nowości kinowe

Nice Guys. Równi goście

Wspaniale wygadany film, wielka ilość Blacka w Blacku

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Shane Black to niezwykła persona w świecie amerykańskiego kina. Najpierw zamordował go Predator, potem Amerykanin naskrobał fabuły kilku kultowych akcyjniaków (Zabójcza broń, Ostatni skaut, Bohater ostatniej akcji) i zmienił w sporym stopniu sposób pisania scenariuszy do tego typu kina (opierał je na ciętych dialogach i pasywno-agresywnej interakcji budującej rodzącą się przyjaźń), by w końcu stać się najlepiej zarabiającym skrybą w Hollywood. Nie zamęczył jednak swojego statusu, rozmieniając się na drobne i po zgarnięciu wszystkich pieniędzy świata za Długi pocałunek na dobranoc pokazał Fabryce Snów (której matactw nie znosił) środkowy palec i zniknął z jej radaru na wiele lat. Talentu jednak nigdy nie zatracił.

Wyściubił nos ze swojej willi dopiero po prawie dekadzie, gdy nakręcił przewrotną laurkę dla klasycznych kryminałów, Kiss Kiss Bang Bang, a później przeprosił się trochę z popcornowym kinem i Iron Manem 3 zaliczył swój pierwszy kasowy miliard. Ta produkcja nie odbiegała zresztą od jego typowych fascynacji i dodatkowo nakręciła go znowu na zabawę w filmy (w planach ma już nowego Predatora i adaptację przygód Doca Savage’a). Zanim jednak wskoczy w na głęboką wodę, postanowił po raz kolejny zabawić się schematami kina noir i zaserwować je w formie kumpelskiego akcyjniaka osadzonego w latach 70.

n1

Nice Guys. Równi goście (dystrybutor mógł jeszcze podać tytuł w suahili) to projekt pełen miłości i ciężko ukryć, że cała ekipa miała na planie naprawdę niezłą zabawę, co wynika bezpośrednio z przyjemnie skrojonej przez Blacka historii. Stanowi ona konglomerat wątków znanych z wielu kryminałów w stylu Chandlera – mamy detektywów (z których jeden lubi zaglądać do kielicha), sprawę tajemniczego morderstwa pięknej kobiety, tajemniczego płatnego zabójcę depczącego po piętach bohaterów, umoczonych ludzi na wysokich stołkach, ciągłe zmiany podejrzanych i w końcu hitchcockowskiego MacGuffina, który jest całkiem niezłą zgrywą na przykład z tytułowego Sokoła Maltańskiego (zresztą zamotanie fabularne w pewnym momencie tylko w niewielkim stopniu ustępuje chaosowi filmu Hustona). Niby wszystko jest na miejscu, ale… Black bawi się oczekiwaniami widza i załatwia sprawy opowieści na swoją modłę, stawiając utarte schematy na głowie – co idealnie podkreśla rozwiązanie sprawy jednego z zakapiorów, zwrócenie uwagi na postronne ofiary tego typu filmów, wpływ alkoholu na działania bohaterów czy w końcu figurę nieletniej dziewczynki, zmuszonej do naprawiania błędów ojca. Nie jest to fabularna żyleta, ale wszystko tutaj naturalnie ze sobą współgra i nie wywołuje uczucia przeżuwania zeschłego kotleta.

Bo tak naprawdę ukoronowaniem scenariuszy Blacka zawsze są dialogi, które tutaj dopracowane zostały w najmniejszych szczegółach – żywe, szybkie, idealnie dopasowane do postaci.

Reżyser udowadnia, że nadal ciężko znaleźć w Hollywood kogoś z podobnym wyczuciem słowa mówionego. Zdarzają się sekwencje zbyt przesadzone, upstrzone one-linerami doprowadzonymi do ekstremum, zamieniające postacie w maszyny mówiące, a nie ludzi z krwi i kości, ale jest to przynajmniej konsekwentne z obraną stylistyką – przesadyzmem lat 70.

TNG_DAY_#03_10282014-193.dng

A te wyglądają w filmie naprawdę świetnie. Jest to w sporym stopniu jazda po stereotypach i przerysowaniach, jednak ciężko nie docenić starań scenografów i – w szczególności – ludzi od kostiumów. Dodając do tego znane kawałki muzyczne z wybranej dekady, dostajemy nieźle zmontowany akcyjniak tętniący epoką disco i klimatem senno-narkotycznych przedmieść Los Angeles.

W wizję Blacka świetnie wpasowali się główni aktorzy: Russel Crowe, z bebechem przypominającym bojler z komunistycznej piwnicy, staje się hard-boiledowym detektywem, który mimo swoich ograniczeń bez problemów przetrąca kości i zabiera się za cała sprawę poważnie. Jego przeciwieństwem (skrupulatne zarysowanie odmiennych charakterów stanowi wizytówkę Blacka) został cwaniacki i zagubiony w odmętach własnego umysłu alkoholik grany brawurowo przez Ryana Goslinga. Momentami jest jednak aż nazbyt przeszarżowany, przez co jego postać traci na charakterze – nie stoi za nim żadna solidna historia. Zawsze jest o jedną kretyńską reakcję za daleko od bycia czymś ponad prostego śmieszka. Crowe za to w świetnie rozpisanym momencie szczerości otwiera widza na swoją postać – tego zabrakło Goslingowi. Humorystyczna strona postaci jest urocza, ale momentami bohater popada w zbytnią farsowość. Na szczęście dobrze wspiera go fantastyczna Angourie Rice w roli błyskotliwej córki – kreacja dziecięcych postaci zawsze wychodzi Blackowi świetnie.

TNG_Day_#27_12032014-201.DNG

I właśnie ta zbytnia farsowość jest chyba największym problemem Nice Guys. To bardzo dobrze zagrana i świetnie „zagadana” produkcja, brakuje jej jednak szlifu podobnego tematycznie Kiss Kiss Bang Bang, gdzie fabuła, postacie oraz humor były odpowiednio dawkowane, przez co finalny produkt może dzisiaj uchodzić za kultowy (zresztą po latach smakuje coraz lepiej).

Nice Guys jest chwilami zbytnio zatopione w nieustającym potoku humoru, na czym traci fabuła, a cała błyskotliwa zabawa konwencją zostaje zagarnięta przez fale slapsticku, doprawione kilkoma przestojami, gdy akcja próbuje wrócić na gatunkowe tory.

Ogląda się to bardzo dobrze i na pewno jest lepszym produktem niż dziewięćdziesiąt procent współczesnego jankeskiego kina rozrywkowego, ale widać, że Black chce w końcu zarobić na „swoim” filmie i próbuje momentami złapać za kieszeń zbyt dużą ilość widzów, przez co finalne dzieło nie wbija się w umysł tak mocno jak jego poprzednie dokonania. Cały czas jednak zapewnia naprawdę wyśmienitą rozrywkę.

Ostatnio dodane