nowości kinowe

NAZYWAM SIĘ CUKINIA. Lalka z sercem

"Nazywam się Cukinia" daleko jest do filmowego dydaktyzmu, ale widzę w nim ogromny potencjał wychowawczy. Przede wszystkim dla dorosłych.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Demony Ikara

Dziewięcioletni Ikar (to wymowne dla wydźwięku fabuły imię, ale najlepiej, by każdy widz sam przypisał mu interpretację) nie miał szansy, by bliżej poznać swojego ojca. Porzucił on swoją rodzinę bardzo szybko. W pamięci chłopca ciągle funkcjonuje wyidealizowane wyobrażenie o tacie – superbohaterze w powiewającej pelerynie. Właśnie taki jego wizerunek rysuje na zbudowanym przez siebie latawcu. Matka nie zajmuje się niczym innym, jak ślepym wpatrywaniem w ekran telewizora i opróżnianiem kolejnych puszek piwa, których stosy leżą na każdym metrze kwadratowym mieszkania. Rodzicielka nazywa swojego syna Cukinią. Nie jest to raczej określenie pieszczotliwe, ale mające prześmiewczy charakter. Ikar jednak związał się z tym imieniem i chce, by właśnie tak się do niego zwracano. Niebawem to przezwisko pozostanie jedynie wspomnieniem po okropnej matce. To tragiczny rozdział z jego życia. Chłopczyk jednak za jakiś czas dojrzy światełko w tunelu.

Ikar, nie mając nikogo bliskiego, trafia do sierocińca. Z domu zabiera ze sobą jedną pustą puszkę po piwie, a pod pachą trzyma latawiec. Te przedmioty są nośnikami znaczeń, wprowadzają melancholijny nastrój. Przypominają o przeszłości, wzmacniają przeżywane przez Ikara uczucie „braku”. Wrażenie egzystencjalnej pustki, której nie ma czym wypełnić. Cukinia ma za sobą bagaż ciężkich, traumatycznych doświadczeń. Obdarzony wrażliwością chłopiec wychodzi jednak z założenia, że chyba lepiej mieć nawet takie i nie wypierać się ich niż być ich całkowicie pozbawionym. Nie wypiera się tego, co go ukształtowało.

W sierocińcu bohater pozna rówieśników, podobnie jak on porzuconych, pozostawionych samym sobie. Nazywam się Cukinia startuje od ponurej dramatycznej tonacji. Twórcy kumulują kolejne dziecięce opowieści – o rodzicach narkomanach, rodzicach alkoholikach, samobójstwach – dając obraz rozbitego społeczeństwa, którego ofiarami są niewinne dzieci. W tej perspektywie sierociniec jawi się jak azyl bezpieczeństwa. Nieletni znajdują obrońców czy to w postaci troskliwego policjanta, czy pracowników domu dziecka. Nie mówiąc już o silnych, przyjacielskich relacjach, powstających między samymi dziećmi.

Świat przedstawiony w Nazywam się Cukinia wydaje się wyobrażony przez najmłodszych i przefiltrowany przez ich wrażliwość.

Francusko-szwajcarska animacja jest kinem traktującym o akceptacji, o wychodzeniu z tarapatów, o rodzącej się świadomości, o stawaniu na nogi. To kilkuetapowy proces, przez który przechodzi każda z postaci. Najważniejsze jest przełamanie pierwszej bariery, czyli umiejętności opowiedzenia o tym, co się przeżyło, i wyrażeniu kłębiących się w głowie myśli. Wewnętrzna konfrontacja Ikara z jego demonami i pokonanie nieśmiałości jest głównym wątkiem Nazywam się Cukinia. Co paradoksalne, umowna lalkowa animacja wzmacnia wydźwięk wielu scen. Twórcy precyzyjnie inscenizują kluczowe dla filmu momenty. Najważniejsza wydaje się sama postura ciała postaci, kompozycja kadru, odległości między lalkami czy oświetlenie. Ograniczona mimika bohaterów nie stanowi problemu. To liczne stylistyczne zabiegi są często nośnikami najsilniejszych emocji. Pozwalają wejść w psychikę Cukinii, jeszcze mocniej się z nim utożsamić.

Nazywam się Cukinia to kino wyrafinowanej formy, obdarzone specyficznym nastrojem. Wypływa on z połączenia kilku opozycyjnych zabiegów. Mamy więc ciężką problematykę zanurzoną w żywym, bogatym w kolory i światło świecie – już samo to jest nietypową oprawą dla tego rodzaju kina. W warstwie czysto tekstowej film opowiada językiem dzieci o sytuacjach, które przerosłyby niejednego dorosłego. To natomiast sprawia, że Nazywam się Cukinia jawi się jako wyczerpujący psychologiczny dramat: pełen niuansów i detali. W opozycji do tego stoją kontekstowe, stworzone jakby przez dzieci wizerunki bohaterów i całego otoczenia, nieraz przypominającego piaskownicę czy dywan w pokoju wyłożony zabawkami. Świat przedstawiony w Nazywam się Cukinia wydaje się wyobrażony przez najmłodszych i przefiltrowany przez ich wrażliwość. Jednocześnie naiwny i dotykający czegoś więcej. Niepozbawiony uproszczeń, ale prawdziwy w każdej sekundzie.

W pozornej prostocie animacji Claude’a Barrasa tkwi niezwykła siła. Reżyser doskonale potrafi widza poruszyć, nawet nim wstrząsnąć, unikając przy tym konwencjonalnych chwytów. Francusko-szwajcarska produkcja prowokuje u widza empatię, nie proste wzruszenie. Zmusza głównie do zadumy, zdecydowanie rzadziej do sięgania po chusteczki. Nazywam się Cukinia daleko jest do filmowego dydaktyzmu, ale widzę w nim ogromny potencjał wychowawczy. Przede wszystkim dla dorosłych. Nie zwlekałbym jednak z pokazaniem Cukinii… widzom najmłodszym. Po seansie obie strony będą miały o czym ze sobą rozmawiać.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane