Naznaczony: rodział 3 - recenzja | FILM.ORG.PL

Naznaczony: rozdział 3

Więcej plusów niż minusów – udany debiut reżyserski Leigh Whannella, scenarzysty cyklu.




Z miłości do śmierci




Krzysztof Walecki
21.06.2015


Pierwszy Naznaczony nastraszył mnie aż za bardzo, sprawiając, że po seansie musiałem zapalić światło we wszystkich pokojach w mieszkaniu, tak na wszelki wypadek. Drugi trochę ten lęk roztrwonił, starając się niepotrzebnie wyjaśnić pochodzenie złowieszczych, ekranowych demonów. Nadal jednak był to horror, po obejrzeniu którego nie chciałoby się zostać samemu w ciemnym pomieszczeniu. Reżyser tamtych filmów, James Wan, poszedł kręcić wysokobudżetowy efekt specjalny, jakim okazała się nowa odsłona Szybkich i wściekłych, przekazując pałeczkę swojemu przyjacielowi i współpracownikowi, Leigh Whannellowi, scenarzyście serii. I tak oto Whannell debiutuje w nowej roli, z jednej strony próbując dorównać utalentowanemu w straszeniu koledze, z drugiej chcąc przynajmniej częściowo zaskoczyć widza czymś nowym.

Naznaczony: rozdział 3 dzieje się przed wydarzeniami znanymi z poprzednich odsłon, koncentrując się tym razem na nastoletniej Quinn Brenner (Stefanie Scott), która pragnie porozumieć się ze swoją zmarłą półtora roku wcześniej matką. Nieświadoma jest jednak tego, że zamiast ducha rodzica dziewczyna przywołała śmiertelnie niebezpiecznego demona. Jedynym ratunkiem dla Quinn wydaje się Elise (weteranka cyklu Lin Shaye), niechętnie wracająca do roli medium, mająca swoje powody, aby pozostać na emeryturze.

Fabuła nie grzeszy oryginalnością, ale w tych filmach nie to jest ważne.

Wanowi udało się wcześniej połączyć przytłaczającą wręcz atmosferę beznadziejności w spotkaniu z siłami fantastycznymi z pomysłowymi, acz miejscami kiczowatymi obrazami zjaw, potworów i zaświatów, zwanych Dalą. Whannell kroczy tą ścieżką, choć mniej w części trzeciej poczucia nieuchronnej porażki. I niekoniecznie jest to przytyk.

maxresdefault

Tematem Rozdziału 3 jest próba pogodzenia się ze śmiercią, zaś walka o duszę i ciało wyraźnie ustępuje jej miejsca. Dlatego też debiutujący reżyser używa ciepłych kolorów w odróżnieniu od poprzednika, tym samym ożywiając (nonen omen) ekranową rzeczywistość. Oczywiście Dal wciąż wygląda na spowitą mgłą krainę, w której rządzą ciemność i duchy, lecz kontrast między dwoma światami jest teraz dużo wyraźniejszy niż w poprzednich filmach. Również zamiana domu jednorodzinnego na hotel przyniosła sporo korzyści dla całości, zwłaszcza, że budynek wydaje się pamiętać lata 30-te ubiegłego wieku – jego korytarze natychmiastowo kojarzą się ze Lśnieniem Kubricka, i Burtonem Finkiem braci Coen. W obu przypadkach są to bardzo dobre konotacje, ale reżyser lubi również wychodzić w plener, co także odróżnia tę część od wcześniejszych.

Wizualne ciepło ładnie współgra z tym, co film oferuje w warstwie fabularnej.

Nacisk na liczne scenki obyczajowe z Quinn i jej ojcem (Dermot Mulroney) oraz cały wątek Elise z wyjaśnieniem, dlaczego przestała pracować jako medium sprawiają, że horror jaki staje się ich udziałem nabiera nowego, nieco sentymentalnego wymiaru. Obie bohaterki są tymi, które po stracie bliskich posunęły się trochę za daleko, aby móc nawiązać z nimi powtórny kontakt. Miłość prowadzi je na skraj śmierci i spotkanie ze swoimi upiorami – w przypadku Elise jej nemesis kryje się pod postacią znanej z poprzednich części Kobiety w czarnej sukni. Prześladujący nastolatkę Człowiek, który nie może oddychać dowodzi zaś tego, że Whannellowi nadal nie brakuje pomysłów na kolejne zjawy, ich obrazowanie i nazewnictwo. Mądrze również robi nie zagłębiając się w historię swojego czarnego charakteru. Jest po to, aby straszyć i nic więcej.

A propos straszenia – oto największa zaleta, ale i bolączka nowego Naznaczonego, który rzadko kiedy stawia na subtelność, koncentrując całą swą energię na bezczelnych jump scares, najczęściej przejawiających się nagłym pojawieniem się w kadrze ręki, bądź zakazanej gęby demona. I nie ma w tym nic złego, gdyż sprawdza się to znakomicie i działa nawet wtedy, gdy wiesz, że zaraz coś wyskoczy. Mając jednak w pamięci metody, z jakich korzystał Wan kręcąc oryginał, oglądając Rozdział 3 czuć jednak niedosyt.

Ani jedna scena nie wykracza poza repertuar znanych sztuczek.

Whannell ma dryg do tworzenia na papierze scen, które dają pole do popisu, i połowicznie wykorzystuje te szanse. Wie, że najgorszy (a raczej najlepszy) w horrorze nie jest atak, lecz oczekiwanie na niego. Dlatego też, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu, odwleka w nieskończoność konfrontacje z upiorami. Szkoda, że w finale liczy się już tylko „zwiedzanie” Dali i ucieczka przed demonem z maską tlenową.

1280x720-Dot

Być może nie powinienem aż tak często porównywać debiutu Whannella do filmów Wana. Koniec końców ten drugi przez lata doskonalił swój horrorowy warsztat, czego zwieńczeniem była znakomicie przyjęta Obecność. W przypadku początkującego reżysera należało przede wszystkim liczyć na to, aby nie zawiódł fanów serii, a przy okazji nie pogrzebał jej. Tak się na szczęście nie stało, a sam Whannell nawet zażartował sobie w filmie ze swojej roli, która sprowadza się przede wszystkim do pisania. Takie zdanie ma o sobie jego bohater Specs, jeden z duchołapów, znów w duecie z Tuckerem (Angus Sampson z irokezem), specem od wyposażenia. Jak na ironię w finale sprzętu nie używają wcale, za to długopis i kartka idą w ruch. Whannell chyba nadal czuje się bardziej pisarzem niż reżyserem, ale jak na pierwszy raz wyszedł mu naprawdę przyzwoity film. Jeśli miarą filmu miałyby być momenty, gdy wzdrygałem się i podskakiwałem na fotelu, można uznać Naznaczonego: rozdział 3 za sukces. A to już zasługa osoby za kamerą.

 cinema







  • Andriej

    Dysproporcja między kolejnymi „Insidious” przypomina tą pomiędzy „REC”ami – trochę za łagodnie się z nimi obchodzisz

    • Krzysztof Walecki

      O ile w przypadku dwóch pierwszych części bym się zgodził, o tyle trzeciej odsłonie „Naznaczonego” daleko do porażki, jaką był „REC 3”. Hiszpanie odeszli od formuły serii, i tym przegrali, serwując klasycznie nakręcony horror z głupim scenariuszem. Najlepszy jest tam prolog, jeszcze w estetyce found footage, reszta do zapomnienia.
      Whannell nie jest może tak biegłym reżyserem jak Wan, ale przynajmniej unika niektórych błędów poprzedniej części, w której za dużo czasu poświęcono wyjaśnianiu i retrospekcjom. Stąd bliżej „Rozdziałowi 3” do oryginału. Nie jest to ten sam poziom straszenia, ale stopniowanie kolejnych ataków jest w obu filmach wzorcowe.

      • Andriej

        No cholera, ja do serii zaliczam tylko REC 1, 2 i 4 (mimo że ten ostatni też nie jest found footage, jest nudny, ale wreszcie jako-tako zamyka historię rozpoczętą w tej kamienicy), musiałeś mi przypominać o tej skrajnie chujowej kopii „Planet Terror”?
        Przez ostatnie lata udało mi się wyrzucić go z pamięci, a tu takie coś…
        Tak czy siak, obyś miał rację co do tego filmu

      • Koper

        Przecież Rec 3 to obok jedynki najlepsza część serii. :P A że reżyser miał dość i świadomie zrobił z tego pastisz idąc w stronę Evil dead czy Martwicy mózgu, to się fanboje poobrażali i wymyślają filmowi od najgorszych bo found footage dostała w nim (dosłownie) z buta. :P Rozumiem, że można sobie trójki nie wliczać do serii (jakby zresztą to nie wiadomo jaka saga była, myślałby kto), bo jest w totalnie innej konwencji, ale bez przesady. A Naznaczony pierwszy był całkiem spoko, choć też żadne to wielkie dzieło. Dwójka to chyba najsłabszy film grozy od Wana, trójki jeszcze nie widziałem, jakoś mi się nie spieszy.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Sense8 - nowy serial Netflixa

Następny tekst

TRUE DETECTIVE - sezon drugi, pierwszy odcinek i pierwsze wrażenia



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE