Odwróceni zakochani (Upside Down, 2012) | FILM.ORG.PL

Odwróceni zakochani

Pamiętacie scenę ze „Spider-Mana”, w której Kirsten Dunst całuje wiszącego głową w dół Tobeya Maguire'a? Komuś spodobała się na tyle, że postanowił zrobić z niej cały film.




Miłość kontra grawitacja




Grzegorz Fortuna
17.09.2012


Istnieją historie tak oklepane, wytarte i przetrawione przez popkulturę, że nie wypada już powtarzać ich z poważną miną. Opowieść o parze kochanków, których dzieli wszystko poza miłością, do takich właśnie należy. Reżyser Juan Diego Solanas zdaje się tego jednak nie zauważać. Dlatego każdy, kto widział w życiu chociaż jeden melodramat, będzie wiedział, czego spodziewać się po „Odwróconych zakochanych”.

Dwoje dzieci – Adam (Jim Sturgess) i Eden (Kirsten Dunst) – spotyka się w górach i wbrew ustanowionym przez władze zakazom zaczyna rozmawiać. Oczywiście, są sobie przeznaczeni, ale zły świat ich rozdziela. Po dziesięciu latach rozłąki dorosły już Adam widzi Eden w telewizji i postanawia odzyskać miłość swojego życia. Nie będzie to jednak sprawa łatwa, bo bohaterowie żyją na dwóch różnych planetach o przeciwnej grawitacji, które zbliżają się do siebie tylko w kilku punktach. Eden mieszka na Górze – znakomicie prosperującej, bogatej krainie; a Adam na Dole – biednym i smutnym świecie, wyzyskiwanym przez zarządzaną z Góry korporację Transworld. Nietrudno się jednak domyślić, że przeciwności zostaną zażegnane i wszystko skończy się dobrze. A skoro bohaterowie nazywają się Adam i Eden, wiadomo też, że dadzą początek nowemu, lepszemu światu. Doprawdy, stopień zaawansowania symboliki nie jest w filmie Solanasa oszałamiający.

„Odwróconych zakochanych” cechuje niespotykana wręcz naiwność. Reżyser nie przygotował widzom ani jednej wolty czy zaskoczenia – fabułę prowadzi od linijki, pokazując kolejne etapy zmagań zakochanych bohaterów, jakby uważał, że wzbogacenie ugrzecznionej wersji Romea i Julii o zabawę z prawami fizyki zastąpi solidną historię. Oglądamy więc nudną i tandetną w gruncie rzeczy opowiastkę, do której nieco na siłę wprowadzono wymiar kosmiczny. Byłoby to może nawet w jakiś dziwny sposób intrygujące, gdyby relacja Adama i Eden była wiarygodna. Pomiędzy Sturgessem a Dunst nie ma jednak żadnej chemii – w gotowym filmie wręcz widać, że aktorzy na planie nie polubili się. Ich wspólne sceny, choć powinny najbardziej wzruszać, ogląda się ze zgrzytem zębów.

„Odwróconych zakochanych” ciągnie poniekąd w górę strona wizualna, rozplanowana na dwa odmienne światy, zaprojektowane według zasady opozycji – bieda i bogactwo, nowoczesne budynki i stare ruiny. Szkoda jednak, że Juan Diego Solanas, ograniczony w teorii jedynie przez własną wyobraźnię, nawet w tej kwestii postawił na bezpieczne, przywołujące proste skojarzenia rozwiązanie. Góra to piękna, zadbana, oświetlona tysiącami lamp retrofuturystyczna metropolia z kolejkami linowymi i wystawnymi kawiarniami. Dół wygląda jak powojenny Stalingrad – zniszczone, ale na swój sposób intrygujące gmaszyska mogłyby wiele mówić o przeszłości tego miejsca, o jego (ewentualnej) dawnej świetności, gdyby reżysera takie kwestie w ogóle interesowały. Solanas tymczasem streszcza nam prawa rządzące Górą i Dołem w kilkuminutowej, prowadzonej przez Adama narracji, by potem skupić całą energię na napisanej przez siebie, do bólu banalnej opowieści.

Utkana z samych klisz historia, wypełniona tekturowymi postaciami, zyskuje życie tylko w kilku momentach, kiedy z podziwem obserwujemy stykające się światy, wykreowane z dbałością o najmniejszy szczegół i do tego piękne sfilmowane przez Pierre'a Gilla. Gdyby nie niecodzienne miejsce akcji ładne zdjęcia, „Odwróconych zakochanych” nie dałoby się nawet obejrzeć w całości.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • apolinary

    Ten film można polubić.
    Jeśli miałbym określić w jakim nastroju należałoby oglądać „Odwróconych zakochanych”, tak, aby ich polubić, to powiedziałbym, że musiałby to być ogólnie nastrój pogodnej życzliwości do świata. W filmie nie ma żonglerki emocjami, nagłych skoków adrenaliny ani tym podobnych plugastw.
    Krótko mówiąc, jest to bajka.
    Albo się bajki lubi albo nie. Tym niemniej nie jest to arcydzieło, a jedynie przyjemny film do „pieszczenia” widza.
    Jakie miałbym jedynie uwagi – przede wszystkim aktorstwo. Film trzyma się tylko i wyłącznie na roli Juma Sturgessa, który daje z siebie wszystko i nie sposób go nie polubić. Kirsten Dunst pełni rolę ddekoracyjną, obsadzenie jej to fatalny błąd. Gdyby jej postać zagrała Claire Danes, być może film nie stałby się od razu o trzy klasy lepszy, ale na pewno między parą głównych bohaterów emocje aż by kipiały.
    Ponadto muzyka – bardzo ładna.

    • Rafał Donica

      Nijak nie byłem w stanie polubic żadnej postaci. Nie podobał mi się pomysł na film i jego wykonanie – widoczki do góry nogami bawiły przez pierwsze 10 minut, później bardziej drazniły. Muzyka ok – Isham dał radę, szkoda, że do tak kiepskiego filmu. Najgorsze ze wszystkiego były chyba te skoki z Dunst na plecach – tragedia, a obecność linek aż nadto wyczuwalna :(. Jak chcecie zerwać z dziewczyną albo zepsuć komuś innemu 2 godziny życia, zabierzcie go do kina na „Odwróconych zakochanych” :)

      • Grzegorz Fortuna

        Lubię bajki, ale nie tak łopatologiczne i „natchnione” ;). Zdecydowanie za mało tu prawdziwych emocji, za dużo banału.
        A te skoki z Dunst na plecach, o których wspomina Dux, to rzeczywiście jakiś koszmar – prawie jak ze „Zmierzchu” ;)

      • apolinary

        Isham jest odpowiedzialny tylko za „dodatkową” muzykę, oryginalna należy do Benoît’a Charest.
        Skoki jak skoki, ocena filmu oceną filmu – każdy oceni film według własnego gustu.
        Nie mogę jednak nie dodać, że film jest źle reklamowany, źle to znaczy jak zwykle myląco. O ile z Romeo i Julią historia ma coś wspólnego, tzn. z historią ich miłości, a nie z ekranizacją Baza Luhrmanna, o tyle z Incepcją już w ogóle nic. I to ani jeśli chodzi o fabułę ani o budżet. Bo budżet też odegrał swoją rolę w przypadku tego filmu, to widać – nie jest to produkcja hollywoodzka tylko kanadyjsko-francuska. Widać i czuć, że na planie nie przelewało się.
        Tym niemniej mnie osobiście podobał się taki „sznyt” europejski, prawie amatorski, w przeciwnieństwie do rutynowanego, znudzonego samym sobą, bezmyślnego hollywoodzkiego stylu filmowania.

        • Grzegorz Fortuna

          Nie przesadzajmy z amatorskim sznytem, ten film miał budżet w wysokości 50 mln dolarów, a to jest przecież kupa kasy :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

W drodze

Następny tekst

Robocop na miarę naszych czasów



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE