nowości kinowe

Obecność

Zaskakująco dobry i przemyślany film grozy, bawiący się konwencją i składający jej hołd. Horror roku? Tylko drugi rozdział „Naznaczonego”, od tego samego reżysera, może mu zagrozić.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Świeckie egzorcyzmy

James Wan jest dla mnie jednym z bardziej obiecujących twórców horroru młodego pokolenia. Uwielbiam sposób, z jakim bawi się swoją ulubioną konwencją, jednocześnie składając jej hołd. Po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę w 2005 roku, spektakularnym sukcesem filmu „Piła”, który przy półtoramilionowym budżecie zdołał zarobić ponad 55 milionów dolarów, co pozwoliło powołać do życia jedną bardziej rozpoznawalnych horrorowych serii ostatniej dekady. W 2007 roku James Wan zaintrygował pomysłowym „Dead silence”, a trzy lata później znacząco sponiewierał publikę „Naznaczonym”, który z miejsca stał się hitem. W czasie, gdy wszyscy oczekują kontynuacji tego przeboju, Wan niepostrzeżenie, jakby tylnymi drzwiami, przemyca nam „Obecność” i po raz kolejny udowadnia, iż doskonale wie, jak operować grozą.

Motyw przewodni najnowszego filmu zdolnego Azjaty jest wszystkim fanom horroru dobrze znany, a co niektórym nawet opatrzony. Po raz kolejny mamy bowiem przyjemność wkroczenia do nawiedzonego domu. Akcja filmu odbywa się w latach 70. wieku ubiegłego. Poznajemy sympatyczną rodzinkę, która wprowadza się do nowo zakupionego domostwa. Sielanka szybko zostaje przerwana obecnością paranormalnej siły, która z biegiem czasu zacznie napawać familię coraz większym strachem. Dalszy rozwój wydarzeń chyba każdy średnio rozgarnięty amator celuloidowych wrażeń jest w stanie przewidzieć sam. Dodać jednak trzeba, że ważną rolę w oczyszczaniu atmosfery opętanego domu z drzemiącego w nim zła odgrywać będzie małżeństwo demonologów, które przybędzie rodzinie z pomocą. Owe małżeństwo to żyjący w ubiegłym stuleciu Ed i Lorraine Warrenowie (Patrick Wilson i Vera Farmiga), słynni amerykańscy badacze zjawisk paranormalnych. Na podstawie ich pracy powstało wiele horrorowych historii (m.in. seria „Amityville”). „Obecność” jest więc kolejnym opartym na faktach filmem grozy.

Siła nowego filmu Wana (ale także poprzednich) polega na umiejętnym doborze elementów, które mają wzbudzić przerażenie i równie umiejętnym wprowadzeniu ich w życie. Bo choć fabularnie film nie ma nam nic nowego do opowiedzenia, to jednak jest w nim coś nietuzinkowego. Co dokładnie? Na główne wyróżnienie zasługują aspekty techniczne. W zdjęciach da się wyczuć starą szkołę operatorki, która za pomocą powolnych najazdów kamery, tudzież efektownych transfokacji, potrafiła dodać coś osobliwego do narastającego napięcia. Seans „Obecności”, podobnie zresztą jak „Naznaczonego”, to także, a może przede wszystkim, prawdziwy koncert efektów dźwiękowych, o bardzo intensywnym i przenikliwym brzmieniu, dzięki którym każda – nawet najbardziej banalna – scena zawiera w sobie znamiona czegoś niepokojącego i przykuwającego uwagę. To już nie są te bezmyślne tony, które irytują nas w co drugim  horrorze za każdym razem, gdy za bohaterem zamkną się drzwi. To coś zupełnie innego, znacznie bardziej przemyślanego.

Znamienne jest także, w jaki sposób reżyser gra z oczekiwaniami widza. Bohaterowie spoglądają w lustro i otwierają szafy, ale demoniczna zjawa zdaje się nie mieć najmniejszej ochoty na to, by ukazać się nam wtedy, gdy wydaje się to najbardziej odpowiednie. To pokazuje, jak bardzo przesiąknięci jesteśmy standardowymi chwytami gatunku i jak bardzo zmniejszył się nasz pułap oczekiwań w stosunku do metod straszenia. Z kolei po dość oszczędnym w wyrazie prologu odniosłem wrażenie, że w dalszej części seansu film nie zdoła mnie niczym zaskoczyć. Okazało się jednak, iż uśpiony zostałem celowo, gdyż była to jedynie emocjonalna rozgrzewka przed finałem. Gdy więc zorientowałem się, jakie reguły panują w narracji filmu, doceniłem, w jak skrupulatny i zdawkowy sposób dozowane jest w nim napięcie.  

Pietyzm, z jakim James Wan przetwarza gatunkowe schematy zasługuje na uznanie. Przez każdy kolejny film tego utalentowanego reżysera przemawia twórcza pasja, która najprawdopodobniej ukształtowana została przez wnikliwą obserwację gatunkowych przemian. Nie inaczej jest i tym razem, co widać także w wielu nawiązaniach do klasyków („Egzorcysta”, „Ptaki”). Wan nie próbuje być na siłę oryginalny. Zależy mu jedynie na tym, by na nowo sformułować dobrze znane i sprawdzone idee. Do starego domu, który odwiedzaliśmy już niejednokrotnie, wpuszcza więc nowego demona wypełnionego rządzą zła, o niespotykanych dotychczas rozmiarach. Egzorcyzmy, które zostają odprawione, nie potrzebują już katolickiego kapłana, ale nadal są pełne wiary. Wiary w uzdrawiającą siłę dobra.

Ostatnio dodane