Ognie św. Elma "St. Elmo's Fire" - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Ognie św. Elma

Ten film to kolaż nielogiczności. Obraz pełen scen nie mających ze sobą nic wspólnego. Brak mu lekkości „Klubu Winowajców” oraz wniosków, które moglibyśmy - razem z bohaterami - wyciągnąć.




Jak żyć?




Szymon Pajdak
28.01.2013


Wielu z nas myśli, że wraz z końcem szkoły średniej nasze problemy znikną, a świat pokaże nowe możliwości, z których będziemy czerpać garściami. Niezależność, praca, własne mieszkanie – to tylko niektóre z rzeczy, o których marzymy.

Niestety problemy nie znikają. One ewoluują i przybierają inne rozmiary, a my, podobnie jak kilka lat wcześniej, stawiamy im czoła, mając jednocześnie nadzieję, że tak jak w ogólniaku jakoś uda się wyjść z nich z podniesioną głową. Sposobów na poradzenie sobie z przeciwnościami losu jest tyle, ilu ludzi. Jedni zrobią to rzucając się w wir kariery, inni buntując się przeciwko systemowi, a pozostali znajdując sobie hobby i pasje, mogące ich oderwać od codzienności. Każdy na swój specyficzny sposób musi poradzić sobie z tym dziwnym przejściem do świata dorosłych.

Film Joela Schummachera to historia siedmiu znajomych z college’u, którzy po ukończeniu szkoły stoją u progu dorosłego życia. Dziewczyna z dobrego domu, buntownik i lekkoduch, para uchodząca za idealną, chłopak z obsesją na punkcie starszej kobiety, przebojowa bankierka i zamknięty w sobie pisarz. Wszystkich ich łączy przyjaźń i wspólna historia, jednak każdy z nich ma odmienne spojrzenie na teraźniejszość i przyszłość.

Brzmi znajomo prawda? Trudno mówić o „Ogniach św. Elma” nie nawiązując i porównując go do „Klubu Winowajców”. Oba miały premierę w tym samym roku, oba traktują o podobnym problemie, aż wreszcie w obu zagrało kilku tych samych aktorów. Jednak różnicę w poziomie filmów wyłapiemy już po pierwszych minutach seansu. W obrazie Johna Hughesa mamy fabułę i ciąg przyczynowo skutkowy, a postacie są napisane naprawdę dobrze. Od razu znajdujemy z nimi coś wspólnego, pewną nić porozumienia. Oglądając ich łatwo przypomnieć siebie z czasów szkoły średniej. Mimowolnie wracamy do okresu,  kiedy mieliśmy 16 lat; wracamy do czasu poszukiwania własnej tożsamości; do buntu, który poszukiwaniu towarzyszył.

U  Joela Schumachera tego nie uświadczymy. Reżyser „Lost Boys” spłycił swoich bohaterów. Miał do dyspozycji wspaniałych aktorów: najlepszych z młodego pokolenia, a dał im do zagrania istoty żywcem wyjęte z telenoweli. Miotają się bez sensu na ekranie, wygłaszając co jakiś czas pseudofilozoficzne frazesy i podejmując irracjonalne decyzje. Brak im osobowości czy głębszego rysu, a każda scena z ich udziałem to punkt kulminacyjny czegoś, czego nie mamy okazji zobaczyć. Można poczuć dogłębne zagubienie, a historia przedstawiona na ekranie przybiera formę niestrawnego miszmaszu. Sytuacje, w których biorą udział, są zwyczajnie przesadzone. Przypuszczam, że każdy zna kogoś kto miał obsesję na punkcie drugiej osoby, nie potrafił znaleźć pracy czy nawet flirtował z przełożonym. To nie są zdarzenia z pierwszych stron gazet tylko samo życie, a jednak zostaje nam to podane wyjątkowo niewiarygodnie.

Bohater Judda Nelsona zdradza swoją dziewczynę, ale nigdy nie widzimy, żeby robił coś złego. Mieszkają razem, wyglądają na szczęśliwych, planują nawet ślub, aż nagle okazuje się, że non stop skacze w bok. Jak mamy uwierzyć, że śpi z każdą napotkaną kobietą, skoro nic na to nie wskazuje? Kolejnym przykładem jest postać Esteveza, który ma obsesję na punkcie starszej o kilka lat dziewczyny. Facet błąka się podczas ulewy i śledzi ją, udaje się za nią na zamknięte przyjęcie, aż wreszcie urządza dla niej imprezę. Kiedy ta nie przychodzi – jedzie za nią do górskiej chatki. Gdzie tu jakakolwiek logika? Dlaczego ta kobieta tak bardzo go kręci? Widział ją tylko przez rok w szkole średniej, a mimo to totalnie oszalał na jej punkcie. Takich sytuacji w filmie jest mnóstwo. Reżyser i scenarzysta w jednym rozdmuchuje pozornie proste sprawy do niesamowitych rozmiarów sprawiając, że stają się one trudne do zaakceptowania i wyjątkowo naciągane. Brakuje mu wyczucia i delikatności.

Poruszone problemy wejścia w dorosłość dawały ogromne pole do popisu. Moment, w którym musimy odpowiedzieć sobie na pytanie „co teraz?” to swoisty samograj. Można go przedstawić na wiele sposobów i nie popadać przy tym w infantylność i śmieszność. Warunkiem sukcesu jest jednak pomysł, jak to osiągnąć, a co za tym idzie – wyciągnięcie konkretnych wniosków. Po seansie odniosłem jednak wrażenie, że zobaczyłem jedynie kilka tygodni z życia mało zabawnej grupy, która stara się pokazać jaka jest wspaniała lansując się w lokalnym barze, wydając przyjęcia, upijając się czy uprawiając sex. Zero refleksji czy jakiejkolwiek puenty. W pewnym momencie film po prostu się urywa, a cały dramat, który rozegrał się w ostatnich minutach, jakby przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście dostajemy coś w rodzaju podsumowania, ale co z tego, skoro relacje tych ludzi wyglądają tak samo, jak na początku filmu. Wydarzenia, w których uczestniczyli, powinny zostawić jakiś ślad w ich psychice; sprawić, że inaczej zaczną postrzegać pewne sprawy. Zamiast tego idą szukać kolejnego baru, jak gdyby nigdy nic.

Szkoda przede wszystkim aktorów, bo widać, że dają z siebie wszystko. Niestety źle napisany scenariusz skutecznie im w tym przeszkadza. Judd Nelson, Emilio Estevez, Rob Lowe, Ally Sheedy czy Demi Moore grać potrafią i starają się jak mogą, jednak wszystko to ginie w natłoku nielogiczności. Znając ich filmografie zaryzykuję stwierdzenie, że dla niektórych był to najsłabszy film, w jakim brali udział.

 

Po seansie długo szukałem informacji na temat tej produkcji. Okazało się, że odniosła ona ogromny sukces kasowy i ma dzisiaj pozycję kultowej, mimo, że krytycy nie pozostawili na niej suchej nitki. Siskel i Ebert uznali ją nawet za jeden z najgorszych obrazów jakie miały premierę w 1985 roku! Doskonale ich rozumiem. Ten film to kolaż nielogiczności. Obraz pełen scen nie mających ze sobą nic wspólnego. Brak mu lekkości „Klubu Winowajców” oraz wniosków, które moglibyśmy wyciągnąć. Za dużo w nim banału. Ogląda się go bezboleśnie, ale to głównie zasługa aktorów, którzy robią, co mogą, żeby nadać swoim postaciom nieco charakteru. Dobra jest ścieżka dźwiękowa na czele z piosenką Johna Parra „St Elmo’s Fire”, która na długo stała się przebojem i do tej pory rozbrzmiewa w klubach pod rozmaitymi postaciami.

Chcecie wrócić na moment do lat 80. i obejrzeć coś lekkiego, bez specjalnego angażowania się w historię? „Ognie św. Elma” sprawdzają się tutaj nieźle. Jeżeli jednak oczekujecie dzieła na poziomie filmu Hughesa możecie się srogo rozczarować.

Arahan

Pracownik, student i podróżnik. W świat filmu ucieka od otaczającej go rzeczywistości. Uwielbia Spielberga, Nolana, Leone, Tarantino, del Toro i Scorsese. Na ekranie lubi oglądać DiCaprio, McGregora, Pacino, Daniela Day-Lewisa i Oldmana. Kino ma przede wszystkim wzbudzać emocje, niezależnie od tego jakie one będą. Ma wzruszać, zaskakiwać, dawać radość i skłaniać do refleksji - wszystko zależne od nastroju. Pierwszą recenzję do redakcji wysłał w 2009 roku, a od listopada 2011 pisze w miarę regularnie, raz lepiej, a raz gorzej, ale chyba nie tak źle skoro zaproszono go do zacnego KMF-owego grona.

Arahan - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Mefisto

    Trochę za surowa ocena, a sporo uwag wynika niestety z nieuważnego oglądania filmu :) Owszem, z niektórymi argumentami się zgadzam, a w porównaniu z Breakfast Club film słabuje (choć porównanie nietrafione, bo tam mieliśmy do czynienia z uczniami liceum, a tutaj z ludźmi już po studiach).
    1. Jest scena, w której Nelson otwarcie się przyznaje do tych stosunków i oczywiście obiecuje poprawę. A że wcześniej wszystko wygląda na idealne? Na tym to właśnie polega – perfekcyjna maska i okłamywanie. Niby szczęście, ale jednak niedosyt. Dlatego właśnie Sheedy tak to przeżywa i robi to, co robi, a Nelson reaguje agresją.
    2. Estevez faktycznie postępuje głupio, ale c’mon! Raz, że miłość, dwa, że gość dalej nie wyrósł i radośnie robi za barmana w lokalnym barze, nie ma nawet auta, etc. (co w realiach amerykańskich jest nie do pomyślenia!), a gdy w końcu otrzymuje dobrą fuchę po znajomości, to w mieszkaniu szefa urządza bibę ot tak, a następnie bez oglądania się ją opuszcza. Dzieciak po prostu :)
    3. Relacje pozornie wyglądają tak samo, bo to zgrana paczka przyjaciół, która po prostu przetrwała kolejną próbę. I bynajmniej nie zgodzę się z tym, że bohaterowie się nie zmienili, bo dorośli – o czym świadczy dokładnie ostatnia scena: Rob Lowe z pomocą przyjaciół w końcu ogarnia się i rusza budować swój sukces. Nelson i Sheedy czegoś się o sobie w końcu nauczyli i weszli na wyższy level związku, a lekkoduszność Moore w końcu została ukarana, przy okazji zbierając do kupy lekko poróżnionych i rozproszonych pozostałych przyjaciół. Wybierają kolejny bar? Tak, ale zauważ, że czynią to na nowych zasadach – nie wchodzą sobie na pałę do tego samego, kultowego i jedynego dla nich dotąd miejsca spotkań, lecz umawiają się na kawę w jakimś cichym miejscu, żeby porozmawiać. Ot, dorastają. A przed nimi kolejny rozdział życia.

  • Szymon Pajdak

    1, Owszem przyznaje się, ale to wszystko jest tak powierzchowne i naiwne, że wręcz boli. Jedna scena w której rozmawia z kumplem o tym, że kocha, ale musi się wyszaleć i tyle. Jak na tak długie budowanie napięcia między parą i pokazanie jak związek się rozwija jest to ledwie liźnięte.

    2. Estevez to dzieciak, ok. Ale imprezę wydaje świadomie dla tej panny, nawet dzwoni do współlokatorki i pyta gdzie ta się podziewa skoro nie ma jej na imprezie. Biba nie jest urządzona ot tak, zrobił ją bo chciał jej zaimponować (wcześniejsza akcja z limuzyną).

    3. Nelson i Sheedy nie weszli na wyższy level związku. Z tego co ona pod koniec mówi to chce sobie zrobić przerwę. Koleś przespał się z laską kumpla, a pod koniec wszystko jest super bo ona chce odpocząć, a im to pasuje … no hej, nawet największa przyjaźń tego nie przetrwa. Bohater Lowe’a faktycznie coś postanawia, ale przed tym zalicza jeszcze Pannę z dobrego domu, ot tak, żeby zerwać z przeszłością i tym, że ma dziecko. Co do wyboru baru w końcówce, bohater Nelsona mówi:
    – Chodźmy do Hooligana. Trochę ciszej i mniej dzieciaków ;)

    Mefi film obejrzałem dosyć dobrze, niektóre sceny nawet przewijałem, ale to nie zmienia faktu, że jest słaby, a postacie są tragicznie napisane.

    • Mefisto

      Nie jest słaby, jest średni, ale sympatyczny i aktorsko ciągnie ok.
      1. Fakt, coś więcej mogli pokazać, ale ten problem polega właśnie na niedomówieniach. I nie mówiłem o scenie z kumplem – jest scena, gdzie on się przed nią przyznaje.
      2. Jedno nie przeszkadza drugiemu – jak byłeś gówniarzem to nie starałeś się imponować pannom za wszelką cenę? C’mon!
      3. A kto mówi, że to przetrwają? Ten wątek ma akurat dość otwarte zakończenie, co nie zmienia faktu, że związkowo bardziej dorośli, bo wcześniej wszystko opierało się na takiej gównianej miłości trochę, czyli jesteśmy razem, buzi-buzi i tyle w sumie. Oni nawet zamieszkali ze sobą na zasadzie kaprysu i to co się w filmie dzieje dość wyraźnie pokazuje, jak kruchy był to w rzeczywistości ‚mariaż’. A co do Lowe’a to miałem na myśli ostatnią-ostatnią scenę. Owszem, ona także nie gwarantuje, że i ten gość dorośnie, ale przynajmniej zdołał wyjść krok poza kolejne imprezy zakończone kolejnym ruchańskiem i przez to kolejnymi rozczarowaniami. A to już coś :)
      Nie jest to mega udany film, ale i nie tak zły jak mówisz :)

      • Szymon Pajdak

        1. Ok, ale do mnie to nie trafia. Cały związek jest niesamowicie papierowy, zresztą dokładnie taki sam jak postacie, ale tutaj, aż się prosiło o coś więcej. Jakąś mocniejszą scenę, ale nie … lepiej rzucić 2 zdania.
        2. Jasne, że starałem, ale bez przesady. To podchodziło pod prześladowanie, a cała jazda z wycieczką w góry było nie dosyć, że naciągana to jeszcze totalnie bezsensowna. Fakt bohater Esteveza był dużym dzieckiem, ale to jest mega uproszczenie.
        3. Widzisz, w Klubie Winowajców pod koniec dostałem coś mądrego, a każdy z bohaterów wyniósł coś z tej lekcji. Tutaj faktycznie, niby to nimi wstrząsnęło, ale zbyt delikatnie. Nie miało odpowiedniej mocy i ładunku emocjonalnego.

        Nie przekonasz mnie ;) zresztą nie twierdzę, że film jest zły. Jakby był zły to dałbym mu 2 albo 3 ;), a tak ma całe 5/10, więc średnio na jeża. Jego problem to uogólnianie i właśnie te niedopowiedzenia, które są źle podane. Ogląda się w miarę przyjemnie, ale to po prostu zwyczajny średniak. Rzekłem ;p

        • Mefisto

          2. Zgoda, no ale to komedia mimo wszystko :)
          3. Na tym właśnie polega różnica między oboma filmami – w BC przeżywają wszystko, bo to dzieciaki. Tutaj mamy starsze towarzystwo, to i nie ma takiego dramatu – zwłaszcza, że wszystko skończyło się szczęśliwie :) Aczkolwiek zgodzę się, że jakieś większe jebnięcie by się przydało :)

  • Janek Steifer

    Schumacher nie nakręcił „Cudownych Chłopców”. Podejrzewam, ze chodzi o „Lost Boys”. :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Niemożliwe

Następny tekst

Słów kilka o adaptacji, która pozornie nie mogła się udać



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE