ONA - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Ona

Poruszająca historia miłosna przyszłości - szkoda tylko, że trochę tandetna, przydługa i mało wiarygodna




Baby, you gave me bad ideas




Jerzy Babarowski
14.02.2014


her_xlrgW wielu ujęciach Her kadr jest w całości wypełniony głową spoglądającego na nas Joaquina Phoenixa. Nieważne czy właśnie dyktuje maszynie list, który mąż chce wysłać żonie na trzydziestą rocznicę ślubu, rozmawia z tytułową bohaterką czy nie mogąc zasnąć zapomnianym wzrokiem obserwuje panoramę futurystycznego Los Angeles. Często patrzy i często patrzy na nas. Chyba dlatego, że w świecie nowego filmu Spike’a Jonze’a ludzie wolą patrzeć wszędzie, byle nie na siebie nawzajem.

Spike Jonze jest reżyserem, a głównym bohaterem pierwszego pełnometrażowego filmu, do którego samodzielnie napisał scenariusz, uczynił pisarza. Ciekawe, nie? Czemu nie samotnego reżysera? By się bardziej zgadzało. Jonze to w ogóle ciekawy gość, lubię oglądać z nim wywiady. Polecam.

Porównanie zrobiłem dlatego, że mam wrażenie, iż grany przez Phoenixa bohater jego nowego filmu – o imieniu Theodore Twombly – to jego alter ego. Ma podobne wąsy, jest równie fajtłapowaty i przypuszczalnie tak samo nieporadny życiowo. Serio, obejrzyjcie z Jonzem wywiady.

HER

W sumie to nie wiem czemu się dziwię, bo domyślam się, że reżyseria może być równie samotnym zajęciem, co pisanie. Paradoksalnie. Bo jeśli jest jakaś jedna cecha, która najpełniej określa Twombly’ego, jest to samotność – właśnie rozpadł mu się związek, mieszka sam, pracuje w boxie oddzielony od innych współpracowników, a na nadmiar przyjaciół zdecydowanie nie narzeka. Sytuacja wielce niesprawiedliwa, gdyż prócz tego jest dobry, wrażliwy, inteligentny. Choć nieśmiały i wyciszony.

Wiem, że wiecie, o jakim typie mówię.

Czy Her jest dobrym filmem? Ujmę to tak: nie do końca, choć bardzo łatwo uznać, że nim jest i wszystko na to wskazuje, że powinien nim być. Na pierwszy rzut oka trudno się w tej historii nie zakochać: rozpostarta przez Jonze’a wizja niedalekiej przyszłości (którą redakcyjny kolega Kuba Koisz – w swojej jak zwykle świetnej recce :* – słusznie określił „antyutopią spełnioną”) oczarowuje bliskością. Prześliczne zdjęcia i wypchane kolorami kadry zdradzają długoletnie doświadczenie Spike’a Jonze’a w reżyserii, Phoenix zalicza kolejną rolę, która sprawia, że coraz bardziej widzę go na tej samej półce jakościowej (i stylu aktorskiego) co Philipa Seymoura Hoffmanna*. Bohaterowie opowieści są niejednoznaczni i oryginalni, a historia urzeka ciepłym, słodko-gorzkim klimatem. Do tego mamy tu wiele humoru, który sprawi, że na sali kinowej niejednokrotnie zaśmiejemy się w głos.

Image-Joaquin-Phoenix-Her

Więc co jest nie tak? Najkrócej można powiedzieć w ten sposób: Her staje w rozkroku między byciem historią miłosną, a poważniejszym dramatem science-fiction i w rezultacie nie wychodzi mu do końca ani jedno, ani drugie. Pozwólcie, że rozwinę.

W podsumowaniu wspomnianej recenzji Kuba pisze tak: „To najlepszy film o sztucznej inteligencji z perspektywy sztucznej inteligencji„. Zacznijmy może od tego, że wcale nie jest z perspektywy sztucznej inteligencji. Jest z perspektywy pisarza: osamotnionego zarówno przez swoją żonę, jak i świat bardziej zainteresowany wpatrywaniem się w najprzeróżniejszego sortu ekrany – komputery, telewizory, smartfony, tablety i inne przenośne urządzenia, które jeszcze nie mają nazwy – niż nawiązywaniem więzi z drugim człowiekiem. To, dokładnie jak Kuba napisał, antyutopia spełniona, bo czekająca na nas tuż za rogiem. To świat, który zapomniał jak kochać bliźniego, bo ważniejsza stała się natychmiastowa gratyfikacja ego jego mieszkańców, na którą pozwoliła im technologia. I dlatego Theodore decyduje się na kupno właśnie wprowadzonego na rynek, obdarzonego sztuczną inteligencją OSa. Zaprojektowanego, by nawiązać więź z posiadaczem. Nie ma to jak dobre badanie rynku.

Ale światu przedstawionemu przez Jonze’a brakuje kluczowego szlifu. Jest imponująco nakreślony, tak, ale brak w nim szczegółów, które by sprawiały, że w niego naprawdę wierzymy, a raczej: brak jest w bohaterach Her rysu, który by sprawiał, że wierzymy w to, iż taki świat skonstruował takich właśnie ludzi.

her-movie-poster-5

Jak na świat przedstawiony aspirujący do miana kompletnego rzeczywistość autorstwa Jonze’a jest zaskakująco wybrakowana: nie są, na przykład, pokazane media, rola ogólnoświatowej sieci jest ledwie wspomniana, prawie też nie stykamy się z innymi OSami. Ludzie zamieszkujący tę rzeczywistość za dużo biorą za pewnik byśmy w nią do końca uwierzyli: Theodore nie wydaje się być zainteresowany ani przeczytaniem niczego o nowych, inteligentnych OSach (które, jak się domyślam, byłyby kluczowym osiągnięciem ludzkości na przestrzeni całej jej historii) ani sprawdzeniem w jaki sposób zachowują się inne. Z naiwnością dziecka przyjmuje fakt, że zakochuje się w nim program komputerowy i nawet do głowy mu nie przyjdzie, że może jest tak dlatego, że zaprogramowali go w ten sposób deweloperzy. Nie widzimy, jakie mogą być inne zastosowania tych inteligentnych programów i czy jakkolwiek zmieniają one sposób, w jaki żyjemy.

Przypomina mi to nieco sytuację z Incepcji, gdyż tam również świat przedstawiony był jakby zamknięty w formie bańki ograniczającej ogląd widza do perspektywy garstki bohaterów. Ale o ile tam usprawiedliwieniem Nolana była możliwość, że wszystko jest snem głównego bohatera tak Jonze w swojej bańce wydaje się eksplorować tylko te idee, które są mu potrzebne i które mu wygodnie poruszyć.

1375957175_her-oo2

Problemy te najpełniej objawiają się właśnie w relacji Theodore’a z Samanthą, czyli właśnie tym inteligentnym OSem. Głos podkłada pod nią Scarlett Johansson – i tu już jest pierwszy błąd. Najważniejszą cechą tytułowej bohaterki jest przecież to, że jest bezcielesna. Theodore jej nie widzi, Samantha nie ma ciała, nie ma nawet avatara, z którym mógłby ją utożsamiać – a Scarlett jest przecież gwiazdą, wielką gwiazdą, światowego formatu, symbolem seksu, o którym marzy każdy mężczyzna. I gdy słyszymy seksownie flirtowny, niewinny głos Samanthy to od razu wyobrażamy sobie właśnie Scarlett. Czy nie lepiej by było obsadzić w tej roli jakąś bardziej anonimową aktorkę, której wygląd by pozostał dla widzów zagadką i przy której kwestiach nie wyobrażalibyśmy sobie od razu jej bujnie obdarzonego przez naturę ciała?

Drugi problem dotyczy już samej relacji między bohaterami. Otóż Jonze popełnia klasyczny błąd początkującego scenarzysty i czyniąc z Samanthy twór cyfrowy w żaden sposób nie odróżnia jej od prawdziwego człowieka. Poza oczywistym faktem braku ciała – oraz pewnym szczegółem, o którym nie powiem, bo dotyczy zakończenia – Samantha zachowuje się w stu procentach jak człowiek. Theodore mógłby równie dobrze mieć romans na odległość z kobietą, która nie chce mu pokazać twarzy i przez cały film rozmawiać z nią przez telefon. O tym, że Samantha jest komputerem – przynajmniej jeśli o same jej uczucia chodzi – nie świadczy nic. Jest to ważne dlatego, że upraszcza, a nawet spłaszcza, dramatyzm relacji, która jest przecież osią tego filmu.

her-movie-still-4

Najdziwniejsze jest jednak to, że Theodorowi wydaje się zupełnie nie przeszkadzać fakt, iż jego dziewczyna jest programem komputerowym. Jeszcze pół biedy, gdyby nienaturalność tego związku była jakoś podkreślona – ale zupełnie nie jest. Ot, w pewnym momencie dowiadujemy się, że Theodore „chodzi” już z Samanthą, jakby to była najnormalniejsza w świecie rzecz. Równie obojętne dla bohatera pozostaje to, że jego wybranka nie ma ciała – wydaje mu się to zupełnie nie przeszkadzać, a z propozycją by coś z tym zrobić wychodzi nie on, lecz Samantha, co zresztą wcale nie wprawia go w zachwyt. Czy dlatego, że jest nienormalny? Skąd – w porównaniu z postaciami takimi jak jego przyjaciółka Amy (Amy Adams) czy Amelia (Olivia Wilde) jest aż zbyt normalny. Poza tym…

Wiecie co, pierdolę to. Nie chcecie wiedzieć, ile już piszę tę recenzję, zmęczony nią jestem, a zdradzę wam pewien sekret, o którym pewnie wiecie, ale o którym też łatwo zapomnieć – krytycy filmowi to niespełnieni artyści, którzy sami by chcieli tworzyć filmy. Więc pobawię się teraz w niespełnionego artystę i zamiast bezmyślnie wytykać wady tego filmu powiem, co Spike Jonze powinien był zrobić, by był lepszy.

her-movie-review2

Otóż powinien był pójść w jedną z dwóch stron, a nie poszedł w żadną – albo zbliżyć Theodore’a do Samanthy albo Samanthę do niego. Ich relacja miałaby sens tylko przy dwóch, dość skrajnych, założeniach: robimy z Theodore’a odludka, społecznie napiętego neurotyka, dziwaka – ale prawdziwego dziwaka, a nie tego pseudo-dziwaka, którego mamy teraz – który poprzez kontakt z czymś tak odległym i bezcielesnym jak program komputerowy próbuje zapełnić ciepłem jakąś tam swoją neurozę… albo zostawiamy go takim, jakim jest teraz, ale zamieniamy Samanthę w to, czym prawdopodobnie będą programy obdarzone sztuczną inteligencją w naszym świecie, przynajmniej te pierwsze – w posługujący się ścisłym słownictwem, binarny, analityczny cyfrowy twór, który najpierw jest maszyną, a dopiero potem kobietą; któremu zdarza się przejawić jakieś prawdziwie ludzkie cechy i odruchy, ale przypadkowo, ukradkiem, gdyż jest ograniczony swoją architekturą, nie może więcej i bardziej, jest pierwszą wersją.

W tym pierwszym przypadku mielibyśmy do czynienia z dość klasycznym dramatem psychologicznym w kostiumie science-fiction – historię pokonanego przez swoje neurozy i obsesje psychotyka, który próbuje się ratować tym, co technologia akurat mu pod nos podsuwa. Wtedy nie raziłaby ani oczywistość jego związku z komputerem, ani brak zainteresowania sprawami czysto cielesnymi. W tym drugim przypadku – opowieść o próbie przełamania narzuconych przez technologię barier, o dążeniach programu komputerowego do wydostania się poza swój aksjomat i porozumienia się z osamotnionym, choć całkiem normalnym gościem. Ten pierwszy film byłby bardziej o Theodorze; drugi – o Samanthcie.

lol

Zamiast faszerować swój film tanimi gagami w rodzaju wirtualnego seksu z duszonym kotem jako afrodyzjakiem albo rzucającym przekleństwami avatarem z gry komputerowej Jonze mógł przypilnować, aby kluczowa relacja jego nowego filmu była wiarygodna. W takiej formie, w jakiej jest Her powtarza niestety casus Ciekawego przypadku Beniamina Buttona, w którego centrum również stała relacja dwojga ludzi. Jednak i tu, i tam fantastyczna otoczka obydwu tych relacji sprawia, że na naszych oczach są one dewaluowane i tracą jakąkolwiek wiarygodność, a co gorsza – ogólny sens opowiadania o nich.    

Dlatego też Her jest najlepsze wtedy, kiedy opowiada o relacjach międzyludzkich: gdy Theodore wspomina ciepłe chwile z utraconą żoną (Rooney Mara) czy w ostatniej scenie, gdy Jonze zdaje się mówić, że dla tego zmęczonego, skołowanego świata jest jeszcze nadzieja na prawdziwe uczucie.

Her mógłby być czymś znacznie więcej niż jest, ale mimo, że cierpi na problemy, z jakimi styka się wielu początkujących, niewprawnych scenarzystów jego wizja przyszłości pozostaje imponująca, a poruszane problemy – nawet jeśli nie do końca przekonują – to wciąż fascynują.

*recenzję pisałem jeszcze przed jego śmiercią…

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Kazik

    Świetnie napisana recenzja. Jedna rzecz mnie w sumie dosyć zaszokowała „tanimi gagami w rodzaju wirtualnego seksu z duszonym kotem”
    Popier….ony jest ten Jonz? Nie wiem, co to w ogóle ma być?

    • Jerzy Babarowski

      „… jako afrodyzjakiem” ;)

  • B.

    Film ciekawy, choć postać Phoenixa jeżeli chodzi o charakteryzacje i infantylne grymasy twarzy trochę za bardzo przypominała mi Leonarda Hofstadtera z „Bing Bang Theory”.

  • q

    Ten film jest przemyślany do końca. Nie wiem czy bym coś w nim zmienił, wyrzucił itd. Jest taki jaki miał być. Polecam. Piękne rzecz z robiona z wyczuciem. W gruncie rzeczy to film o człowieku nieszczęśliwie zakochanym, zaglądającym w siebie. Jeśli Ci to nie przeszkadza to polecam film.

  • Jędrzej Dudkiewicz

    http://cjg.gazeta.pl/CJG_Warszawa/1,104431,15446274,Ona_______.html

    To jest najlepsza recenzja filmu „Ona”, jaką czytałem.

    • Jerzy Babarowski

      To prawda, bardzo fajna.

  • Mefisto

    Sorry, ale strasznie naiwna to recka. Czepiasz się technicznych szczegółów, które bez problemu można dopowiedzieć poza kadrem, a następnie próbujesz na siłę udowodnić, że film byłby lepszy, gdyby reżyser poszedł w jedną z dwóch proponowanych przez Ciebie (pana i władcę) stron. Szkoda jedynie, że nie dostrzegasz tej trzeciej strony, o której film tak naprawdę opowiada i robi to w cholernie trafny sposób. Hint: nakreślone cienką kreską s-f jest tu jedynie przykrywką.

    • Jerzy Babarowski

      Nie uważam się za pana i władcę. Piszę po prostu, co moim zdaniem można by było zrobić z tym filmem, by był lepszy.

      Powziąłem wysiłek i przeczytałem Twoją opinię na forum i sądzę, że Tobie nie przeszkadza w tym filmie dokładnie to, co przeszkadza mi więc nie wiem czy jakakolwiek dyskusja ma sens. Bo jeśli Jonze nie chciał robić s-f to mógł po prostu opowiedzieć tę historię w innym gatunku. Po cholerę iść w fantastykę naukową i nasuwać widzom cały ciąg skojarzeń jeśli – tak jak mówisz – chodzi tylko o pokazanie rozpadającej się relacji dwóch osób?

      I nie, jest tu całkiem sporo s-f z prawdziwego zdarzenia, bo i spójne (choć wybrakowane) nakreślenie świata o tym świadczy i ostatnie 10, 15 minut filmu i nie, jest tu sporo – jeśli nie satyry to – odbicia naszych współczesnych nastrojów społecznych, co zresztą sam dostrzegasz.

      I zupełnie się nie zgodzę, że zakończenie jest depresyjne, bo dla mnie właśnie daje nową nadzieję na to, że coś się w tym świecie zmieni… ale cieszy mnie, że różni ludzie interpretują ten film w różny sposób :)

      Zgoda natomiast, że jest to najprawdopodobniej jakowaś wiwisekcja doświadczeń Jonze’a. Ale to akurat nietrudno zgadnąć.

      • Mefisto

        Chodzi o ton rezenzji, nie o samą jej zawartość – nie pierwszy zresztą raz przybierasz mocno hmm pouczającą i pełną pretensji postawę, że tak to nazwę.
        I nie chodzi o ukazanie rozpadającej się relacji, ale relacji jako takiej, o uczucia, emocje temu towarzyszące, problemy jakie się nie zmieniają. Otoczka s-f pełni tu mniej więcej takie samo zadanie, co nielinearna struktura w (500) days… – uatrakcyjnia fabułę, sprawia, że ta staje się mniej szablonowa (oraz stanowi wyzwanie i zabawę dla twórcy, czego przykładem wiele krótkich scenek, np. z grami komputerowymi). Przypuszczam także, że w przeciwieństwie do Webba, który otworzył swój film stosowną dedykacją, oraz do von Triera, który mocno afiszował się ze swoimi odczuciami i depresją, Jonze niejako asekuruje się tą wizją, sprawia, że jest przyjemniejsza w odbiorze, niż, dajmy na to, jakaś średniowieczna scenografia. Także wytykanie mu tego, że nie pokazał mediów przyszłości (których sens w sumie i tak pewnie sprowadzałby się do tego, co można usłyszeć w słuchawce) albo jakichś innych modeli OS, tudzież większej ilości detali uważam za bezcelowe i głupie, zwłaszcza jeśli twórca skupia się na jednej, konkretnej jednostce. A zakończenie jest depresyjne – zważ na to wszak, gdzie bohaterowie się udają. Co nie jest depresyjne to ostatnie ujęcie i ten prosty gest, który daje nadzieję. No chyba, że coś źle odczytałem – ale już i to, że jest tu pole na takie interpretacje, czyni ten film bardzo ciekawym.

        • Damian

          Znalazł się ten co ciągle nie poucza i nie ma pretensji do bycia wszechwiedzącym. Facet, jesteś rozbrajający :-)

          • Mefisto

            No wyobraź sobie, że nie pouczam i nie mam tych pretensji (za to mam już szczerze dość tych głupich oszczerstw z każdej strony – i ani jeden krzykacz nie raczy poprzeć się jakimkolwiek dowodem). A poza tym, jak nie masz nic do dodania w dyskusji, to żegnam.

          • Damian

            Widocznie ci jak ich określasz „krzykacze” boją się siły twego potężnego intelektu i celnych ripost, które mogłyby wdeptać ich w ziemię i okryć wieczną hańbą. Nie doceniasz swojej mocy ;-)

            „Her” to ciekawy obraz, ale jak wspomina autor recenzji momentami naiwny. Główny bohater to osoba neurotyczna, ale inteligentna. To, że tak szybko ( bez nadmiernych) wątpliwości został „kupiony” przez program komputerowy jest dosyć pretensjonalne. Mając świadomość, że kupił po prostu produkt powinien dosyć szybko zweryfikować jego sposób działania, bo nawet on nie był chyba tak naiwny, by wierzyć, że nie jest stworzony do tego, by po prostu dopasować się do rozmówcy i bezwarunkowo go wielbić.

            No chyba, że w świecie „Her” nie ma for internetowych ;-) To „przebudzenie” Theodore’a i konstatacja,że nie był tym „jedynym”, może byłaby wiarygodna jeżeli chodziłoby o 12 chłopca, ale nie faceta, który miewał całkiem poważne związki z prawdziwą kobietami.

            Trochę irytuje zakończenie filmu: Theodore: dlaczego odchodzisz ? Samantha : bo tak, bo muszę T: Acha, ok. Finito. Litery końcowe. Po co drążyć temat, wszak to dla Theo taka mało ważna sprawa.

          • Mefisto

            I dalej uszczypliwości, zamiast podać jakikolwiek przykład mojego pouczania.
            Co do reszty – naiwny jest on chyba właśnie celowo, wszak i miłość, zauroczenie to rzecz naiwna, prędzej czy później potrzebująca rozbić się o rzeczywistość. A i główny bohater zdaje się być właśnie naiwnym romantykiem – przecież jego wcześniejszy związek (i chyba jedyny, na co wskazuje bardzo wiele) nie rozpadł się bez powodu. For internetowych może z kolei nie być, jeśli każdy ma wszystko w słuchawce i wszelkie polecenia wydaje słownie, a ludzie nie potrafią sami napisać prostych listów, więc może w ogóle ta forma komunikacji zanika wśród przeciętnych Kowalskich.

          • Damian

            Skoro jednak jest zapotrzebowanie na firmy takie jak ta w których pracuje Theo, wciąż słowo pisane jest w cenie. A skoro Theo pracuje w takiej firmie, to nie jest mu ono obce i winno być dla niego istotne. Wszystko można wytłumaczyć, ale po co robić to na siłę.

            Ja wiem, że w teorii dla naiwnego romantyka fizyczna powierzchowność to sprawa drugorzędna, ale dziwnym trafem była partnerka Theodora była atrakcyjna, dziwnym trafem większość głęboko uduchowionych artystów ulega przede wszystkim stosunkowo młodym i atrakcyjnym kobietom. Tak już na poważnie nie znam mężczyzny dla którego owa fizyczna powierzchowność jest bez znaczenia lub wręcz mógłby się bez niej obejść. To sympatyczna abstrakcja, która jednak tylko nas utwierdza, że mamy do czynienia z bajką odzianą w szaty science-fiction.

          • Mefisto

            Fakt, dla niego może być istotne słowo pisane, ale niekoniecznie dla reszty społeczeństwa, przynajmniej nie jako codzienna forma komunikacji.

            Co do drugiego członu to w większości zgoda, bo m.in. o tym mówiłem – s-f to jedynie ładne opakowanie dla całej historii, na dłuższą metę nie mające wielkiego znaczenia (bo ani twórca nie kładzie nacisku na rozwój OSa, o którym kilka razy słyszymy jedynie w pojedynczych dialogach; ani też fakt obcowania z komputerem nie jest wyjątkowo dziwny dla Theo, który po prostu cieszy się ze znalezienia bratniej „duszy” po dość kiepskich przeżyciach). Przy czym nie odniosłem wrażenia obcowania z bajką, a raczej z kryjącą się weń swoistą analizą istoty związku, ze wszystkimi jego zaletami i wadami, z całym schematem od początku do końca – i to wcale nie jest naiwne lub wielce abstrakcyjne, nawet jeśli sam związek z Samanthą taki może się zdawać z perspektywy dorosłego (ale czy na pewno?) faceta, jakim jest Theo/Jonze.

            Jeszcze inna sprawa, że atrakcyjność jego byłej żony jest sprawą dyskusyjną :) Rooney Mara jest raczej dość przeciętna – nie zachwyca ani ciałem, ani twarzą, choć oczywiście nie jest brzydka. Jej urody nie nazwałbym jednak czynnikiem decydującym o tym związku – który zresztą nasz bohater wspomina najczęściej w równie idylliczny, przejaskrawiony sposób.

            Jakby jednak tego nie interpretować, dla mnie sprawa jest jasna – to film na „czucie”, emocje, niż na „rozum”, dlatego też nie do końca odpowiada mi przyjęta postawa w powyższej recenzji.

          • q

            Ten film jest bardzo dobrze przemyślany. Autor bardzo dobrze rozumie rzeczywistość którą opisuje. Nie powiedziałbym aby to był film na czucie choć uczuć tam nie brakuje

          • Jerzy Babarowski

            Nie waż się mówić złego słowa o Rooney Marze :P Jest cudowna :P Choć samo ciało rzeczywiście ma trochę przeciętne ;)

            Zgadzam się natomiast, że „Her” to film na czucie. Dlatego zapewne nasze wrażenia z niego tak się różnią.

          • Jerzy Babarowski

            Bingo :)

            A Mefi akurat może mieć rację jeśli chodzi o zanik słowa pisanego w Her – może takie firmy jak ta, w której pracuje Theodore są potrzebne właśnie dlatego, że ludzie zapomnieli jak się ze sobą porozumiewać, jak wyrażać emocje, jak pisać więc trzeba zatrudniać takich życiowych nadwrażliwców by robili to za nich? :)

          • Jerzy Babarowski

            Nie miałbym nic przeciw temu by ten film był naiwny, gdyby tylko jego świat był spójny z historią i bohaterami ;)

          • q

            rozumiem że chciałbyś obejrzeć oczywistą dyskusję? Dlaczego odchodzisz? Bo tak ;-P

            zacytuje hot szot: Widzę że ból nie jest Ci obcy. Tak, byłem żonaty. 2 razy.
            Mówiąc prościej niektórzy wiedzą jak takie rozmowy wyglądają a nie wnosi to nic do fabuły. Gdzie i dlaczego udała się Samantha? To było już poruszane już nie raz w innych dziełach. Pomyśl. Najlepiej wymyśl nową oryginalną odpowiedź.

            Pomyśl tak, jeśli postacie w filmie pracowały za darmo (taki motyw jest np. w startreku) to jak to ustawia poszczególne sceny i postacie oraz wydarzenia. Itd. Czy może trzeba wszystko dopowiadać.

            A tak nawiasem wasze reakcje są trochę przewidywalne. To nawet zabawne. Pierwsza rzecz. Zakwestionuj rzeczy podstawowe. Swoją rację. Znajdź błędy. A potem znowu. Rozwijaj się. Baw się.

          • Jerzy Babarowski

            Zgoda, oprócz ostatniego akapitu – mi się akurat to odejście Samanthy i niedopowiedzenie gdzie ona i inne OSy idą bardzo podobały.

          • Jerzy Babarowski

            Wiesz Mefi, zazwyczaj kiedy ludzie dookoła mówią Ci, że jakiś jesteś to najprawdopodobniej taki właśnie jesteś, a nawet jeśli taki nie jesteś to warto się chociaż nad tym zastanowić :) Bo teraz to brzmisz jakbyś mówił: „Heh, ci głupi debile znowu coś do mnie mają :)))))))))))) KŁAMSTWA!!! OSZCZERSTWA!!! PRZYNIEŚCIE MI MÓJ PUMEKS, ŻEBYM MÓGŁ DALEJ SKROBAĆ PIĘTY!!!”, niczym Antoni Macierewicz :)

          • Mefisto

            No tak, bo oni wszyscy mnie tak doskonale znają :)

          • Jerzy Babarowski

            Ale wiesz, nie muszą Cię znać, niektóre rzeczy po prostu widać w tym, co się pisze. Serio, zwróć na to kiedyś uwagę.

          • Mefisto

            Raczej odwrotnie. Zwróć uwagę na zarzuty, a potem na moje komentarze, które niczym nie różnią się od pozostałych. Potem dodaj dwa do dwóch, a wyjdzie Ci nie 4, ale 5, tak jak wszystkim pozostałym.

        • Jerzy Babarowski

          Ekhm. Tak, Her to jest ciekawy film, ciekawy do interpretacji i rozkminiania i taki również, który cierpi na rażące błędy wynikające – może nawet z uświadomionego – podejścia reżysera.

          Sugerujesz, że oni na końcu idą na dach, żeby się zabić? Zupełnie nie odczytałem tej sceny w ten sposób. Znaczy, na początku, jak wyszli, to tak. Ale sposób w jaki jest sfilmowana, zbliżenia na ich twarze i ten ostatni gest – wskazują na coś zupełnie innego. Ja to odebrałem po prostu tak, że wyszli by popatrzeć na budzący się do życia świat, w którym nie będzie już OSów, w którym nie będą mogły ich pocieszać i z którym przyjdzie się im zmierzyć samym, bez niczyjej pomocy – no, chyba że ze swoją nawzajem. To bardzo piękna scena, tak jak i całe zakończenie. Bardzo mi się podoba.

          Inne OSy i media – no mi by się przydały, wizja byłaby kompletniejsza, dookreślona. Mając podejście, że s-f w Her jest tylko mało znaczącą otoczką rozumiem jednak, że Tobie tego nie brakuje. Mi tak, bo nie lubię jak się robi mnie w konia :) No i czemu mówisz, że sens mediów sprowadzałby się tylko do tego, co w słuchawce? Nie wierzę, że w świecie z Her wizualne media zupełnie by znikły, wręcz przeciwnie wręcz :)

          Jeśli chodzi o to o czym Her jest i po co jest s-fem – tak, bardzo możliwe, że masz rację, że tym właśnie dla Jonze’a jest jego film. Historią o uczuciach i relacji dwojga dusz, tyle, że jednej z nich komputerowej. I jest to bardzo piękna historia i bardzo poruszająca historia. Ale tylko jeśli spojrzeć na nią z perspektywy ludzkiej – bo w momencie, gdy z tego całego świata wyjdziemy i staniemy obok niego to całościowo – mnie przynajmniej – w ogóle on nie przekonuje. Ta historia w kontekście tego świata nie przekonuje. Napisałem zresztą w tekście, że Her jest najlepsze wtedy, kiedy opowiada o ludziach, a nie komputerach ;)
          No i jeśli otoczka s-f pełni tu tę samą rolę co pomieszana chronologia w „500 days of summer” no to nie przekonuje mnie tym bardziej. Bo u Webba rola tej narracji była jasna – celniej i dobitniej opowiedzieć o związku, tym co się w nim zadziało i przyczynach jego rozpadu poprzez spojrzenie na niego from the outside in. Ułożenie historii na wzór imprezowiczów, którzy po szalonej balandze próbują sobie przypomnieć, co się stało, próbują poskładać wszystko do kupy. Wejście od zewnątrz i kulminacja historii na tym, co nie wyszło.
          „Her” niczego takiego nie daje. „Her” jest s-fem bo tak się podobało Jonze’owi i nic za tym dalej nie idzie. Podoba mi się ten film, ale nie mogę zignorować faktu, że jego treść zupełnie nie przystaje do gatunku. I stąd pewnie ton mojej recenzji – bo chciałbym, by ten film był 10/10 i tak łatwo mógłby być, ale nie jest. I frustruje mnie to ;)

  • vera

    wspomniałam gdzieś, że film robi przeciąg w głowie a mnogość recenzenckich interpretacji i ujęć tylko to potwierdza.nie przekonuje mnie tak krytyczne i asekuracyjne (ten domniemany biografizm jonze’a) ujęcie „her”, ale w sumie nie to jest najważniejsze. uwielbiam tworzyć wokół szczegółu,bo diabeł tkwi w szczegółach. autor recenzji twierdzi, że brak jest w bohaterach „her” rysu, który by sprawiał że wierzymy, iż taki świat skonstruował takich ludzi.przyjrzyjmy się jeszcze raz theodorowi.on nie jest jakimś pisarzem, on jest epistolografem. znaczy się pisze listy w imieniu innych ludzi…a dlaczegóż ci ludzie sami nie pisują listów do najbliższych?być może brakuje im czasu, ale najpewniej nie potrafią komunikować własnych emocji, rozwinąć ich, pięknie lub wiarygodnie przekazać.na takie potrzeby odpowiada odpowiednio wyspecjalizowana komórka, w której pracuje wrażliwy i empatyczny theodore i filtruje indywidualne ludzkie przypadki.(nawet dziś pisanie listów to przeżytek,na co dzień specjalizujemy się głównie w krótkich komunikatach).jonze pokazuje, że kondycja „duchowa” filmowanego społeczeństwa zależeć będzie w końcu od systemu operacyjnego samantha (przekazującego, przetwarzającego i generującego emocje).jakieś medium zapośrednicza zdolność komunikacji uczuć, interakcji z realną osobą. to medium staje się w końcu tak niezbędne, że widmo jego unicestwienia (odejścia) autentycznie boli.(jeszcze tylko dodam odnośnie tego wątku, że ciekawą paralelę może stanowić szczegół z „500 dni miłości” – tam główny bohater pracuje dla firmy projektującej kartki. kartki te ilustrują różne stany emocjonalne i okraszają je lakonicznym komentarzem).ps. mefi to istotnie rozbrajający facet, więc w sumie nie ma o co kruszyć kopii panowie. wyszedł komplement. tyle ode mnie, także tego;-)

    • Jerzy Babarowski

      Bardzo ciekawy komentarz.
      Nie sposób nie zgodzić się z Twoją główną myślą, piszę zresztą o niej w tekście – czyli, że świat „Her” zapomniał jak się rozmawia i okazuje emocje drugiemu człowiekowi. Ty jednak uważasz, że motyw z OSami jest przedłużeniem tego wątku, tzn. że OSy służą jako substytuty wyrażania autentycznych emocji i że jako takie zostają przyjęte do tego świata i pokochane. Problem w tym, że ja tego w tym filmie nie widzę – a szkoda, bo gdyby tak rzeczywiście było to wystawiłbym „Her” o wiele wyższą ocenę (bo tym samym poszłaby w jedną z dwóch dróg, jakie zapodałem w recenzji ;)). Bo w tym wypadku sprawa jest dla mnie prosta – OSy to tylko sztuczne zamienniki i to, że ludzie nawiązują z nimi tak głęboki kontakt jest złe i to bardzo. Bo to nie jest kontakt prawdziwy, naturalny – jest prawdziwy dla tych ludzi, przez jakiś czas, ale nie w sensie obiektywnym.
      I mi po prostu zabrakło pokazania tego w filmie, zabrakło tego, o czym Ty piszesz. Oczywiście można to sobie dopowiedzieć, wszystko można sobie dopowiedzieć – ale czy w pewnym momencie jest wciąż sens? ;) Film jest jaki jest: natura relacji pomiędzy OSami, a ich właścicielami jest w nim ledwie liźnięta, niemal nienaruszona. Dlatego właśnie zabrakło mi szerszego spojrzenia na ten świat i wyjścia poza apartament Theodore’a – pokazania, w jaki sposób OSy wpłynęły na ludzi. Dlatego też nie widzę łańcucha przyczynowo-skutkowego pomiędzy światem, jaki Jonze wykreował (który i Ty i ja widzimy tak samo), a samą romantyczną historią filmu. To jest niespójne, jest pęknięcie. Theodore to całkiem normalny, wrażliwy koleś, dostrzegający innych ludzi, kochający ich. Po prostu zakochuje się w swoim komputerze, hop siup i już są razem, szybko, tak jakby to była najnormalniejsza w świecie rzecz. Brak wgłębienia się, brak zaznaczenia jak nienormalne to jest. Za dużo romansu, za mało sci-fi i spójności świata. Sci-fi się pojawia, ale w ostatnich 10 minutach. Za mało i za późno. Za mało dokładnie jest przedstawiony ten świat, jego ekspozycja jest zbyt skromna by wyskakiwać z tego rodzaju zagraniami (jeśli faktycznie to właśnie Jonze chciał zrobić, w co wątpię).
      Oczywiście można mówić, że związek Theodore’a z Samanthą jest przedstawiony normalnie bo dla niego jest czymś normalnym, a narracja jest zsubiektywizowana do jego pola odczuwania. Ale nie kupuję tego, bo w ten sposób, jak już wspomniałem, dopowiedzieć można sobie wszystko ;)

      A analogię z „500 dniami miłości” dostrzegłem zaraz po wyjściu z seansu ;) I czemu twierdzisz, że ujęcie „Her” poprzez pryzmat osoby reżysera jest asekuracyjne? Zresztą ta wzmianka o nim jest mało ważna, wtrąciłem ją tylko z boku, bardziej jako trivię niż cokolwiek innego ;)

      • vera

        Ha, widzę że sprytnie szyjesz. czy to możliwe, że piszemy o tym samym tylko ja mam interpretacyjny odlot?;-)well, poniekąd miewam takie, ale jednak sadzę, że Jonze zrobił całkiem wiarygodną inspirację do takiego odlotu. Wszystko w filmie jest, co więcej – to my za dłużyszych chwil kilka. Możesz dalej kaprysić, że proporcje sf w stosunku do filmu romantycznego nie te, mnie pasuje.Nie moge jednak się zgodzić z tym,że zabrakło scen w których jest pokazane jak OSy wpłynęły na ludzi. TUTAJ ZDRADZAM ZAWARTOść NIEKTÓRYCH SCEN.Scena z bezradnym Theo wybiegającym na zewnątrz w poszukiwaniu zasięgu. Osuwa się gdzieś na schodach. Nagle tłum ludzi wychodzących z korytarzy,wielu z nich z zaangażowaniem papla z OSami. Wiadomo już,że Samantha ma tysiące innych wielbicieli/odbiorców.Z całkiem pokaźną liczbą odbiorców zawarła intymne relacje. Samantha sama również wspomina, że system się rozbudowuje, modyfikuje, rozrasta…raczej nie „sobie a Muzom”, co? ;-)Zdolność interakcji sytemu jest fenomenalna – słyszymy, że Samantha kontaktuje się z szefami Theo, z wydawcami jego książki (ba, wszak jej publikacja to głównie jej zasługa), w końcu Samantha paple z najbliższymi znajomymi Theo.Sorry, to już nie jest tylko automatyczna sekretarka. Samantha jest w stanie nawet zorganizowac sobie pozorantkę, która jest jej reprezentantem cielesnym. Traktowana początkowo z uśmiechem politowania lub kpiną (scena z eks-żoną Theo) zostaje w końcu zaakceptowana (przyjaciele Theo, pracownicy). Przyjaciółka Theo sama szuka pocieszenia w OSie.KONIEC ZDRAD;-)Odnośnie tego „hop-siup”, to jednak celowo chyba spłycasz wątek?Natura między OSami a ludźmi „tylko liźnięta”? No proszę Cię, ja pierdziele. My oglądaliśmy dwie różne „One” czy mój odlot był aż tak intensywny?;-)

      • Karolina

        A ja dodam od siebie, że w filmie zostało ewidentnie zasugerowane, że system operacyjny OS, wszedł na rynek stosunkowo niedawno. Theo dość spontanicznie decyduje się na zakup tej „nowinki” technologicznej i szybko się nią zachwyca. Choć nie zgadzam się z tym, że reżyser niewystarczająco opisuje relacje pomiędzy ludźmi a OSami, to przyjmując, że jest to prawdą, można uargumentować ten fakt początkową fazą zaznajamiania się ludzi z OSami i popularyzacji takich relacji. To „hop siup”, o którym piszesz, jest dla mnie czymś na kształt projekcji swoich pragnień na inteligentną maszynę. Theo projektuje swoje lęki i emocje na Samanthę, a ona podświadomie (jeśli można mówić o podświadomości u maszyn), wychwytuje jego oczekiwania wobec niej, bo Theo przede wszystkim oczekuje prawdziwej więzi i miłości oraz leku na samotność co inteligentna i pełna empatii Samantha szybko wychwytuje.

  • q

    aż kusi aby napisać…

    Recenzent mógłby być czymś więcej jeśli podrośnie,

    lub

    Czy to dobra recenzja? Ujmę to tak: nie do końca, choć bardzo łatwo uznać, że nią jest i wszystko na to wskazuje, że powinna nią być.

    ale to mogło by być odczytane jako osobista wycieczka ;-P, było by łatwiej gdybyś nie pisał głupot. ..albo nie pierdole. Zamiast bezmyślnie wytykać wady recenzji, napiszę co powinieneś zrobić aby była lepsza..

    widzisz jakie bezsensowne jest takie pisanie?

    Myślę że film jest dokładnie tym czym miał być. Wyciąganie z niego czegoś, dodawanie jest bez sensu, zburzyło by konstrukcję. Wywal scenę z kotem, która przygotowuje nas na kolejną gdzieś ją ustawia itd. i już masz dziurę. Dodaj komputerowi który ma być 100% ludzki cechy „komputera” jak chcesz i już traci to sens. Zresztą są sceny które mówią nam, że to mechaniczna zabawka z np. wprogramowane obsceniczne żarty typu: sex z lodówką. Jaki sens jest wrzucanie informacji np. z wiadomości dla historii? Co to robocop? ;-P Wszelkie istotne informacje na temat świata są zawarte w filmie i lub rozumie się je bez konieczności dopowiadania. Bohater Ci się nie podoba, np. jego ignorowanie faktu że jego związek nie jest z prawdziwą kobietą itd. – stary tak miało być. Trudno Ci w to uwierzyć ale wież mi są tacy ludzie. Będzie Ci łatwiej jeśli przestaniesz oceniać filmy przez siebie. Nie traktuj tego osobiście. Film to nie jest krytyka Twojego życia. Jeśli nie lubisz scarlett (też za nią nie przepadam) nie sprawdzaj kto gra w filmie przed jego obejrzenie. Nie będziesz uprzedzony i być może kiedyś ją polubisz. Reżyser nie może brać pod uwagę fanów filmów. Większość ludzi nie zwraca na to uwagę. Jeśli pasuje mu głos to bierze aktora. Nie na odwrót.

    Pisanie że film mógł być czymś innym niż jest jest pisaniem o sobie a nie o filmie. Unikałbym od tego. Dla mnie to nie był film sf. Dla mnie to był precyzyjny opis przyszłości. Dla mojej dziewczyny to było „romansidło” na którym ryczała. Jeśli nam mówisz że w jednym gatunku lub drugim temu filmowi czego brakuje to, w naszej opinii jesteś daleki od prawdy.

    oj człowieku…

    • Jerzy Babarowski

      „widzisz jakie bezsensowne jest takie pisanie?”

      Nie widzę.

      „Zamiast bezmyślnie wytykać wady recenzji, napiszę co powinieneś zrobić aby była lepsza..”

      Nie zrobiłeś tego, wciąż czekam. Choć po ilości cytatów mojego tekstu w Twoim poście pomyślałbym, że Ci się właśnie bardzo podobał ;)

      ” Bohater Ci się nie podoba, np. jego ignorowanie faktu że jego związek
      nie jest z prawdziwą kobietą itd. – stary tak miało być. Trudno Ci w to
      uwierzyć ale wież mi są tacy ludzie.”

      Ty się odczep od mojej wieży, miałem ją tu przez całą partię i czekałem aż Twój król się odsłoni i będę go mógł nią zaatakować. Ale ok, wieżę (biorę na B5, szach mat!), że są tacy ludzie, wieżę też, że tak miało być. Wieżę również, a nawet jestem pewien, że inne rzeczy, które mi się w tym filmie nie podobały również miały w nim być. A bohater mi się bardzo podoba – tylko to, co się dzieje wokół niego już nie do końca.

      ” Będzie Ci łatwiej jeśli przestaniesz oceniać filmy przez siebie.”

      Będzie mi, de facto, trudniej, ale ok.

      ” Jeśli nie lubisz scarlett” – bardzo lubię Scarlett, ale nie w tej roli.

      „Dla mnie to nie był film sf. Dla mnie to był precyzyjny opis przyszłości.” – drugie zdanie jest niemalże idealną definicją gatunku, jakim jest science-fiction.

      ” Jeśli nam mówisz że w jednym gatunku lub drugim temu filmowi czego brakuje to, w naszej opinii jesteś daleki od prawdy.” – rozumiem to, naprawdę. Nie zadowolę przecież wszystkich… widzisz, Ty też oceniasz filmy przez siebie (i swoją dziewczynę) ;)

  • Wojtek

    Jeśli „Her” jest „trochę tandetny”, to gdzie znajdują się na tym wymiarze komedie romatyczne?

    • Jerzy Babarowski

      Poza skalą :)

  • Jakub Piwoński

    bardzo dobra recenzja, w pełni podzielam opinię redakcyjnego kolegi- Her może i osadzone jest w oryginalnym i przykuwającym uwagę pomyśle, ale jego wykonanie jest momentami zbyt infantylne.

  • stan79

    Panie recenzencie – pan jest jeszcze niedojrzały, aby brać się za omawianie podobnych filmów. Myślę, że odnalazł by się pan w recenzowaniu „Na Wspólnej”.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#138 - Louis De Funes

Następny tekst

Squirrels - teaser



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE