I to jest najlepsza z możliwych wiadomości.

„Pacific Rim” nie udaje niczego, czym nie jest. Takie proste postawienie sprawy – to wojna między robotami a potworami – jest dokładnie tym, czego można oczekiwać od tego typu kina. Od samego początku zostajemy wrzuceni w wir walk, bez dłuższych deliberacji kto, co, jak, gdzie i kiedy. Prosta ekspozycja bohaterów (charaktery), proste motywacje (zemsta, obowiązek), bez zbędnego psychologicznego pogłębiania, bez bawienia się chronologią, bez postmodernistycznego mrugania okiem do widza, bez metapoziomów społeczno-politycznych i nieczytelnych trawestacji kulturowych – ten film jest czysty, niezbrukany współczesnymi modami i chęcią zaskakiwania widza na każdym kroku. Nie chce na siłę rozbawiać, nie przymila się nachalnie (casus Baya), ale jednocześnie nie jest prowadzony śmiertelnie serio, z marsową miną na ustach uciekając w stronę jakiegoś typu realizmu (casus Nolana). Nie, zapomnijcie o tym wszystkim.

„Pacific Rim” jest ukuty z najlepszych – bo najprostszych – możliwych szablonów, adekwatnych do tej absurdalnej fabuły, idealnie stapiających się z oczekiwaniami wobec głównych bohaterów rzuconych do boju w wielkich mechach, połączonych ze sobą mózgowymi półkulami. Bezpretensjonalnie, na dużym luzie, pozytywnie. Nie znaczy to, że film jest ogłupiającym funem – Guillermo del Toro dokładnie wiedział, co chce zrobić. Nie – spieniężyć głupotę. Najzwyczajniej w świecie chciał przywołać te uczucia, których sam był świadkiem podczas oglądania klasyków Godzilli, kiedy na skórze pojawiały się ciary z podniecenia, a noc po seansie była bezsenna z powodu nawału wrażeń. Film jest bowiem nie tylko dziełem sztuki domagającym się rozumienia, ale i sumą wrażeń, emocji zarówno artysty, który tworzy, ale i widza, który dzieło odbiera. „Pacific Rim” jest więc uosobieniem czystej filmowej ekscytacji odwołującej się do doświadczenia, które nie domaga się rozumowania. Nie wyłączenia mózgu, co jest często powtarzanym argumentem zwolenników największych filmowych gówien, ale poddania się zdrowej, trochę dziecięcej ekscytacji bazującej na intelektualnej prostocie. To cholernie wartościowe doświadczenie.

Pomyślcie więc sobie o filmach, które widzieliście w wieku lat 12-13, i spróbujcie przywołać te uczucia, które targały Wami po ich zobaczeniu. Miejsce „Pacific Rim” jest gdzieś między nimi: między rozdziawioną buzią, między tym śmiechem, między otwartymi z niedowierzania oczyma i między tą trwogą, która się często udzielała. Jak dla mnie to wystarczy, żeby uznać film Guillermo del Toro za znakomity.

 

PS. Ten film domaga się JAK NAJWIĘKSZEGO ekranu, więc jeśli macie wybór, to tylko IMAX. Konwersja 3D jest naprawdę świetna i podkreśla WIELKOŚĆ mechów i kaiju.

 

Przeczytaj recenzję Szymona Pajdaka [Arahan]

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • canismajoris

    Z tej „recenzji” można się dowiedzieć jedynie, że film się autorowi podobał…

    • hmmm… Mam nadzieję, ze dowiedziałeś się również dlaczego się podobał :)

  • samwise

    świetny tekst, jak każdy desjudiego. Mówi tyle ile trzeba, żeby zachęcić. dzięki!

  • Parę słów o aktorach mogę poprosić? :D Spisali się, „sonsi”? :D

    • spisali się, najbardziej Idris Elba, za którym poszedłbym w ogień :) Scena, w której mówi, żeby go nie dotykać – bezcenna. ale i Ron Perlman ma świetną rólkę, Charlie Day bardzo pozytywnie zaskakuje. Hunnam i Kikuchi są po prostu ok, złego słowa nie można powiedzieć, choć nie skupiają na sobie zbyt wielkiej uwagi.

      • Piotr Piekarski

        Idris lepszy niż w super filmie „Prometeusz”? ;]

  • Piotr Piekarski

    Póki co nie zgodzę się jedynie z rzekomą „podnietą” ze wstępu, której nigdzie dookoła siebie nie zauważyłem. Dla mnie w tej chwili najlepszy element pt. „rozpierducha w mieście” posiada najnowszy Superman – czy potwory i roboty del Toro dotrzymują kroku?

    • Nie widziałem MoS, ale pod względem spektakularności jest naprawdę ok. Wiesz, 40-metrowe potwory napieprzają się w Hong Kongu – to wygląda tak, jak brzmi :)

    • Grzegorz G

      Robot napieprza potwora statkiem towarowym… CZUJESZ TO?

      • Piotr Piekarski

        Fuck, yeah!

  • koach23

    Szanuje recenzje, ale i tak nie obejrzę ;) Wielkie bitwy i efekty to nie to co lubię w kinie

  • Krzak

    Bardzo dobra staroszkolna recenzja, nie o wszystkim a o czymś.

  • rob

    Powiem tak mechy plus potwory rodem z japonii to nie mogło się nie udać tzn.jakby za to wziął się ktoś od nas to może by się i nie udało ale del toro trzyma jednak poziom ta recenzja jedynie utwierdza mnie by pójść zobaczyć film poza tym no ludzie MECHY!! bodajże pierwszy film nie anime z mechami w roli głównej pozostaje jedynie trzymać kciuki by zarobił tyle żeby niebył też ostatnim filmem z mechami pozdr

  • kartofelek007

    Jest pozytywnie. Jest plus :D

  • Kurisu Kussitofu Shori

    Przepraszam, że się nie zgodzę w kwestii bohaterów. Może nie samej gry aktorskiej, chociaż parę naukowców zdzierżyłem dlatego, że dostrzegłem w tym całkiem niezłą satyrę na temat akademickich debat, która dziedzina ważniejsza i bardziej praktyczna. To znaczy film na prawdę bardzo dobry bo dostarczył takiemu fanowi filmów z wielkimi potworami jak ja naprawdę godziwej rozrywki i dał nadzieję, że jest miejsce dla Kaiju we współczesnym kinie( dzięki czemu na nową Godzillę czekam z jeszcze większą niecierpliwością), ale miałem wrażenie, iż duża część postaci to tylko, jak zresztą zostało to nawet opisane w filmie, szwedzki stół. Chociaż w takim filmie potraktowanie po macoszemu rozwoju postaci nie jest jakąś straszliwą zbrodnia to jedna to i parę innych błędów( ok może na wyrost bo to jest związane z moim całkowicie subiektywną opinią) również w scenariuszu sprawia, że film nie jest, aż tak dobry. Wciąż bardzo dobry, ale widać, że mogło być lepiej.

    A tak poza tym to bardzo dobra recenzja, która w prosty i zrozumiały sposób przedstawia opinię osoby idącej do kina zobaczyć film, a nie za wszelką cenę wyłapać każdy nawet najmniejszy błąd. Fajnie zobaczyć, że są ludzie, którzy wiedzą, iż nie można pakować wszystkich filmów do jednego wora i nie porównują blockbusterów z dramatycznymi eposami rodem z teatru.
    Swoją drogą wciąż się zastanawiam dlaczego ludzie są zwiedzeni tym filmem w porównaniu do tego co prezentowały trailery i innego typu zapowiedzi. Jak dla mnie ta produkcja jest tym co nam Guillermo del Toro obiecywał, więc nie wiem w czym problem.

    [SPOILER] Dobrze wiedzieć, że Perlman nie umiera nigdy :P [SPOILER END]

  • Phaedra

    A w USA porażka finansowa zaledwie 39 mln $. Nie czytałem prognoz a były gorsze niż wynik ostateczny i liczyłem na jakieś 120 mln a tu ZONK.

    • rob

      na świecie ciut lepiej bo 54mln $ ale tylko cud sprawi że wyjdzie na swoje czyli będzie niestety jedynym przedstawicielem wysoko budzetowej live produkcji o mechach a szkoda bo del toro i scenarzysta mają już pomysł na cześć 2 a ich sukces zachęciłby innych do sięgnięcia po ten temat

  • John Ryder

    9/10?,10/10?!

    I właśnie dlatego MUSI wrócić „Ocenarium” bo waszym pojedynczym ocenom poszczególnych filmów nie można ufać.

    • Nie da się wszystkich zadowolić. Jak dasz mało – zaczyna się narzekanie. Jak dużo – jęczenie. Jak średnio – jojczenie, że mało lub za dużo. Złoty środek? Zdanie sobie sprawy z tego, że recenzja to czysto subiektywna sprawa.

      • John Ryder

        Piszesz że ściany są pionowe a omijasz sedno sprawy.Przydała by się wypadkowa, jaką była średnia w ‚Ocenarium” właśnie dlatego że wasze POJEDYŃCZE oceny często wprowadzają na minę.Jako wypadkowa ten błąd się zmniejsza.Nie mogę zrozumieć dlaczego zrezygnowaliście z czegoś co było dobre.Pozdrawiam.

        • z prostego powodu – nie każdy w redakcji zalicza wszystkie premiery filmowe w danym miesiącu. Tabela miałaby więc zdecydowanie więcej dziur niż ocen.
          Ale już niedługo na stronie recenzja bardziej wstrzemięźliwa :)

  • Dominika

    Mam do sprzedania oryginalny album pacific rim zawierające kulisy filmu http://allegro.pl/pacific-rim-jedyny-album-man-machines-monsters-hit-i3450538482.html

  • Krzysiek

    Film był trochę przegadany. Akcja na początku, środek kalka z innych filmów i akcja na końcu. Chętnie poszedłbym na wersję bez środka i 2x pod rząd puszczaną.
    A co do ideologii to przecież pierwsza warstwa to: USA ratuje świat, ale przy pomocy „kulawej” Japonii, która w końcu daje radę dzięki życzliwości amerykańskiego bohatera (całkiem fajna figura, Japonia mimo że babska i niezbyt umiejętna jakoś w końcu się sprawdziła, chociaż w chwili ostatecznej rozprawy zemdlała :D; nie jest źle w porównaniu do tego, jak sobie poradziły inne supermocarstwa :D). Druga sprawa to ostatni bastion w HK. Jak myślicie dlaczego akurat HK?

  • Edaro

    Byłem zupełnie wolny od tej reklamy i zwiastunów, bo nie słyszałem o filmie do dnia, w którym zdecydowaliśmy się podczas wakacji wybrać do kina. Grali akurat niewiele filmów, a że ja lubię SF, to wybór był prosty. I nie mógł (dla mnie) być bardziej trafny. Film odebrałem fantastycznie.

    Co do odbioru zjawisk w wielkiej skali, to żałuję, że w kinie SF chyba nigdzie nie pokazano ciekawie tak gigantycznej apokalipsy, jak rozpad planety. Eksplozje planet w „Gwiezdnych Wojnach” są tak „mikro”, że aż śmieszne. Taka katastrofa aż się prosi o stosowne tempo (żadne „bździuch i koniec”), detale i majestatyczność, czego nikt dotąd pewnie nie zrobił. Po wrażeniu skali makro z „Pacific Rim” nabrałem apetytu na taki efekt specjalny w kinie. Swego czasu ciekawie rozpad planety przedstawił Colin Kapp w doskonałej powieści „Formy Chaosu”, która swoją drogą jest genialnym materiałem na przebój kina SF.

  • Miki

    Gorszej nędzy to qrwa nie widziałem :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Maniac

Następny tekst

100 najlepszych filmowych obelg.



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE