nowości kinowe

OBŁAWA, czyli reinterpretacje historii powszechnej w polskim wydaniu

Autor: Karolina Boroń
opublikowano

Reinterpretacje historii stają się symbolem ery postmodernizmu nieuznającej pojęcia prawdy historycznej. Od pewnego czasu nie trudno zauważyć, że polscy reżyserzy sięgający po tematy związane z najtragiczniejszym w dziejach naszego narodu wydarzeniem, jakim niewątpliwie była II wojna światowa, próbują ponownie, subiektywnie zinterpretować i poddać ocenie postawy nie tylko Polaków, ale i wszystkich, którzy w owych wydarzeniach brali udział. I oprócz Obławy w reżyserii Marcina Krzyształowicza, wystarczy tutaj podać takie tytuły jak Róża (reż. W. Smarzowski, 2011) czy Pokłosie (reż. W. Pasikowski, 2012), które wywołały skrajne emocje wśród odbiorców.

i0qzhyp1
Krzyształowicz w filmie Obława podjął się reinterpretacji wizerunku polskiej partyzantki, od lat ideologizowanego i mitologizowanego na ekranach kin. Akcja filmu skupia się wokół wydarzeń związanych z egzekucją kolaboranta Kondolewicza (świetna rola Macieja Stuhra), której dokonać ma kapral Wydra (Marcin Dorociński), będący jego niegdysiejszym znajomym ze szkoły. Reżyser nie posługuje się jednak prostymi rozwiązaniami formalnymi, prezentując fragmentaryczną, nielinearną narrację, która ma podkreślić towarzyszące postaciom filmowym niepokój oraz uczucie ciągłego napięcia. Wielowątkowość fabuły pozwala z kolei na wystarczająco dogłębne zaznajomienie się zarówno z „leśnym światem partyzantki” jak i stojącym po przeciwnej stronie barykady kolaboranckim życiem Kondolewicza i jego wspólników. Co istotne, zbiorowy portret oddziału partyzanckiego jest również skontrastowany z indywidualnym wizerunkiem bohaterów zagubionych w ówczesnym świecie, zmuszonych do podejmowania tragicznych decyzji i zmagania się z nieustannym doświadczaniem traumy.

Próba skonstruowania wieloznacznych portretów psychologicznych zostaje jednak całkowicie przyćmiona przez nadmiernie heroiczną i nie do końca spójną postać kaprala Wydry, który w końcowych scenach przypomina bardziej kowboja z Dzikiego Zachodu niż głodnego i wyczerpanego uczestnika wojny, wypatrującego zbliżającej się obławy. Nie da się ukryć, że potencjał tego nietuzinkowego obrazu filmowego zostaje zniszczony przez zbędne uproszczenia przejawiające się w nieumiejętnym przekazie motywacji głównego bohatera, która w odniesieniu do realistycznej konwencji całego dzieła wydaje się być absolutnie nieprawdopodobna. Nawet jeżeli pominiemy nielogiczne, nadmierne miłosierdzie kata-kaprala, potrafiącego bez najmniejszych skrupułów strzelić w tył głowy swoim ofiarom, by jakiś czas później wykazywać litość wobec „kobiet i dzieci”, to jednak ciężko jest sensownie wytłumaczyć całkowite opanowanie wobec nadchodzącej śmierci bądź w najlepszym wypadku nieuchronnej niewoli (bo cóż innego mogła znaczyć zbliżająca się obława?). Niestety reinterpretacje wydarzeń II wojny światowej w wydaniu polskim wciąż nie mogą uwolnić się od patriotycznych wizji superbohaterów zawsze gotowych do obrony ojczyzny.

1362012214

Odnoszę wrażenie, że poprzez kilka wyrachowanych „scen-perełek”, których kwintesencją staje się sekwencja przedstawiająca kolację kata i ofiary, reżyser wkupia się w łaski krytyków. Nie twierdzę oczywiście, iż wszechobecny zachwyt jest całkowicie niesłuszny, niemniej Obława momentami przypomina niestabilną konstrukcję podtrzymywaną przez poszczególne, wyśmienite sceny przepełnione elokwentnym humorem i tragikomizmem sytuacyjnym. Majstrem sprawującym kierownictwo nad utrzymywaniem tej chwiejnej budowli w pionie, jest bez wątpienia Maciej Stuhr, który staje się niemalże sobowtórem sztandarowych postaci Kina Moralnego Niepokoju, rozdartych pomiędzy dobrem i złem, nieuchronnie przywołując tym samym skojarzenia ze swoim ojcem Jerzym Stuhrem. Tak przewrotna w stosunku do jego dotychczasowego wizerunku rola, odsłania fantastyczne zdolności aktora, dotychczas nieeksploatowane i niedoceniane przez polskich reżyserów. Niestety jednak z pewnym żalem muszę stwierdzić, że ta z pozoru piękna i imponująca budowla jest w rzeczywistości niespójną konstrukcją, niewytrzymującą swojego ciężaru w zakończeniu filmu.

4106991-oblawa

W dziele Krzyształowicza zabrakło uniwersalistycznego, zdystansowanego podejścia do problemu dobra i zła. Być może dystans do zaprezentowanego tematu (z czym wiąże się również zaprzestanie upraszczania portretu psychologicznego głównego bohatera), nie jest możliwy w niniejszym dziele ze względu na autobiograficzne konotacje, które zostają jawnie zamanifestowane w adnotacji zamieszczonej w ostatnim ujęciu, w którym reżyser dedykuje swoje rozważania ojcu, niegdysiejszemu członkowi AK.

Czy nie jest więc tak, że pod płaszczem postmodernistycznej reinterpretacji kryje się zawoalowana potrzeba wybielenia wszelkich „grzechów” partyzanta-kata? Być może ów partyzant nabrał pewnych ludzkich cech, zdarza mu się pójść za potrzebą (!) czy nawet onanizować, gdy wszyscy kompani oddają się w objęcia Hypnosa. Jednak wciąż czuć pewien patos i nielogiczny heroizm, którymi byliśmy karmieni we wszystkich „historycznie poprawnych” filmach.

Czuję więc niedosyt, dziwne uczucie oszukania, a nawet poczucie brania udziału w swoistej mistyfikacji. Bez względu jednak na subiektywną interpretację, na szczególną uwagę zasługuje samo podjęcie próby demitologizacji i reinterpretacji powszechnie utartego wizerunku partyzantów. Ponadto, ogromną zaletą Obławy jest wyczuwalna „świeżość” spojrzenia na tematykę wojenną i wielokrotnie kultywowaną oraz powielaną mitologię martyrologiczną. Po obejrzeniu kolejnego, „kontrowersyjnego” dzieła, jakim bez wątpienia jest Pokłosie, zaczynam pytać z nadzieją w głosie – czy nadchodzą zmiany w polskim kinie?

Ostatnio dodane