November Man - recenzja | FILM.ORG.PL

November Man

Schematyczny thriller szpiegowski Rogera Donaldsona – nie angażuje, ale też nie usypia. Za to Pierce Brosnan nadal może ratować świat.




Grunt to nic nie zmieniać




Krzysztof Walecki
05.12.2014


b

Recenzja zawiera spojlery.

bNie ufaj mi. Obiecuję, że cię zawiodę. Słowa te, wypowiedziane przez głównego bohatera thrillera szpiegowskiego „November Man”, mogłyby służyć również jako ostrzeżenie dla widzów, który widząc Pierce’a Brosnana znów w akcji, chcą wierzyć, że oto wrócił rok 1995, gdy na ekranach kin królowało „GoldenEye”. Nic z tego. Były James Bond jest w formie, ale nowy film Rogera Donaldsona ma problemy, na które nawet agent Jej Królewskiej Mości nie zaradzi.

Brosnan gra Petera Deveraux, byłego agenta CIA, którego dawny przełożony werbuje do nowej misji. Istnieją dowody mogące zniszczyć kandydata na rosyjskiego prezydenta – prawdziwego niegodziwca, należy dodać – zaś w ich posiadaniu jest pracująca dla Amerykanów przyjaciółka Deveraux. Akcja kończy się jednak niepowodzeniem, w konsekwencji czego ludzie, dla których nasz bohater kiedyś pracował, zaczynają na niego polować. Po piętach depcze mu przede wszystkim jego protegowany, nieco zbyt impulsywny i wyjątkowo zawzięty, ale wciąż podziwiający swego nauczyciela, Mason.

Film otwierają bardzo dobre sceny, w których stary wyga uczy nowicjusza szpiegowskiego rzemiosła, lecz ten popełnia kardynalny błąd, przypadkowo zabijając młodego chłopca. W dalszej części thrillera Deveraux pyta Masona, czy nie dręczą go sumienie i głosy zabitych, jednak otrzymuje standardową odpowiedź – Śpię jak dziecko. Donaldson ze swoimi scenarzystami budują solidny grunt pod rozważania na temat natury szpiega. Ale zarówno „Bez wyjścia”, jak i „Rekrut”, czyli poprzednie dzieła reżysera w tym gatunku, lepiej poradziły sobie z wychodzeniem poza schemat. Zwłaszcza ten pierwszy tytuł dzięki nieprawdopodobnej finałowej wolcie wywrócił do góry nogami całą historię, każąc zastanowić się nad motywami głównego bohatera granego przez Kevina Costnera. W „Rekrucie” obserwowaliśmy poplątane relacje na linii mistrz-uczeń, lecz z perspektywy zdobywającego szpiegowskie szlify Colina Farrela.

_LAS9652.NEF

Teraz to doświadczony agent jest w centrum uwagi, a chętny zająć jego miejsce Mason na drugim planie. Donaldson jednak nie bardzo wie, co ma z nim zrobić. Daje mu wspomnianą wcześniej ofiarę w postaci chłopca, daje mu sympatyczną sąsiadkę z kotem, z którą może nawiązać romans, daje mu nawet książkę Murakamiego na nocnym stoliku, aby pokazać, że w przerwie między zabójstwami dla CIA chłopak czyta refleksyjną prozę Japończyka, czyli nie jest tylko bezmyślnym cynglem. Nie widzimy jednak, żeby czytał, zatem książka może być jedynie elementem ozdobnym. Romans z sąsiadką kończy się po jednej wspólnie spędzonej nocy – na obronę Masona dodam, że nie z jego winy – zaś zastrzelone dziecko nie pojawia się we flashbackach, więc chyba rzeczywiście młodego agenta nie prześladuje poczucie winy. Jest słabą przeciwwagą dla głównego bohatera przez swą nijakość, kamuflowaną atrybutami, które, w jego przypadku, nic nie znaczą.

Czy natomiast coś dręczy Deveraux? Pewnie dużo, sądząc po ilości wypijanej whisky. Oto człowiek, który uczył innych, że dobry agent to człowiek bez zobowiązań, rodziny, nawet dziewczyny. Skupiony i poświęcony tylko pracy, słuchający rozkazów i wykonujący je bez żadnych pytań. Taki jest właśnie wyszkolony przez niego Mason, ale okazuje się, że sam Deveraux stanowi kiepski przykład szpiega, jakiego wzorzec propaguje wśród swych uczniów. Wystarczy wiedzieć, że jeden z jego romansów nie skończył się po jednej nocy, co nieco wyjaśnia skąd w głównym bohaterze tyle zawziętości i determinacji w walce z CIA. Są też ci źli Rosjanie, obecnie bardzo w modzie (patrz „Bez litości”), choć na nich zawsze jest popyt. Zatem Deveraux bije się i z jednymi, i z drugimi. Po co?

b

Odpowiedzi są dwie. Pierwsza kryje się w intrydze, jaką serwuje nam Donaldson – wszyscy gonią za piękną pracownicą organizacji pomagającej ofiarom wojen, która zna miejsce pobytu dziewczyny mogącej zaszkodzić kandydatowi na prezydenta Rosji, opowiadając o jego zbrodniczej działalności podczas wojny w Czeczenii. Deveraux ochrania więc kobietę, jednocześnie próbując wyrównać rachunki ze swoimi rodakami. Jest pragnienie zemsty, jest też pomoc niewinnym. Schemat w pełnej krasie.

Druga odpowiedź jest natomiast nieco przewrotna. Ujawnia się w kluczowym momencie filmu, gdy dowiadujemy się, że przyszły prezydent Rosji to tylko marionetka, mogąca jednak uczynić dużo dobrego, jeśli rewelacje o nim nie ujrzą światła dziennego. Deveraux nie chce jednak zmian. Podoba mu się świat, w którym żyje. Status quo musi zostać zachowane, aby bohater mógł pozostać sobą – zimnym draniem, który woli walczyć z tymi złymi, niż układać się z nimi. W ten sposób reżyser nie łamie żadnych schematów, zamiast tego je uzasadnia. Czy to czyni „November Man” lepszym filmem? Niekoniecznie, ale daje pojęcie, że w tym mało oryginalnym materiale kryje się ciekawa myśl, być może nawet warta rozwinięcia.

b

A dlaczego taki tytuł? November Man czyli listopadowy człowiek, bo przy Deveraux nawet liście więdną. Suchar, ale dziwnie pasujący do całego filmu. Widok Brosnana w wersji szpiegowskiej nadal przynosi sporo frajdy, nawet jeżeli materiał jest niepierwszej świeżości.







  • szczyglis
  • drB

    Ten mizerny i nijaki akcyjniak pogrzebały 2 ujęcia w których Pierce jedzie na akcje…TRAMWAJEM!!!:) Oglądając to w gronie znajomych przy piwku mieliśmy sporo radości rozkminiając jaki bilet skasował Pierce, normalny, ulgowy, a może dobowy skoro wracał też tramwajem (tak, to także pokazano), bo na pewno nie jechał bez biletu:)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

BRUD. Recenzja. URWANY FILM #64

Następny tekst

Obce ciało



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE