Pacific Rim - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Pacific Rim

Del Toro umiejętnie robi to, co potrafił zrobić Spielberg w swoich najlepszych produkcjach – wydobywa dziecko z dorosłego, szanując przy tym jego inteligencję.




Wehikuł czasu




Szymon Pajdak
12.07.2013


Nie pamiętam, kiedy ostatnio wchodząc na salę kinową czułem tak intensywny miks ekscytacji i nerwowości. O „Pacific Rim” wiedziałem wszystko. Odkąd tylko pojawiły się pierwsze informacje o tej produkcji, byłem na bieżąco. Zdjęcia, filmiki, zwiastuny i cała reszta. Ten film nie miał przede mną tajemnic. W pewnym momencie czułem takie ciśnienie, że nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, a muzykę z trailera nuciłem nawet w pracy! Istniało bardzo duże ryzyko, że to, co zobaczę na ekranie, zwyczajnie mnie rozczaruje, że wytworzyłem sobie pewien idealny obraz, który – nawet jeżeli będzie bardzo dobry – to nie sprosta moim oczekiwaniom. Na szczęście opuszczając kino czułem już tylko jedno – euforię, bo „Pacific Rim” to arcydzieło w swojej klasie!

Del Toro szybko wprowadza nas w realia stworzonego przez siebie świata. Na dnie Pacyfiku znajduje się portal, z którego wychodzą potwory – kaiju, atakujące ludzkość. Państwa jednoczą się i gromadzą fundusze na nową broń – jeagery. Potężne maszyny bojowe, które pilotować muszą dwie osoby. Dlaczego? Ponieważ dla jednego układu nerwowego to zbyt duże obciążenie. Wojna toczy się dalej, a my zaczynamy wygrywać. Piloci stają się bohaterami, media i producenci wykorzystują ten fakt dla własnych celów. Nagle okazuje się, że bestie są coraz szybsze, silniejsze i bardziej inteligentne. W oczy zaczyna zaglądać nam widmo porażki, a panowie w garniturach postanawiają skasować program.

Tylko tyle i aż tyle. W ciągu pierwszych 15 minut filmu poznajemy całą historię. Dostajemy uproszczony model świata, w którym funkcjonują bohaterowie i to się sprawdza. Są ci, którzy walczą, osoby wierzące, że apokalipsa to gniew niebios, a także tacy, którzy chcą na tym wszystkim trochę zarobić, sprzedając naiwniakom szczątki kaiju, a nawet ich odchody. Media sieją oczywiście propagandę zwycięstwa, a producenci zabawek zbijają krocie. To sprawia, że ta absurdalna z pozoru historia nabiera barw i staje się realna. Ma wiarygodne zaplecze. Widzimy świat, który próbuje się dostosować do nowej sytuacji i ewoluuje, zachowując przy tym specyfikę naszego gatunku ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Szkoda, że nie zostało to rozwinięte, a całość ograniczono do nieco ponad 2 godzin. Całe uniwersum zasługuje bowiem na dodatkowy czas ekranowy. Oby „Pacific Rim” się sprzedał,  bardzo chętnie zobaczyłbym prequel obejmujący pierwsze lata wojny.

Na tym tle poznajemy naszych bohaterów. Becketa – weterana przeżywającego osobistą tragedię, który podróżuje po całym świecie, pracując za jedzenie. Marszałka Pentecosta, charyzmatycznego przywódcę programu jeagerów oraz Mako Mori, która pragnie zemsty na kaiju za śmierć swoich bliskich. To właśnie wokół nich kręci się główna oś fabularna filmu. Ponadto ważną rolę w tej opowieści odgrywają nieco przerysowani naukowcy Geiszler i Gottlieb, którzy zostali dobrani na zasadzie przeciwieństw, oraz groteskowy Hannibal Chau, dla którego inwazja stanowi niezłe źródło dochodu. Wspomniani bohaterowie są szalenie charakterystyczni, każdy z nich ma swoją historię, dzięki czemu stają się w naszych oczach autentyczni. Ich problemy, fascynacje, słabości – wszystko jest naszym udziałem. To nie są postacie, które zapiszą się złotymi zgłoskami w historii kinematografii, ale na pewno wryją się nam w serca i umysły. Przejmujemy się nimi, cierpimy, kiedy oni cierpią, śmiejemy się, kiedy jest im wesoło lub kiedy się czymś radośnie ekscytują – przyjmujemy ich ze wszystkimi wadami i zaletami, tak jak przyjmuje się przyjaciół. Nie są idealni, ale też nie muszą być. Wystarczy, żeby byli prawdziwi i szczerzy, a na tym polu sprawdzają się doskonale. Dobrym pomysłem było pokazanie wspomnień postaci podczas połączenia zwanego dryftem. Kiedy bohaterowie łączą się w jeden umysł, widzimy retrospekcje z całego ich życia, a my, znając całą historię, jeszcze bardziej angażujemy się w ich losy. Istotne jest także to, że kiedy dostajemy chwilę oddechu, a starcia jaegerów i kaiju schodzą na dalszy plan, nie wieje nudą. Del Toro i Beacham nie rzucają onelinerami ani silącymi się na zajebistość tekstami. Dialogi są proste, ale nie powodują grymasu na twarzy widza i uczucia zażenowania, jak to często ma miejsce w tego typu kinie.

Każdy z aktorów spisał się świetnie. I znowu – to nie są wielkie role, godne Oscarów czy innych nagród. To gra, która sprawia nam przyjemność i idę o zakład, że wszyscy na planie bawili się równie dobrze jak ja podczas seansu. Idris Elba jest twardy i charyzmatyczny, dostaje kilka świetnych scen, które wręcz magnetyzują, zaś jego końcowa przemowa sprawiła, że miałem ochotę poświęcić się dla dobra ludzkości. Chemia między Hunnamem i uroczą Kikuchi jest widoczna od ich pierwszego spotkania, a moment, w którym testują siebie nawzajem, aż iskrzy od napięcia! Cudownie geekowaci są Charlie Day i Burn Gorman jako para naukowców. Każdy z nich ma inny sposób prowadzenia badań, wierzy w inne teorie, ale widać, że mimo tych różnic i kłótni – jeżeli zajdzie potrzeba, to jeden za drugiego skoczy w ogień. Bałem się, że będą zbyt przerysowani, jednak w filmie sprawdza się to znakomicie i wprowadza sporo dobrej jakości humoru. Jest jeszcze stały współpracownik del Toro – Ron Perlman. Jego rola jest niewielka, ale bardzo ważna, zaś sam aktor daje krótki popis. Jako cwaniakowaty, wymachujący „motylkiem” i pewny siebie handlarz ze złotymi zębami jest wręcz idealny.  Także postacie poboczne są bardzo dobrze nakreślone i momentami żal, że nie dostały więcej czasu ekranowego.

Ramin Djawadi do spółki z Tomem Morello mogą sobie pogratulować, stworzyli bowiem soundtrack, który idealnie współgra z obrazem, a momentami wysuwa się na pierwszy plan. Charakterystyczny motyw przewodni pojawia się często, sprawiając, że zaczynamy delikatnie tupać nogą w jego rytm. Gitarowe dźwięki wprowadzają lekkość i łobuzerską zadziorność do tej epickiej opowieści.

Wreszcie efekty. Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć. Bywały podczas seansu momenty, w których łapałem się na tym, że mam otwarte usta! „Pacific Rim” nadaje nowe znaczenie słowu spektakularny. To parada efektów specjalnych i możliwości współczesnego kina. Kiedy po raz pierwszy widzimy mecha i spoglądamy na niego z perspektywy jego stóp, nie możemy wyjść z podziwu, jak ogromne i majestatyczne jest to urządzenie. Do tego dochodzą drobne szczegóły, niedoskonałości, takie jak zadrapania, rdza i wygięcia, sprawiające, że daleko jaegerom do błyszczących Transformersów. Świetnie pokazano wszystkie mechanizmy, które wprawiają roboty w ruch – zębatki, przekładnie, reaktory. Te z pozoru proste rzeczy nadają im realności i charakteru.

Starcia są intensywne i czuć ich ciężar. To nie jest radosna nawalanka czy pokaz kung-fu. Każdy ruch musi być przemyślany i ma swoje konsekwencje. Potwora trzeba zabić szybko, inaczej piloci mogą mieć spore kłopoty. Większość walk odbywa się w nocy, momentami można mieć problem z ogarnięciem tego, co dzieje się na ekranie, ale jest to chwilowe i ma związek z ekranem na jakim oglądacie film. Koniecznie zróbcie to w IMAX-ie, zwykłe kina 3D mogą sprawić, że obraz będzie ciemny. Same kaiju, biorąc pod uwagę wyobraźnię del Toro, są raczej zachowawcze, co nie znaczy, że słabe. Widać wyraźną inspirację ziemskimi zwierzętami – rekin młot, goryl, krokodyl czy krab, swoje zrobiło też nawiązanie do japońskich produkcji. Dobrym pomysłem było wprowadzenie kategoryzacji potworów i sprawienie, że ewoluują i uczą się. Dzięki temu czujemy zagrożenie i wiemy, że załogi nie będą miały łatwo, a zwycięstwo okupią potem i krwią.

„Pacific Rim” to nie jest film dla każdego, wielu zapewne odrzuca sama jego koncepcja i komiksowy charakter. Jeżeli jednak czujecie, że gdzieś w środku was siedzi 12-latek, stłamszony przez pracę, uczelnię czy codzienne problemy, to seans wydaje się wręcz obowiązkowy. Del Toro umiejętnie robi to, co potrafił zrobić Spielberg w swoich najlepszych produkcjach – wydobywa dziecko z dorosłego, szanując przy tym jego inteligencję. Przez te 2 godziny z lekkim hakiem przeżyłem coś, czego nie czułem od czasów, kiedy kamienna kula goniła pewnego znanego archeologa, kiedy T-Rex przewracał jeepy gdzieś u wybrzeży Kostaryki czy wreszcie kiedy usłyszałem słynne „Luke, I’m your father!”. Czysta magia kina, niczym nie skrępowana rozrywka, która czerpie z najlepszych wzorców, nie siląc się na bycie cool widowiskiem. Oglądając „Pacific Rim” czuje się pasję, która przyświecała całej ekipie i którą udało się zaszczepić widzowi, przypominając mu, jak kiedyś, 10 czy 15 lat temu, po całym dniu spędzonym ze znajomymi na podwórku oglądał z wypiekami na twarzy produkcje dzisiaj uznawane za klasyki. Obraz Guillermo to arcydzieło w swojej kategorii. Ma drobne wady, które w kontekście całości są jednak nieistotne. To wehikuł czasu, sprawiający, że poczułem coś, co pozostawało w uśpieniu przez bardzo długi czas. Bilety na kolejny seans mam już zarezerwowane.

Przeczytaj recenzję Rafała Oświecińskiego [desjudi]

Arahan

Pracownik, student i podróżnik. W świat filmu ucieka od otaczającej go rzeczywistości. Uwielbia Spielberga, Nolana, Leone, Tarantino, del Toro i Scorsese. Na ekranie lubi oglądać DiCaprio, McGregora, Pacino, Daniela Day-Lewisa i Oldmana. Kino ma przede wszystkim wzbudzać emocje, niezależnie od tego jakie one będą. Ma wzruszać, zaskakiwać, dawać radość i skłaniać do refleksji - wszystko zależne od nastroju. Pierwszą recenzję do redakcji wysłał w 2009 roku, a od listopada 2011 pisze w miarę regularnie, raz lepiej, a raz gorzej, ale chyba nie tak źle skoro zaproszono go do zacnego KMF-owego grona.

Arahan - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Koper

    10/10? aha… To jednak poczekam na rozsądną recenzję tego filmu, bo na razie to tylko same na fali szału i podniety jak przy TDK swego czasu. Czy na KMF zostali już sami studenci z syndromem Piotrusia Pana, stęsknieni za czasami podstawówki? :P

    • rozsądna tzn, jaka? Piszemy szczerze i bez ściemy.

      i nie, na KMF zostali nie tylko studenci z syndromem Piotrusia Pana, panie Koprze.

      • Koper

        No ba, jeszcze jest przynajmniej jeden Polish Cinema Crusader, prawda? ;)))
        Co do pisania szczerze – fajnie, ale wolałbym fachowo i zdroworozsądkowo a nie z rzucaniem ocenami, które powinny być zarezerwowane dla arcydzieł X muzy. Nawet jeśli „Pacific Rim” jest faktycznie FAJNY (mam nadzieję, że tak jest w istocie), to bycie fajnym nie pretenduje od razu do maksymalnych not, tym bardziej, że sam recenzent przyznaje, że zarys fabuły nieco absurdalny, bohaterowie niezbyt pamiętni, aktorzy na poziomie oscarowym nie grają. Ale daje 10/10 bo fajna napierdzielanka i się dobrze bawił w kinie.

        • każdy wystawia takie oceny, jakie uważa za słuszne. „Arcydzieła X muzy” to kwestia bardzo subiektywna. gdyby brać pod uwagę gatunek/konwencję, jaki sobą Pacific Rim reprezentuje, to jest filmem wyjątkowym. Czy zasługuje na maxa? Według mnie nie – w swojej recenzji dałem 9 – ale to tylko ze względu na wrodzoną wstrzemięźliwość wobec blockbusterów :)

        • Szymon Pajdak

          Słuchaj, musisz umieć rozgraniczyć filmy. Nie możesz jedną miarą mierzyć Bergmana, Allena czy Almodovara i filmów pokroju Pacific Rim. Dla mnie to w dalszym ciągu 10/10, a drugi seans, z którego wróciłem godzinę temu tylko mnie w tym utwierdził.
          Jako, że nie kupuję superbohaterów, Batmanów, Supermanów, Spider-Manów czy innych nadludzi, to właśnie opowieść del Toro urasta w moich oczach do miana blockbustera dekady. I nigdzie nie pisałem, że bohaterowie niezbyt pamiętni, napisałem, że wryją się w serca i umysły – w moim przypadku jak najbardziej tak.
          To świetne kino rozrywkowe i w swojej kategorii arcydzieło.
          Pozdrawiam

  • Maciek

    Właśnie jest po seansie i napiszę tyle że dawno nie miałem takiej uciechy z pobytu w kinie :). Można napisać o filmie dobrze, zejebiście, źle … jak kto woli, jedno jest pewne ultra zabawa i tyle, polecam :)

  • MIke

    Coś za bardzo się masturbujecie tym tytułem :D

  • Metius

    Film dokładnie jest tym czym miał być, typową rozwałką, ale w bardzo dobrym stylu. Pierwsza połowa filmu fantastyczna, wprowadzenia w świat i przedstawienie bohaterów, druga połowa już mniej, schemat goni schemat. Dla mnie 7/10. Pozdrawiam.

  • Kris

    No 10/10? Mocne :D
    Przed chwilą wróciłem z kina. Może 6/10 bym dał. Schematów cała masa, bzdur logicznych niestety takoż. No najwyraźniej ten 12 latek we mnie schował się bardzo, bardzo głęboko.

    • Kupper

      Nie ma się czym chwalić…!

  • Qbek

    Witam! Przyznam szczerze – poszedłem dzisiaj do kina (IMAX) w sumie z ciekawości i ze względu na nazwisko reżysera (a także paru aktorów, których lubię)., ale bez wielkich oczekiwań. Wyszedłem oczarowany i już planuję powtórny seans. Blockbuster jakiego nie było od lat. Prosty, nieprzekombinowany, a wizualnie (i dżwiękowo!) powodujący nieustający opad szczęki. Man of Steel czy inne Avengersy (tak, nie rozumiem fenomenu tego filmu, jak i wszystkich ze stajni Marvela) wyglądają przy PR po prostu biednie. Niedowiarkom gorąco polecam wypad do kina, ale wyłącznie do IMAXA – to dla mnie pierwszy film fabularny, który naprawdę wykorzystuje go na MAXa;)

  • Jokullus

    Byłem dzisiaj i się nie zawiodłem. „Pacific Rim” jest taki jaki miał być, szkoda tylko że nie trwał trochę dłużej. Sceny walki są tak niesamowite, że szczęka parę razy sama bezwiednie opada – gdybym miał możliwość w swoim mieście obejrzenia tego filmu w IMAX to bym się nie wahał ani minuty :P
    W moim rankingu letnich blockbusterów „Pacific Rim” plasuje się na wysokich pozycjach, fajna rozrywka – tyle i aż tyle :D

  • MacHP

    Po wizycie w IMAX muszę powiedzieć, że to kapitalny, świetnie zrobiony film Czysto rozrywkowy, ale to przecież nie wada. Schematyczny, a dla tych obeznanych z mangą i anime może nawet wtórny, ale w żadnym razie nie odbiera to radochy z oglądania. Ocena, przy uwzględnieniu gatunku, IMHO jak najbardziej słuszna. Polecam!

  • apolinary

    Materiał do przemyśleń (to ze Stirlitza):
    Teoretycznie czas „oficjalnego”, usankcjonowanego tytułem „krytyk filmowy” zjawiska pt. recenzja filmowa skończył się. Jego miejsce było w czasopismach filmowych, które w Polsce zginęły, mimo, że my żyjemy. Recki w tygodnikach spod znaku PIS vs PO jednak nie satysfakcjonują kinomanów (no dobrze, przynajmniej mnie). Czy dziwnym się wydaje, że taki ktoś z rozpaczy rzuca się w odmęty internetu i, spragniony swojego narkotyku, szuka tego, co mu się należy jak psu micha? Pies musi jeść, bo inaczej ma smutne spojrzenie, a kinoman szuka recenzji, takie jest prawo, nie nie poradzisz.
    Tu pojawia się problem. Taki KMF. Fajna rzecz w sumie. Chłopcy (wlaśnie, gdzie dziewczyny?) dostarczają witaminy i kalorie kino-zombiakom (wazelina). Teoretycznie wszystko jest pięknie (it’s beautiful).Jednak co pewien czas pojawiają się zgrzyty.
    Proszę mnie dobrze zrozumieć: jesteśmy w Unii, jest XXI wiek i w ogóle, ale jednak pewne zasady obowiązują a przynajmniej powinny zobowiązywac. Nie można przejśc na czerwonym świetle. Kamień spada jednak w dół, a nie w górę. Krytyka filmowa, a o ile się znam na kolorach, to do takiego miana pretndujecie (nie mówcie, że nie) jednak czymś się charakteryzuje.
    Wyobraźmy sobie takiego Jasia Kowalskiego. Powiedzmy, że to taki sobie, niezbyt nawet ogarnięty osobnik. To jak on siada do czytania tekstu pt. recenzja, to on oczekuje (wiem, to śmieszne) wartości o nazwie „obiektywizm”. Oczywiście, nic takiego nie istniejeje, obiektywny jest może Pan Bóg, ale o Jego istnieniu zdania są rózwnież podzielone, tak, że z niemal stuprocentową pewnością można przyjąć, że abstrakt pt. „obiektywizm” nie ma miejsca.
    Jak się pisze recenzje, chcąc, nie chcąc, człowiek staje się rcenzentem (i nie pomoże potem płacz, że to tak sobie tylko), w związku z czym następuje swego rodzaju zobowiązanie; wynika ono z niepisanej umowy zawartej z czytelnikiem: Czytelniku, mordo Ty moja, Ty czytasz, poświęcasz mi czas, to mnie porusza, czuję się ożywiony, to teraz ja Cię nie zawiodę i sprawię, że nawet jak mi zarzucisz, że nie znam się na filmach i w ogóle moja stara słodzi cukier, to jednak nie pojedziesz mi pewnych bezeceństw.
    Bezeceństwa te, to np. brak dystansu (śmiech z taśmy).
    Tak jest, przyszedł agent Smith i będzie tu wprowadzał swoje zasady rodem z podręcznika „Jak być odpowiedzialnym 40-letnim osiemnastolatkiem”. Tu jest internet i tu nasze zasady są!
    Świat jest okrutny. Kobieta nie może być mężczyzną. Kot psem. Tusk Kaczyńskim. Luźny Bolek recenzentem filmowym.
    Fajnie napisać co komu w duszy gra, że film był w pytę i w ogóle, zawiesić zasady i popłynąć na grzbiecie fali internetu. Ale potem człowiek na przykład nie rozumie, że jakiś cebulak napisze mu coś zgryźliwgo w komentarzu. To po co on przyszedł tu? Nie ma co robić, to pisze komentarze.
    Chcecie być traktowani (na miarę dzisiejszych czasów) poważnie? Więcej samokrytycyzmu? Ochłonięcia przed wystawieniem oceny 10/10?
    Czekam na obcięcie głowy.

    • panegir

      bełkot

    • Wszystko więc sprowadza się do dystansu, a
      szczególnie jego braku w ocenie filmu. Myślę jednak, że Szymon nie chce być jak
      Mojżesz prowadzący lud przez morze – on po prostu napisał o Pacific Rim
      szczerze i najzupełniej subiektywnie, bo projekt del Toro nie jest dla niego
      pierwszym lepszym wakacyjnym hitem. I chyba Szymon nie oczekuje, że
      nieogarniętych Jasiów Kowalskich (których tutaj naprawdę niewielu) sprowadzi na
      dobrą drogę.

      Wbrew pozorom jednak całkowicie rozumiem Twój punkt widzenia, więc głowa się
      nie potoczy ;) Samokrytycyzm i ochłonięcie to, powiedzmy, stan, do którego
      dążę, choć nie zawsze mi się udaje, a emocje biorą górę (co nie znaczy, że to
      źle)

    • Deina

      Recenzja jest z natury rzeczy tworem subiektywnym, ponieważ odbiór filmu jest w dużej mierze determinowany przez emocje. Na czym ma polegać recenzent, jak nie na własnym odbiorze? Na mniej czy bardziej skonkretyzowanym everymanie-czytelniku? Szymon napisał dokładnie, co go w tym filmie porwało, co wzbudziło jego emocje, co wpłynęło na ocenę. Sam przegląd tych czynników może już dać do myślenia komuś, kto to czyta. Może stwierdzić, że z dużą dozą prawdopodobieństwa jego te same rzeczy nie porwą, bo nigdy się robotami na ekranie nie jarał. Ale nie można od Szymona wymagać, żeby brał poprawkę na wszelkie możliwe spektrum gustów. Może opierać się wyłącznie na sobie, tak zrobił i napisał szczerze, od serca, nie kreując się na opiniotwórcę, a wyłącznie dzieląc wrażeniami. Gdybyśmy ślepo dążyli do obiektywizacji recenzji, magia kina szybko przerodziłaby się w „Rozumienie poezji” Pritcharda i listę przebojów, a przecież nie o to chyba chodzi. To mówiłam ja, kobieta. Jakieś tu jednak są.

  • kartofelek007

    Ja wystawiam filmowi ok 8/10. Efekty chyba najlepsze jakie do tej pory widziałem. Fabuła? Tutaj raczej jej nie ma. Trochę kiczu, dużo bajka i rozrywki. Nawet mój kilkuletni siostrzeniec mógłby ten film oglądać. Ale czy to źle? To taka nowoczesna godzilla do której trzeba odpowiednio podejść. No i oglądanie tego na monitorze laptopa mija się z celem. Ten film ogląda się dla efektów.

  • Frost

    Jest taki czas w roku, kiedy łaknę prostej rozrywki- epickich efektów, trochę luźnego humoru, bohaterów prostych lecz prawdziwych… W tamtym sezonie trafiła się spółka Marvela i byłem mega usatysfakcjonowany, a w tym? no proszę, kolejny strzał w dychę- Pacific Rim- po raz kolejny zostałem zmieciony pod kinowy fotel. Świetny kawał kina rozrywkowego, bawiłem się doskonale. Blockbuster sezonu.
    P.S nawet nie potrafię sobie wyobrazić co ten film robi ze zmysłami w IMAXIE…

  • Izaiash

    Ten film zapisze się na stałe w historii kinematografii jako najlepszy blockbuster wszechczasów. Rozkładające na czynniki pierwsze ARCYDZIEŁO !

  • Pingback: Pacific Rim - recenzja filmu | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Out of the Furnace - pierwszy zwiastun

Następny tekst

James Cameron o sobie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE