nowości kinowe

Niezniszczalni 2

Stallone i przyjaciele kontratakują – więcej akcji i śmiechu niż w oryginale; komu się podobała część pierwsza, sequelem będzie zachwycony.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

W prologu „Niezniszczalnych 2” główni bohaterowie, pod wodzą Sylvestra Stallone (w tym filmie nazywa się Barney Ross), dziesiątkują zastępy wroga na wszystkie możliwe sposoby. Czy to na ziemi, czy na wodzie, czy nawet w powietrzu – nie ma to znaczenia. Mają pistolety, karabiny, noże mniejsze, noże większe, działa, ale wykorzystują również moc swoich pięści i zwinność innych kończyn. Jeżeli napiszę, że w ciągu pierwszego kwadransu ginie z ręki „niezniszczalnych” 100 osób, nie pomylę się za bardzo w swoich obliczeniach. Naszym bohaterom, oczywiście, żadna krzywda się nie dzieje, nawet berety im z głów nie spadają. Tacy to herosi. Uratują kogo trzeba, zabiją tylu, ilu da się zabić, po czym wrócą do domu, a następnego wieczoru wybiorą się do ulubionej knajpy, aby pożartować i wypić piwo. Nie zagłuszają tym sposobem swoich sumień, bo ich nie mają. Po prostu czekają na kolejne zlecenie, aby znów walczyć i zwyciężyć.

Ich następna misja dotyczy przechwycenia pewnej rzeczy z wnętrza wraku samolotu, który rozbił się na terenie Albanii. Z pozoru proste zadanie zamienia się w sprawę osobistą, gdy oddział Rossa zostaje zaatakowany przez nieznanego napastnika (Van Damme), który odbiera im znalezisko, a jednego z nich morduje. Żądni zemsty rozpoczynają pościg. W tym miejscu fabuła się kończy, bowiem to, co mamy później, to seria niekończących się strzelanin, walk i wybuchów, okraszona mnóstwem śmiesznych komentarzy i one-linerów.

Jednym z moich zastrzeżeń przy oryginale sprzed dwóch lat było wzięcie fabuły i bohaterów w nawias. Niekoniecznie taki film akcji chciałem zobaczyć, gdy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle skrzyknięcia największych gwiazd tego gatunku. W kontynuacji nawias jest już kwadratowy. Żartuje się już nie tylko z samych postaci, ale również z poprzednich wcieleń aktorów, którzy je odtwarzają. Stąd Chuck Norris w tym filmie każe do siebie mówić „Samotny Wilk”, zaś Willis i Schwarzenegger wymieniają się swoimi kultowymi odzywkami – gdy Willis mówi „I’ll be back”, Arnold ripostuje to „Yippee-ki-yay”. Ale to nie koniec, bo i fakty biograficzne można też znaleźć, gdy np. bohater grany przez Dolpha Lundgrena wyznaje, że jest stypendystą Fulbrighta i doktorem chemii. To nie żart, bo Lundgren ma rzeczywiście takie wykształcenie. Natomiast dowcip o Chucku Norrisie opowiada, nie kto inny, jak Norris we własnej osobie. Wspominiany jest również niejaki Rambo… Kontynuacja więc nie tyle powiela błędy oryginału, ile czyni z nich atuty.

Czym zatem są „Niezniszczalni 2” i jak należy ten film ocenić? W swym postmodernistycznym nastawieniu nie posuwa się tak daleko jak „Bohater ostatniej akcji” McTiernana, gdzie w pewnym momencie mamy spotkanie dwóch Schwarzeneggerów – tego prawdziwego i filmowego. Usilnie nie chce być traktowany jako parodia gatunku, gdyż cała intryga prowadzona jest bardzo serio, a i sam motyw zemsty nie pozwala widzom na ignorowanie powagi sytuacji. Wyolbrzymione jest tu jednak praktycznie wszystko – od nazwisk głównych bohaterów (złoczyńca nazywa się Vilain) po ilość trupów w finale. To nie jest film, który chce być jak najlepsze dokonania Stallone’a z lat 80-tych i 90-tych. Bo nie chce. Ale gdyby Tango, Człowiek Demolka, bądź Rambo chodzili do kina, właśnie taki film dostaliby w swoim multipleksie.

Śmiech nie jest zły w filmach akcji, lecz najważniejsze, aby spełniały one swe podstawowe założenie. „Niezniszczalni 2” je spełniają. Simon West („Con Air: lot skazańców”), w przeciwieństwie do odpowiedzialnego za część pierwszą Stallone’a, to reżyser nadmiaru – wie, że kręci widowisko, więc pozwala sobie na wszystko. Fani tego gatunku nie powinni narzekać na brak akcji i mocnych wrażeń. Strzelaniny są głośne i jest ich dużo, pojedynki są epickie i świetnie sfilmowane, krew leje się często i gęsto. Gdzieś w połowie filmu tempo siada, ale dokładnie wtedy pojawia się Chuck Norris i ratuje sytuację. Każdy z aktorów gra swoje – w tym przypadku to nie zarzut, lecz pochwała. O samym scenariuszu nie chcę za dużo mówić. Po co? Jest pretekstowy i oparty na samych kliszach. Największą jego zaletą jest fakt, że istnieje. Niektórzy powiedzą, że to jego największa wada, ale to będą osoby, które „Niezniszczalnych 2” obejrzeć nie zechcą. Wszyscy znają swój gust.

 

Moją oceną proszę się nie sugerować. Trudno zrecenzować film, który jednocześnie broni i śmieje się z samego siebie. Dla jednych będzie to popisowe kino akcji z komediowymi wtrętami, dla innych parodia gatunku, ale nieudana, bo miejscami śmiertelnie poważna. Jeszcze inni uznają to za meta-kino akcji, bo świadomie bawi się z własną konwencją, nie przestając być jednocześnie przedstawicielem swojego gatunku. Ja bawiłem się przednio, choć znów nie dostałem do końca tego, na co liczyłem. Ale przynajmniej wiem, czego mogę spodziewać się po następnej odsłonie i mam pewien pomysł. Proponuję, aby w części trzeciej Barney Ross, pan Church oraz Trench ujawnili swoje prawdziwe nazwiska, czyli Stallone, Willis i Schwarzenegger. Jak się bawić, to na całego.

 

PS. Pierwszym „Niezniszczalnym” w chwili premiery również dałem 7/10, choć to film zdecydowanie słabszy. Sequel jest nie tylko lepiej zrobiony, ale i wie, czym dokładnie jest. 

Ostatnio dodane