Niepamięć (Oblivion) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Niepamięć

Audiowizualne mistrzostwo świata w bardzo dobrym filmie SF. Tylko bardzo dobrym.




Science! Fiction!




Rafał Oświeciński
23.04.2013


Science Fiction.

Jeden z najbardziej szlachetnych gatunków filmowych. Tak, dokładnie, nie przewidzieliście się – szlachetny. Wyrosły z wartości popkulturalnych konstytuujących obecne kulturowe trendy, igrający z eskapistycznymi potrzebami widza masowego; niedoceniony, deprecjonowany, ale jednak – kochany, często najmocniej ze wszystkich, co jest solą w oku wszelkich oficjalnych gremiów filmoznawczych, dla których SF zwykł być gatunkiem podrzędnym, a przynajmniej niewartym dokładniejszych analiz, stawiania za kinematograficzny wzór. To raczej umiłowane dziecko widzów cinema paradiso, nie chowających głęboko swego przyrodzonego geekostwa, fascynujących się dziecięcym pierwiastkiem w sobie samym.

Trudno też się dziwić takiej renomie. Mimo wielu przykładów zewsząd oklaskiwanych, tworzonych przez znamienitych twórców, to gros reprezentantów SF jest wyzbytych ambicji wyjścia poza schemat nie tyle gatunkowy, co szablon zadowalania widza. Starają się celować w poczucie kinowego funu, precyzyjnie uderzając w szczękę widza, aby ta potoczyła się po podłodze. Feeria efektów specjalnych, kostiumów, scenografii, wyimaginowanych światów, niezwykłych koncepcji – to wszystko, według zamiaru większości twórców kina sf, ma zaskoczyć, zafascynować, zachwycić.

Powyższa generalizacja może uwypuklić to, co wyjątkowe w tym gatunku – to, co wyszło poza schemat, poza dotychczasowe doznania i oczekiwania. Co stanowiło wyjątek i zdefiniowało na nowo gatunek, jakby dorzucając do istniejącego słownika nowe definicje. Mam tu na myśli np. „Blade Runnera”, „Alien”, „Terminatora”, „2001 Odyseję kosmiczną”, „Gwiezdne Wojny”, „Matrix”, „Metropolis”. Były one tworzone w otoczeniu całej kupy filmów często złych, średnich, dobrych, a nawet bardzo dobrych, rimejków i sequeli, ale głównie takich, które gatunku nie rewolucjonizowały. No cóż, dlatego pokłony zawsze i wszędzie należą się ich twórcom.

Do czego zmierzam? Bo strasznie boli mnie „Niepamięć”, która naprawdę miała szansę znaleźć się w gronie tych najlepszych, najznamienitszych reprezentantów gatunku. Miała wszelkie szanse i możliwości wyjścia poza blockbusterowy schemat. Powtarzam „miała”, więc domyślacie się, że nie doszła tam, gdzie byli choćby Wachowscy czy ostatnio Blomkamp ze swoim „Dystryktem 9”. Ale nie znaczy to, że jest źle. Wręcz przeciwnie – to świetny film.

Przede wszystkim powiem Wam o swoich oczekiwaniach. Szczerze mówiąc przez dłuższy czas nie miałem ich zbyt wiele. Owszem, widziałem zwiastuny, widziałem plakaty, ale pozostawałem w stanie obojętności. Ot, „Oblivion”, klasyczny przedwakacyjny hicior za grube miliony z Tomkiem w roli głównej w filmie gościa, który ładnie odświeżył „Tron”. Dla jednych to powód do przebierania nogami ze zniecierpliwienia, inni, w tym ja, stali gdzieś obok, życzliwie spoglądając raczej na inne tytuły. Spływało to mnie, naprawdę. Kilka tygodni temu w sieci ukazał się pełny soundtrack i ten mnie autentycznie powalił. Wiem, że to zrzynka z „Sunshine”, ale M83 stworzyło tak kapitalną ścieżkę dźwiękową, że nie wychodzi ona z mojego odtwarzacza (hmmm… trio: komputer, smartfon, samochód) od dłuższego czasu. Fascynacja soundtrackiem w jakiś sposób przerzuciła się na oczekiwania wobec filmu – tak cudna muzyka, tak znakomicie obrazująca fantastyczne tło, mająca taki potencjał w sobie (ha, wyobraźnia pracowała!) nie mogła trafić do złego filmu.

I rzeczywiście – nie trafiła. W myślach życzyłem sobie powtórki z Vangelisa i „Łowcy androidów” – dobrze wiecie, o jaki magiczny konglomerat obrazu i dźwięku chodzi. W „Niepamięci” od samego początku muzyka jest słyszalna, wyraźnie obecna, choć nie aż tak, jakbym chciał. Tutaj natrafiła bowiem na godnego siebie przeciwnika: stronę wizualną. „Niepamięć” jest cudownie nakręcona. Nie chodzi tu tylko o jakość efektów specjalnych, o których wystarczy powiedzieć, że są doskonałe. Ale ten film to wspaniałe doznanie estetyczne – bardzo plastyczne kadry, umiejętnie ograna kolorystyka, minimalizm dekoracji i – co najważniejsze – niewiele efekciarstwa związanego z eksploracją postapokaliptycznego świata. Co prawda jest tu kilka wymownych obrazków Nowego Jorku po zagładzie atomowej, niemniej nie w nich zasadza się moc, bo ta tkwi w odpowiedniej kompozycji obrazu i roli, jaką spełnia tło. To nie rozbuchany Emmerich. Kosinski wraz Claudio Mirandą (kolejna, po „Życiu Pi”, genialna robota tego operatora!) penetrują pustynne pustkowia, które niegdyś były miastem: tylko czasami widać architektoniczne szczegóły, nad którymi jednak się nie rozwodzą (plakaty trochę mylą). To bardzo spójna wizja, bo nie idąca ani w tanie efekciarstwo, ani w przesadzony futuryzm, ani w postnuklearne wizjonerstwo.„Oblivion” wygląda klasycznie, ale jednocześnie bardzo wyjątkowo. Ten film domaga się jak największego ekranu, jak najlepszego udźwiękowienia – nie żałujcie kasy na bilet do kina i potem na blu-raya. To prawdziwa uczta dla zmysłów.

A dla ducha? Jeśli czytaliście już recenzje, to wiecie, że większość krytyków skupia się na narzekaniu na schematy gatunkowe, którymi wypełniono scenariusz „Niepamięci”. To wszystko prawda, bo widać w nim echa „Mad Maxa”, „Moon”, „Matrixa”, „Wall-E” i wielu klisz dramaturgicznych, którymi przesiąknięte jest kino popularne, a po które chętnie sięga Kosinski. Co z tego jednak? Zeszłoroczny „Dredd” również nie proponował niczego nowatorskiego, a potrafił zafascynować swoim oldschoolem. Tutaj jest podobnie – rewelacyjnie zrealizowane sceny akcji (strzelanki, wybuchy, lasery, drony, pościgi), bohaterowie dobrzy i źli; prawda, która wyjdzie na jaw, twisty, lekko patetyczne poświęcenie i nadzieja. To obowiązkowe punkty, których obecność jest spodziewana. Ich widok absolutnie nie irytuje – historia jest zgrabnie poprowadzona, rozwinięta i zakończona. Czasem intrygująco, czasem zaskakująco, czasem dosłownie, czasem banalnie. Nic zdrożnego, nic rewolucyjnego. Innymi słowy jest tak, jak być powinno w ambitnym letnim blockbusterze. W zeszłym roku mieliśmy „Avengersów”, w tym roku podobną frajdę sprawia „Niepamięć” – zaskakując solidnością, nawet w prezentowaniu oklepanych rozwiązań fabularnych.

Do beczki miodu wrzućmy łyżkę dziegciu. Jedyne co kładzie ten film, a przynajmniej nie pozwala mu wznieść się wyżej, gdzie miałby idealne miejsce do okultowienia, to obsada. Lubię Toma Cruise’a i mam gdzieś jego obyczajowo-religijną niefrasobliwość. Facet potrafi grać, ale „Niepamięć” przeszedł obok. Być może to wina takiej a nie innej konstrukcji scenariusza i jego postaci w całej fabule (nie chcę spojlerować), niemniej brak mu wyrazistości, wyjątkowości, jakiejś unikalnej cechy. Łatwo wyobrazić sobie w tej roli kogoś innego np. Di Caprio, Bale’a, Gordona-Levitta – już takie dywagacje nie świadczą o Tomku najlepiej. Morgan Freeman, występujący na plakatach obok Cruise’a, tak naprawdę niewiele ma do zagrania i jest po prostu Morganem Freemanem, czyli kimś między Bogiem, mędrcem i życzliwym doradcą. Dość negatywnie można ocenić rolę Olgi Kurylenko, która z niewiadomych przyczyn pojawia się na ekranach coraz częściej – jedzie na jednym, tym samym biegu, bez żaru, bez emocji. Jej oponentka, mało znana Andrea Riseborough, jest zdecydowanie ciekawsza – gorliwie wykonująca pracę i widząca swoje miejsce choćby w życiu Tomka. Ale to też nic wyjątkowego.

Czyżby scenariusz nie dawał większych szans na rozwinięcie skrzydeł? Być może, tym bardziej, że żadna z tych postaci nie psuje scen, tylko poprawnie się w fabułę wpisuje, jednak bez ambicji wykreowania osobowości. Ripley, Deckard, Neo – o nich elaboraty powstały i wciąż powstają, bo bez ciekawych bohaterów, przerastających fabułę, nie mam mowy o wybitności. Za osobowościami idą większe emocje i zwyczajna empatia, a tych również „Niepamięć” nie wywołuje zbyt wiele. Szkoda.

Mimo rozczarowującego aktorstwa „Niepamięć” to i tak najlepszy blockbuster SF w ostatnim czasie. Nie tyle warto docenić audiowizualne fajerwerki – pod tym względem film jest arcydziełem – ale zabawę gatunkiem, jakim jest science-fiction. Ze wszystkimi jego zaletami: kreowaniem alternatywnych światów, wyśmienitą akcją, bezpretensjonalnością, ale i wadami, jak np. fabularne szablony, które w tym przypadku, przynajmniej mnie, absolutnie nie raziły. Polubić łatwo, pokochać trudniej, ale fantastyczny romans wyjdzie na zdrowie.

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Rafał Donica

    „Tron: Dziedzictwo” to moja perełka na płytce Blu-ray, uwielbiam do niego powracać, bo ma fenomenalne efekty wizualne i genialną ścieżkę dźwiękową Daft Punk. Z tego co widzę nowy film Kosinskiego też cieszy oko, a w dodatku gra Tom Cruise, do którego filmów mam cholera słabość (właśnie oglądam „Jacka Reachera” i mi się bardzo podoba :).

    • To tutaj masz jeszcze lepsze efekty, jeszcze lepszą muzykę (choć klasyczniejszą) i zdecydowanie ciekawszą historię. Blu-raya kupuję od razu.

      • Mefisto

        Jeszcze lepszą muzykę? Da faque? Przecież ten soundtrack to wielkie rozczarowanie.

        • dla osoby słuchającej setek soundtracków rocznie być może i tak, ale dla amatora słuchającego kilku-kilkunastów ost w ciągu roku M83/Trapanese wykonało kawał świetnej roboty, sprawdzającej się do tego w filmie.

          • Mefisto

            Tu nawet nie chodzi o obycie – to jest średnie w porównianiu z samym Tronem właśnie, stąd moje zdziwienie, że niby lepszy ost.

          • OK, jest tak samo dobre, niech będzie, że nie lepsze, bo Tron przecież świetny jest. Ale i Oblivion jest, nic na to nie poradzę, że mi się naprawdę podoba :)

          • chiefer

            Jestem fanem M83. Przez ostatnie 2 lata ich aktualna płyta na zmianę z „Tron OST” Daft Punk nie schodziły z mojego ‚tria’. Ta ścieżka dźwiękowa mnie jednak rozczarowała, bardzo rozczarowała. Daft Punk doskonale wymieszał elektronikę z sekcją smyczkową, tutaj niestety zabrakło wirtuozerii. Wszystkie utwory są podobne do tego stopnia że trudno znaleźć tu nawet jakiś temat przewodni. Od wykonawcy typu M83 aż się prosi żeby wylansował ze ścieżki dźwiękowej jakiś przebój, a tu nic, nawet ostatni, zaśpiewany „Oblivion” jest miałki niczym karaibski piasek. Eh Gonzales, popraw się!
            No ale, każdy ma prawo lubić to co lubi, bez tłumaczenia się ;)

      • mały

        To nie jest sf najwyższych lotów i zupełnie nie zasługuje na tak wysoką ocenę.
        Raportowi mniejszości nie sięga do stup , typowy średniak w kinie sf , film dla hamburgerów.

        • zonk

          chyba raczej do stóp (o -> ó stopa -> stóp) sorry ale musiałem taki błąd aż razi w oczy

          • mały

            Sam walisz błędy , a komuś zwracasz uwagę toż to hipokryzja.

  • Lawrence

    Już za tekst o Science Fiction WIELKI PLUS!:) Cały tekst bardzo fajny, choć ja jednak nie szarżowałbym tak z zachwytami. Gdyż film ma sporo wspomnianych zalet, ale jednak aktorstwo i schematyczność całej historii wpływa mocno na końcowy odbiór. I sam nie wiem czy to nie jest jednak film na raz. A i co do muzyki to absolutnie zgadzam się z Mefisto: Był to jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie soundtracków roku i niestety wielki zawód :(

  • Dawid56

    A ja się totalnie nie zgadzam z Panem Recenzentem.Radzę spojrzeć na film nieco inaczej, a nie na jakieś wybuchy technikę czy grę aktorów.Ja tutaj widzę i Matrix i Atlas Chmur i kwaterniony oraz tendencję do wielorakości przyszłości po zaistnieniu stożka czasu i zero point energy w 2012

  • Eivrel

    Fajnie napisana recenzja. W większości się zgadzam. Dla mnie jednak aktorstwo nie było aż tak złe, choć także wymieniłbym Toma Cruise. Jego grzeczny, elegancki wygląd nieco kolidował z charakterem granej postaci.

  • Pingback: Lato zjadaczy popcornu, czyli przegląd blockbusterów | Film.org.pl()

  • Pingback: Lato zjadaczy popcornu, czyli przegląd blockbusterów | Filmowa baza wiedzy()

  • chiefer

    Film się obronił. Co nie takie częste w obecnych czasach. Czekamy na Elizium i Grę Endera. ;)

  • Łukasz P

    SORRY! WIELKIE SORRY! Właśnie obejrzałem! Film pięknie nakręcony, śliczne obrazki, ładni aktorzy, wielki Tom i Morgan. Efekty specjalne najlepszego gatunku rodem z Hollywood( ale czego się spodziewać w erze superkomputerów), muzyka ładna, super komponuje się do poszczególnych scen, OGÓLNIE WSZYSTKO NIBY LUX! Ale jeden poważny problem – obejrzałem film i go całkowicie nie zrozumiałem. Nic a Nic!! Nic w tym filmie nie jest wyjaśnione, kto z kim walczył(podobno z ludzie z obcymi), kim są ludzie żyjący na ziemi, jeżeli Tom i Panienka z domku w chmurach są klonami( bo chyba na to wygląda) to w jakim celu ( chyba stworzył ich ten superkomp w trójkąciku na orbicie(ale po co) żeby zwalczali niby obcych na Ziemi ?Nie ma obcych! Dużo jest o jakiejś stacji THETA na orbicie Neptuna, tymczasem okazuje się że orbituje nad Ziemią( po co tam orbituje) dlaczego ta stacja chce zniszczyć ludzi na Ziemi, KTO I DLACZEGO WALCZY ZE SOBĄ!!!! Niby jest wzmianka że wysysają energię z Ziemi za pomocą tych wierz w atmosferze, jest też paplanina Freemana o jakich fazach ewolucji Thety że niby coś tam zobaczyli ale bez dalszych szczegółów. Sorry ale jestem chyba IDIOTĄ bo nie zrozumiałem kompletnie filmu(co dopiero hamburgery – dla nich wystarczy że Tom się uśmiechnie i powali z klamki), a najgorsze jest to że jakbym obejrzał 2 raz to wiem że nadal NIC. Do wymienionych w super opisie filmów „Blade Runner”, „Alien”, „Terminator”, „2001 Odyseja kosmiczna”(kultowe dzieło), „Gwiezdne Wojny”, „Matrix”(pomysł), „Metropolis”(cudo), „District 9″(pomysł), to film ten nie tylko że nie przystaje, NAWET NIE STOI KILOMETR OBOK!. Bezładna papka nie wnosząca niczego extra do kina SF, oprócz zwinnego stylu latania szklanym komarkiem po post atomowym niebie! Ps. bardzo lubię SF!

    • Gość

      „Nic w tym filmie nie jest wyjaśnione” – dlatego ten film jest tak bardzo dobry. Przygoda z Oblivion nie kończy się po napisach końcowych. Główkujesz, oglądasz film jeszcze raz. Muzykę z filmu można słuchać bez końca.

    • Komisarz_przygoda

      Faktycznie nic nie zrozumiales, a to genialny film. Jack prawdziwy z Julia ktora byla w ciazy i reszta zalogi lecieli do bazy TETy na orbicie ziemi. Ale to byla pulapka wiec on odlaczyl w 2017 roku to bylo kapsule z julia i z reszta zalogi. Wlecieli do TETY a Teta ich sklonowala. Wyslala na ziemie zeby zabili wszystkich a potem poustawiali pompy wody energii zeby transportowac ja do TETY. Klony mialy swoje strefy 49 , 52 i setki innych. I klamali ze strefa 49 byla ok a np 52 byla skazona. Dla klona Jacka ze strefy 52 byla skazona strefa 49 i inne np 47. I wtedy po 60 latach Prawdziwa Julia spadla z ta zaloga i chcieli ich zzabic ale on obronil Julie. Wczesniej znalazl ksiazke i zaczal czytac wiec ten szef rebeliantow zauwazyl ze cos z tym klonem jest innego. I skumal ze nie ma TYTANA ze to klamstwo i postanowili rozwalic te sztuczna inteligencje. ALbo obcyzosatwili tu super komputer. albo nie wiadomo skad sie wzzial. Wiec klon Jack polecial z murzynem zeby zniszczyc tete. A na ziemi byla Julia z corka ta sprzed 60 LAT orginalna i Jack klon.Bo prawdziwy Jack nie zyl bo mialby z 90 lat. Wiec nie takie trudne

  • Pingback: ELIZJUM - Kapitan śpiewa tandetne przeboje - recenzja filmu | Film.org.pl()

  • krystian

    Nie znacie bibli nie zrozumiecie film jest fantastyka I ma podwojne znaczenie krotko
    Adam I Ewe,widzieliscie wielki kanion, niagara I station (meteor) I oko w teojkacie :) a dzis jest stwierdzenie ze ludzki gatunek niepamieta co sie stall :) bibli to co bedzie ale I bolo a gdyby apokaliptyczne kiedy juz byla






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Człowiek o żelaznych pięściach

Następny tekst

Na każdego coś się znajdzie, czyli żałosne śledztwo Newsweeka



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE