nowości kinowe

Ognie św. Elma

Ten film to kolaż nielogiczności. Obraz pełen scen nie mających ze sobą nic wspólnego. Brak mu lekkości „Klubu Winowajców” oraz wniosków, które moglibyśmy - razem z bohaterami - wyciągnąć.

Autor: Szymon Pajdak
opublikowano

Wielu z nas myśli, że wraz z końcem szkoły średniej nasze problemy znikną, a świat pokaże nowe możliwości, z których będziemy czerpać garściami. Niezależność, praca, własne mieszkanie – to tylko niektóre z rzeczy, o których marzymy.

Niestety problemy nie znikają. One ewoluują i przybierają inne rozmiary, a my, podobnie jak kilka lat wcześniej, stawiamy im czoła, mając jednocześnie nadzieję, że tak jak w ogólniaku jakoś uda się wyjść z nich z podniesioną głową. Sposobów na poradzenie sobie z przeciwnościami losu jest tyle, ilu ludzi. Jedni zrobią to rzucając się w wir kariery, inni buntując się przeciwko systemowi, a pozostali znajdując sobie hobby i pasje, mogące ich oderwać od codzienności. Każdy na swój specyficzny sposób musi poradzić sobie z tym dziwnym przejściem do świata dorosłych.

Film Joela Schummachera to historia siedmiu znajomych z college’u, którzy po ukończeniu szkoły stoją u progu dorosłego życia. Dziewczyna z dobrego domu, buntownik i lekkoduch, para uchodząca za idealną, chłopak z obsesją na punkcie starszej kobiety, przebojowa bankierka i zamknięty w sobie pisarz. Wszystkich ich łączy przyjaźń i wspólna historia, jednak każdy z nich ma odmienne spojrzenie na teraźniejszość i przyszłość.

Brzmi znajomo prawda? Trudno mówić o „Ogniach św. Elma” nie nawiązując i porównując go do „Klubu Winowajców”. Oba miały premierę w tym samym roku, oba traktują o podobnym problemie, aż wreszcie w obu zagrało kilku tych samych aktorów. Jednak różnicę w poziomie filmów wyłapiemy już po pierwszych minutach seansu. W obrazie Johna Hughesa mamy fabułę i ciąg przyczynowo skutkowy, a postacie są napisane naprawdę dobrze. Od razu znajdujemy z nimi coś wspólnego, pewną nić porozumienia. Oglądając ich łatwo przypomnieć siebie z czasów szkoły średniej. Mimowolnie wracamy do okresu,  kiedy mieliśmy 16 lat; wracamy do czasu poszukiwania własnej tożsamości; do buntu, który poszukiwaniu towarzyszył.

U  Joela Schumachera tego nie uświadczymy. Reżyser „Lost Boys” spłycił swoich bohaterów. Miał do dyspozycji wspaniałych aktorów: najlepszych z młodego pokolenia, a dał im do zagrania istoty żywcem wyjęte z telenoweli. Miotają się bez sensu na ekranie, wygłaszając co jakiś czas pseudofilozoficzne frazesy i podejmując irracjonalne decyzje. Brak im osobowości czy głębszego rysu, a każda scena z ich udziałem to punkt kulminacyjny czegoś, czego nie mamy okazji zobaczyć. Można poczuć dogłębne zagubienie, a historia przedstawiona na ekranie przybiera formę niestrawnego miszmaszu. Sytuacje, w których biorą udział, są zwyczajnie przesadzone. Przypuszczam, że każdy zna kogoś kto miał obsesję na punkcie drugiej osoby, nie potrafił znaleźć pracy czy nawet flirtował z przełożonym. To nie są zdarzenia z pierwszych stron gazet tylko samo życie, a jednak zostaje nam to podane wyjątkowo niewiarygodnie.

Bohater Judda Nelsona zdradza swoją dziewczynę, ale nigdy nie widzimy, żeby robił coś złego. Mieszkają razem, wyglądają na szczęśliwych, planują nawet ślub, aż nagle okazuje się, że non stop skacze w bok. Jak mamy uwierzyć, że śpi z każdą napotkaną kobietą, skoro nic na to nie wskazuje? Kolejnym przykładem jest postać Esteveza, który ma obsesję na punkcie starszej o kilka lat dziewczyny. Facet błąka się podczas ulewy i śledzi ją, udaje się za nią na zamknięte przyjęcie, aż wreszcie urządza dla niej imprezę. Kiedy ta nie przychodzi – jedzie za nią do górskiej chatki. Gdzie tu jakakolwiek logika? Dlaczego ta kobieta tak bardzo go kręci? Widział ją tylko przez rok w szkole średniej, a mimo to totalnie oszalał na jej punkcie. Takich sytuacji w filmie jest mnóstwo. Reżyser i scenarzysta w jednym rozdmuchuje pozornie proste sprawy do niesamowitych rozmiarów sprawiając, że stają się one trudne do zaakceptowania i wyjątkowo naciągane. Brakuje mu wyczucia i delikatności.

Poruszone problemy wejścia w dorosłość dawały ogromne pole do popisu. Moment, w którym musimy odpowiedzieć sobie na pytanie „co teraz?” to swoisty samograj. Można go przedstawić na wiele sposobów i nie popadać przy tym w infantylność i śmieszność. Warunkiem sukcesu jest jednak pomysł, jak to osiągnąć, a co za tym idzie – wyciągnięcie konkretnych wniosków. Po seansie odniosłem jednak wrażenie, że zobaczyłem jedynie kilka tygodni z życia mało zabawnej grupy, która stara się pokazać jaka jest wspaniała lansując się w lokalnym barze, wydając przyjęcia, upijając się czy uprawiając sex. Zero refleksji czy jakiejkolwiek puenty. W pewnym momencie film po prostu się urywa, a cały dramat, który rozegrał się w ostatnich minutach, jakby przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście dostajemy coś w rodzaju podsumowania, ale co z tego, skoro relacje tych ludzi wyglądają tak samo, jak na początku filmu. Wydarzenia, w których uczestniczyli, powinny zostawić jakiś ślad w ich psychice; sprawić, że inaczej zaczną postrzegać pewne sprawy. Zamiast tego idą szukać kolejnego baru, jak gdyby nigdy nic.

Szkoda przede wszystkim aktorów, bo widać, że dają z siebie wszystko. Niestety źle napisany scenariusz skutecznie im w tym przeszkadza. Judd Nelson, Emilio Estevez, Rob Lowe, Ally Sheedy czy Demi Moore grać potrafią i starają się jak mogą, jednak wszystko to ginie w natłoku nielogiczności. Znając ich filmografie zaryzykuję stwierdzenie, że dla niektórych był to najsłabszy film, w jakim brali udział.

 

Po seansie długo szukałem informacji na temat tej produkcji. Okazało się, że odniosła ona ogromny sukces kasowy i ma dzisiaj pozycję kultowej, mimo, że krytycy nie pozostawili na niej suchej nitki. Siskel i Ebert uznali ją nawet za jeden z najgorszych obrazów jakie miały premierę w 1985 roku! Doskonale ich rozumiem. Ten film to kolaż nielogiczności. Obraz pełen scen nie mających ze sobą nic wspólnego. Brak mu lekkości „Klubu Winowajców” oraz wniosków, które moglibyśmy wyciągnąć. Za dużo w nim banału. Ogląda się go bezboleśnie, ale to głównie zasługa aktorów, którzy robią, co mogą, żeby nadać swoim postaciom nieco charakteru. Dobra jest ścieżka dźwiękowa na czele z piosenką Johna Parra „St Elmo’s Fire”, która na długo stała się przebojem i do tej pory rozbrzmiewa w klubach pod rozmaitymi postaciami.

Chcecie wrócić na moment do lat 80. i obejrzeć coś lekkiego, bez specjalnego angażowania się w historię? „Ognie św. Elma” sprawdzają się tutaj nieźle. Jeżeli jednak oczekujecie dzieła na poziomie filmu Hughesa możecie się srogo rozczarować.

Ostatnio dodane