Ojcowie i córki | FILM.ORG.PL

Ojcowie i córki

To film na jeden raz, który ani nie wzruszy, ani nie wstrząśnie, tak jak reżyser – chyba – zamierzył sobie i wykalkulował.




Choroby, traumy i Russell Crowe




Miłosz Drewniak
18.02.2016


Już w ciągu kilkunastu pierwszych ujęć najnowszego dzieła Gabriele Mucciniego wprowadzeni zostajemy w jednostajnie prostoliniowe tempo całości. Napuchnięte od łez oczy Russella Crowe’a – flashback: kłótnia z żoną w samochodzie i tragiczny wypadek – Russell Crowe dostaje psychosomatycznych konwulsji – Russell Crowe zostaje wysłany do szpitala psychiatrycznego – Russell Crowe oddaje swoją małą córeczkę pod tymczasową opiekę demonicznego wujostwa, które w toku akcji zechce odebrać mu dziecko itd.

Ojcowie_i_corki_04_2c596353ce

Już po tej krótkiej ekspozycji wiemy doskonale, co twórca W pogoni za szczęściem zechce nam w ciągu dwugodzinnego seansu zaserwować, czym spróbuje wstrząsnąć, czym będzie nas szantażował. Nic w tym karygodnego. Przecież kino od zawsze było potężnym narzędziem emocjonalnej manipulacji, wyciskało łzy z oczu znudzonego życiem mieszczaństwa, było oknem na inny świat, śnieniem na jawie cudzego snu. Ten sen potrafił dotknąć w nas strun, o których istnieniu nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Dlatego wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że przy całym swoim wygraniu filmu na jednej nucie i odrzuceniu emocjonalnych półśrodków, Muccino uzyskuje dzieło nieznośnie letnie.

Widać jak na dłoni, że twórcy „Ojców i córek” dla miałkiej treści swojego filmu usiłowali znaleźć przeciwwagę w postaci formalnego konceptu.

Decydują się na zastosowanie inwersyjnej narracji, mającej na celu zabawić widza układaniem nieskomplikowanych fabularnych puzzli. W filmie Mucciniego przenikają się dwa plany czasowe: na pierwszym Katie (Kylie Rogers) jest zagubioną półsierotą, wychowywaną przez kochającego ojca-pisarza (Russell Crowe); na drugim Katie (Amanda Seyfried) jest młodą kobietą, borykającą się ze skutkami swojego burzliwego dzieciństwa.

padri-e-figlie-primo-trailer-del-film-di-gabriele-muccino-con-russell-crowe-2

Film miał być w założeniu – chyba – rzeczą właśnie o zgubnych skutkach wychowywania, choć jako taki wypada mało przekonująco.

Twórcy Ojców i córek na każdym kroku w nachalny sposób próbują nas przekonać o psychologicznej głębi głównej bohaterki. Ta charakterologiczna złożoność ma objawiać się między innymi kompulsywną nimfomanią Katie, a także skłonnością do pomagania innym w radzeniu sobie z emocjonalnymi problemami (dziewczyna jest zdolną studentką psychologii). Postać nieraz dosłownie, wprost wykrzyczy do kamery, że jest trudna (co ma wynikać, rzecz jasna, z rodzinnych traum). Skomplikowana w założeniu osobowość Katie jest jednak skomplikowaniem pozornym. Nie mamy w filmie do czynienia z błyskotliwą introspekcją, a jedynie z pójściem na skróty i przedstawieniem prostych zależności przyczyna–skutek na przeplatających się planach przeszłości i teraźniejszości. Dlatego w efekcie cały psychoanalityczny aspekt filmu wydaje się bardzo powierzchowny, wprowadzony w sposób toporny, na słowo honoru reżysera.

Ojcowie_i_corki_10_aeb4418f4d

Role pierwszoplanowe w filmie Mucciniego, czyli Russell Crowe jako zmagający się z chorobą samotny ojciec oraz Amanda Seyfried jako jego dorosła córka, zostały zagrane podręcznikowo, a przez to nudno, choć – jednocześnie – poprawnie i po bożemu. Tło dla głównych kreacji stanowi natomiast zupełnie bezbarwny drugi plan – Bruce Greenwood i Diane Kruger jako bogaci wujek i ciocia, bezustannie knujący i mącący spokój Jake’a i Katie. Obok nich nieszczęsny Aaron Paul, bez powodzenia szarpiący się z szufladą Jessego Pinkmana (Breaking Bad), którego zadanie w Ojcach i córkach sprowadza się do intensywnego tulenia Czipsika (pieszczotliwa ksywka głównej bohaterki).

MIeNuce

Ojcowie i córki to film cierpiący na brak wyrazistej puenty czy diagnozy. Żegnając się z bohaterami, właściwie nie wiemy, czy artysta miał na myśli cokolwiek ponad chęć wypowiedzenia mało odkrywczej formuły, że rodzice – chcąc nie chcąc – robią swoim dzieciom krzywdę. To film na jeden raz, który ani nie wzruszy, ani nie wstrząśnie tak, jak reżyser – chyba – zamierzył sobie i wykalkulował.

korekta: Kornelia Farynowska

Miłosz Drewniak

Miłosz Drewniak

Rocznik ’91, czyli wychował się na filmach z Indianą Jonesem i chyba dlatego nie lubi w kinie smętnego bergmanowania. Skończył polonistykę we Wrocławiu, broniąc pracy na temat słowa w filmach Quentina Tarantino. Na stałe związany jest z film.org.pl, ale publikował też na łamach portalu Noir Café i rocznika naukowego „Studia Filmoznawcze”. Top (bez szczególnego porządku): "Zezowate szczęście", "Popiół i diament", "Słodkie życie", "Osiem i pół", "Do utraty tchu", "Fargo", "Big Lebowski", "Pulp Fiction", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Dogville".
Miłosz Drewniak






  • bobzielarz

    Oglądając zwiastuny miałem wrażenie, że film można włożyć na półkę z niegdyś popularnymi filmami „na faktach autentycznych” z nieznośnym patosem, nachalną narracją, pokazywaniem palcem co jest dobre, a co złe. Takie kino nie zostawia miejsca na interpretacje, przemyślenia i chyba jest to najgorszy rodzaj kina, bo reżyser jest święcie przekonany, że robi dobry film, bo wielki temat sam się obroni . Szkoda mi tylko Russella Crowe bo to świetny aktor, ale słaby reżyser (jego „Źródło nadziei” było strasznie miałkie). No każdemu zdarza się wystąpić w jakiejś kupie w stylu „Trudne sprawy”, ale mam nadzieję, że na stare lata nie pójdzie drogą m.in. Roberta De Niro.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

JOHN HUGHES. Filmobiografia

Następny tekst

Berlinale 2016 - Michael Moore i Miles Davis



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE