NIENAWISTNA ÓSEMKA. Tarantino zabłądził | FILM.ORG.PL

NIENAWISTNA ÓSEMKA. Tarantino zabłądził

Tym razem Quentin Tarantino jakimś cudem zabłądził na własnym podwórku




Za mocno!




Miłosz Drewniak
17.01.2016


Nigdy nie sądziłem, że doczekam się od Tarantino filmu, który będzie dla mnie zbyt Tarantinowski. Wyznaję to z bólem, bo musicie wiedzieć, że od lat jestem oddanym fanem twórczości autora Pulp Fiction. O czym zatem może świadczyć przesyt Tarantino-pierwiastka u tak wiernego widza, jak ja? Z ręką na sercu mogę zapewnić czytających te słowa, że nie chodzi o naturalnie przebiegające w każdym z nas zmiany filmowego smaku. Nie lubię szafować takimi określeniami jak twórcze wypalenie czy popadanie w formę, dlatego postaram się ująć rzecz najłagodniej jak potrafię – tym razem Quentin Tarantino jakimś cudem zabłądził na własnym podwórku.

By odpowiedzieć na pytanie, jaki jest jego najnowszy film, proponuję następującą analogię. Przypomnijmy sobie genialną sceno-sekwencję z Bękartów wojny, w której major Hellstrom demaskuje porucznika Hicoxa w tawernie La Louisiane. Przypomnijmy sobie mistrzowski rytm przydługich, lecz nie zbyt długich dialogów, generujących w widzu napięcie nie do wytrzymania, miłosiernie rozładowane przez reżysera w ciągu kilku krwawych sekund. A teraz wyobraźmy sobie dwie, trzy analogiczne sceny, rozciągnięte do niemal trzygodzinnej fabuły, pozbawione odpowiedniego rytmu i dynamiki, a przez to wyprane z emocjonalności wyżej przywołanej sekwencji piwnicznej. Dodajmy do tego element tajemnicy, bo – inaczej niż przy Bękartach – w najnowszym filmie Tarantino nie mamy pojęcia, kto jest kim, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Wyobraźmy sobie to wszystko, a będziemy mniej więcej wiedzieli, czym Nienawistna ósemka być próbuje, a co – niestety – średnio jej wychodzi.

The-Hateful-Eight

Wspomniany element tajemnicy, przywołujący na myśl skojarzenia z powieścią detektywistyczną lub rasowym thrillerem spod znaku Alfreda Hitchcocka, jest u Tarantino zupełną nowością. Owszem, jego postacie znane są z udawania kogoś, kim nie są, jednak w tym wypadku autor Wściekłych psów po raz pierwszy zabawia się z horyzontem wiedzy nie tylko bohaterów, ale też widzów tego kameralnego spektaklu. Jeśli natomiast chodzi o fachowo wygenerowany, upiorny klimat pierwszego w karierze Tarantino quasi-dreszczowca, na laury zasługuje tylko jedna osoba. Do niespokojnego snu już w znakomitej sekwencji otwarcia ukołysze nas mroczna kompozycja Ennia Morriconego, który po trzech dekadach dał się namówić na powrót do tematyki westernowej.

Jeśli po seansie „Nienawistnej ósemki” coś w nas pozostanie, to nie mam wątpliwości, że będzie to właśnie muzyka genialnego Włocha.

the-hateful-eight-ew-bilder

Niestety, Ósemka kuleje na poziomie scenariusza, co z uwagi na pisarski talent reżysera powinno niepokoić. Owszem, jest tam kilka dobrych kwestii, jak świetny monolog Tima Rotha o sprawiedliwości i samosądach, jednak podobne teksty stanowią tutaj jedynie przebłyski z czasów scenariopisarskiej sprawności Tarantino. Dialogom w Nienawistnej ósemce brakuje oczekiwanego przeze mnie polotu i błyskotliwości. Dotychczas z każdego filmu Amerykanina wychodziłem z głową pełną skrzydlatych one-linerów, które na zawsze wpisywały się do mojego kinofilskiego słowniczka już w momencie ich usłyszenia. Z Nienawistnej ósemki wyszedłem skołowany, nie mogąc przypomnieć sobie choćby dwóch podobnych tekstów. Nie przemawia do mnie również struktura opowieści z mało funkcjonalnym i zupełnie niepotrzebnym podziałem na rozdziały, a także zupełnie nietrafiony pomysł z tu i ówdzie wprowadzaną narracją z offu. Pamiętając o doskonałej znajomości historii kina i warsztatowej erudycji Tarantino, byłem w ciężkim szoku, że autor Nienawistnej ósemki pozwolił sobie na błąd w postaci filmowej tautologii – równoczesnego pokazania na ekranie i werbalnego oznajmienia zza kadru tego samego zjawiska, co w filmie wypada po prostu głupkowato. Można by nawet wybaczyć ten podręcznikowy błąd, gdyby nie to, że za chwilę narrator funduje nam informację: „Bohater X zrobił Y, dlatego rozdział nazywa się Z”. Gdybym był delikatny, pomyślałbym, że Tarantino próbuje mnie obrazić.

Od strony fabularnej scenariusz nie ustrzegł się potknięć, a nawet łatwizny. Jeśli w sekwencji piwnicznej w Bękartach wojny i wszystkich jej siostrzanych scenach/sekwencjach w którymkolwiek filmie Tarantino podskórnie wiedzieliśmy, że kabała nie skończy się dobrze, wszystkie trupy, którymi reżyser ścielił podłogi, wydawały się naturalną konsekwencją poprzedzających wydarzeń czy przypadków. Wszystkie wynikały z działań postaci, kierowanych wiernością wobec własnych charakterów, nadanych im przez scenarzystę. W najnowszym filmie Tarantino trupy sprawiają wrażenie celu samego w sobie. Niemal każdy plot twist w Nienawistnej ósemce polega na niespodziewanym i bezmyślnym zrobieniu dziury w którymś bohaterze, za którym to plot twistem podąża kolejny, polegający – znowuż – na wystrzeleniu „znienacka” kolejnego otworu w kolejnej nieszczęsnej postaci.

A1

W Nienawistnej ósemce Tarantino popełnia również największy błąd obsadowy w dotychczasowej karierze. Mowa o Channingu Tatumie, kreującym chyba najmniej charyzmatyczną postać, jaką zdarzyło mi się oglądać w filmach zdobywcy Złotej Palmy. Podobno istnieje kategoria Tarantino actor, o której reżyser wspomina w wywiadach. Ponoć nie każdy potrafi w naturalny sposób wygłaszać specyficzne teksty, napisane przez filmowca. Jeśli to prawda, Channing Tatum stanowi zaprzeczenie kategorii Tarantino actor, a zważywszy, że przecież sam reżyser jest twórcą tejże, powody stojące za obsadzeniem Tatuma są dla mnie tajemnicą. Żeby jednak nie było tylko ponuro, zaznaczę z nieskrywaną przyjemnością, że wierna stajnia Tarantino actors, z Kurtem Russellem, Timem Rothem i Samuelem L. Jacksonem na czele daje prawdziwy koncert charakterów. Jeśli zaś chodzi o powiew świeżości, to – dla równowagi po wpadce z Tatumem – nie sposób pominąć w tym aktorskim zestawieniu prawdziwej perły w obsadzie Nienawistnej ósemki, czyli w pełni zasłużenie nominowanej do Oscara Jennifer Jason Leigh.

Równie upiornie, a zarazem karykaturalnie zagranego obłędu nie widziałem w kinie od czasu „Mrocznego rycerza”, w którym Heath Ledger wirtuozersko wcielił się w arcyłotra Jokera.

Jeśli miałbym za coś pochwalić pracę samego reżysera, byłoby to niewątpliwie wyczucie klaustrofobicznej (choć nie tylko!) przestrzeni. Tarantino w Nienawistnej ósemce po raz kolejny pokazuje się nam jako wytrawny choreograf kadru. Z prawdziwym wdziękiem potrafi operować jakże spokojną w tym wypadku kamerą, rejestrującą przez większość czasu tylko jedno pomieszczenie. W intymnej przestrzeni komponuje niepodrabialne obrazy, będące w stanie ująć to, co trywialne, w Quentinowy cudzysłów i wynieść do rangi poezji przemocy. Jak wspomniałem, sensu w niej niewiele, ale kto powiedział, że poezja musi być sensowna? Czasem po prostu wystarczy, że jest poezją.

Podsumowując, wiele wpadek i przede wszystkim pusta wtórność znaczą najnowsze dzieło Quentina Tarantino. Mimo że wszystkie jego filmy są do siebie podobne, dopiero przy Nienawistnej ósemce zmuszony jestem orzec, że ulubieniec braci Weinstein się powtarza. Bo czy poprzedni film reżysera – Django – można nazwać odgrzewanym kotletem? Myślę, że film o czarnoskórym wyzwoleńcu z jednej strony, oczywiście, stanowi kwintesencję stylu Tarantino, lecz z drugiej – jakże świeżym i odkrywczym jest dziełem! Podoba mi się eksperymentowanie w Nienawistnej ósemce z nowymi gatunkami i uważam, że tę właśnie drogę – choć z większą werwą i śmiałością – Tarantino winien obrać w najbliższej przyszłości. Życzę mu tego z całego serca.

korekta: Kornelia Farynowska

Miłosz Drewniak

Miłosz Drewniak

Rocznik ’91, czyli wychował się na filmach z Indianą Jonesem i chyba dlatego nie lubi w kinie smętnego bergmanowania. Skończył polonistykę we Wrocławiu, broniąc pracy na temat słowa w filmach Quentina Tarantino. Na stałe związany jest z film.org.pl, ale publikował też na łamach portalu Noir Café i rocznika naukowego „Studia Filmoznawcze”. Top (bez szczególnego porządku): "Zezowate szczęście", "Popiół i diament", "Słodkie życie", "Osiem i pół", "Do utraty tchu", "Fargo", "Big Lebowski", "Pulp Fiction", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Dogville".
Miłosz Drewniak






  • Arek Iwaniuk

    Ja myślę, że to brak Sally Menke. Już przy „Django” odczuwałem jakiś problem z rytmem czy nienaturalnie rozciągniętymi scenami. Może paradoksalnie tego Tarantino jest w tym filmie za dużo i to jest problem. Ona pewnie potrafiła okiełznać ten jego temperament i dokładała dużo od siebie. On sam to podkreślał, że była jak rodzina. Przy takim zżyciu na linii reżyser-montażysta ciężko być tym, kto ma być zastępcą.

  • Horatio

    Co do Tima Rotha, to od pierwszej sekundy miałem wrażenie, że tę rolę miał zagrać Christoph Waltz, a gdy odmówił, to gotowe już kostium i charakteryzację założono na Rotha i kazano mu Waltza naśladować.

    • Miłosz Drewniak

      Cały czas to słyszę, więc może coś w tym jest ;-) Ja jednak uważam, że Oswaldo to po prostu typowy Tarantinowski krasomówca. A że Waltz w pięknym mówieniu jest najlepszy w filmach Tarantino, można odnieść wrażenie, że Roth go małpuje. Poza tym, jeśli wierzyć reżyserowi, Oswaldo od samego początku był pisany dla Tima Rotha. Od początku ta postać była Brytyjczykiem, więc z pewnością nie była przeznaczona dla Christopha.

      • Horatio

        Co do „najlepszy w filmach Tarantino”, to mam inne spostrzeżenie, a mianowicie, że Tarantino oparł się na aktorach, którzy są „dobrzy” w jednej charakterystycznej roli – opisy krasomówcze Waltza, czy Jacksona, są oczywiście jedyne w swoim rodzaju, ale widzieliśmy je już we wszystkich poprzednich filmach. Z rozrzewnieniem wspominam Pitta w Bękartach, który stworzył postać dalece odbiegającą od tych kreowanych wcześniej. Podobnej rzeczy dokonała Leigh w 8mce i tak naprawdę tylko jej aktorstwo zasługuje na oklaski – reszta to maszynowo powielana w kolejnych filmach matryca.

  • Boguś31

    Jak dla mnie film był genialny! Nigdy nie odczułem przesycenia Tarantina w Tarantinie i z miłą chęcią obejrzę ponownie Nienawistną Ósemkę.

  • Kasia Nowak

    Cóż, ja odebrałam film zgoła inaczej. Bałam się, bo przeczytałam wcześniej różne recenzje, z jedną ze spojlerem na czele, ale mniejsza o większość. Siedziałam przyklejona do ekranu i sama nie wiem kiedy minęły te godziny (film długo, fakt). Mega fanką Tarantino nie jestem, ale moim zdaniem wciaż jest w baaardzo dobrej formie :)

  • Świetne dialogi, pierwszorzędne aktorstwo, cudna muzyka
    Morricone, znakomite zdjęcia plenerowe, fajny klimat studyjny. 100% Tarantino w
    Tarantino i albo to się łyka, albo odrzuca – w moim przypadku o przesycie nie
    było mowy, bo nie rzucają mi się zanadto w oczy te natręctwa, o których wiele osób mówi
    (w tym Miłosz). Słodzić można długo, bo całość jest wyśmienicie zainscenizowana
    i przyozdobiona kilkoma twistami, w żadnym momencie nie zanudzająca typową dla
    QT frazą. Żeby jednak w zębach nie chrzęściło od nadmiaru słodyczy dwie sprawy,
    które mnie rozczarowały, ale nie były decydujące dla pozytywnego odbioru
    całości: po pierwsze narrator zupełnie tutaj nie pasujący i dopowiadający to,
    co oczywiste i widoczne na ekranie, a po drugie sama końcówka, tuż przed
    napisami, pozostawiająca mnie w oczekiwaniu na coś jeszcze (a tu dupa). Dorzuciłbym
    jeszcze retrospekcje, które również lekko rozbijały ten zgrabny kryminałek, ale
    to już na siłę czepiam się (i niejako potwierdzam słuszność często
    pojawiających się zarzutów).

    Podsumowując – stary, dobry Tarantino, tym razem nie tak
    doskonały jak Django, Kill Bill i oczywiste oczywistości sprzed 20 lat,
    niemniej stopień, na którym stoi QT, dla większości nie jest osiągalny, tym
    bardziej, że to jest jego stopień, jego własny, wydeptany w taki sposób, jak
    Tarantino chce. 8.

  • Uzi

    A ja się w pełni zgadzam z autorem recenzji. Uwielbiam „Pulp Fiction”. Przywoływaną scenę z „Bękartów…” również uważam za świetną. Jednocześnie, dla mnie Tarantino to po prostu pasożyt. Pasożyt. który wszystko co stworzył, zrobił bądź na zasadzie „kradzieży” do czego sam się zresztą przyznaje lub też poprzez swoisty recykling.

    Tarantino chodzi na filmowe wysypisko i grzebie. Jak uda mu się coś wygrzebać, tam ujmie, tu nieco doda, coś przyklei i wychodzi mu gotowe dzieło. Tyle, że nie ma ono wartości samej w sobie. Żaden z filmów Tarantino nie jest dziełem ikonicznym, nawet „Pulp Fiction”. Wartość tych filmów zawsze rozpatruje się poprzez kontekst z innymi filmami danego nurtu. W tym wypadku będzie to kino gangsterskie.

    To co bardzo lubię u Tarantino to przebłyski filmowej poezji kiedy jak gdyby zapomina o całym tym swoim recykling-owym sztafażu i robi po prostu świetne kino – vide ostatnie ujęcie z „Reservoir Dogs”, „The Lonely Shepherd” Zamfira w „Kill Bill”, prawie cała „Jackie Brown” czy wreszcie piwniczna scena z „Bękartów…” A jednak… A jednak oglądając filmy Tarantino ani razu nie miałem przysłowiowych ciar ani też „gęsiej skórki”. Choćby nie wiem jak ten były sprzedawca kaset VHS się starał, zawsze wiem, że oglądam tylko film.

    Filmy Tarantino podziwia się za warsztatową maestrię a jednocześnie te filmy nie wzruszają, nie tworzą katharsis – po prostu są dobre.

    Natomiast co do „Nienawistnej Ósemki” to dokładnie tak jest. Tarantino jest w tym filmie wręcz nieznośnie manieryczny i ewidentnie się kończy. Świadczy już o tym sam fakt, że zamiast ruszyć w nieznane w sensie gatunku kina, którego jeszcze nie sportretował, robi po raz drugi z rzędu western.

    Kiedyś Tarantino stać było na to aby nie rezygnując z przemocy w swoich filmach, jednocześnie nie traktować jej zbyt dosłownie, nie szafować krwawymi scenami. Taki był przecież jego debiut, takie też było „Pulp Fiction” i „Jackie Brown”. Potem jednak mu się odmieniło (niestety) i w „Django” poszedł już niemal w czyste gore. W „Nienawistnej Ósemce” idzie jeszcze dalej. Po co? Dlaczego?

    Tarantino po prostu, by tak rzec, tępieje i aby ponownie go naostrzyć nie wystarczy pasek od spodni czy zwykła osełka.

    Ta prawdziwa „huba” na filmowym drzewie nawet jako osoba wydaje się mało rzeczywista. Kiedyś Philip K. Dick na skutek jednej ze swoich wielu narkotycznych wizji, orzekł, że Stanisław Lem to postać fikcyjna, twór stworzony przez CIA. Oczywiście jak najbardziej wierzę w to, że Quentin Tarantino naprawdę istnieje, jednak ciągle mi się wydaje, że ten reżyser w tym jaki jest, jak wygląda, jak mówi, jak bardzo bywa bezczelny …, że za tym wszystkim stoją spece od hollywoodzkiego marketingu. Nie zdziwiłbym się gdyby ostatni, dziesiąty film Quentina było o nim samym.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

ALICIA VIKANDER. Lwica w ciele gołębicy

Następny tekst

Najciekawsze filmy z 2015 roku, które nie weszły do polskich kin



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE