nowości kinowe

Na skraju jutra

Ten film posiada wszystko to, co idealny blockbuster mieć powinien. Niegłupią fabułę, świetną i wartką akcję oraz dwójkę głównych bohaterów, świetnie zagranych przez Cruise'a i Blunt.

Autor: Szymon Pajdak
opublikowano

Czarny koń sezonu

edge-of-tomorrow-international-poster-600x888Pętla czasowa to motyw, po który filmowcy sięgają bardzo chętnie. Nic dziwnego – to swoisty samograj, który w odpowiednich rękach potrafi sprawić, że widz zostanie wessany do przedstawionego świata i zaangażuje się w wydarzenia na ekranie. Oczywiście bardzo łatwo wpaść w pułapkę i zepsuć dobry pomysł wyjściowy przez dziury logiczne w scenariuszu i tanie efekciarstwo.

Co jednak wydarzy się, jeżeli scenariusz okaże się precyzyjną konstrukcją bez błędów, film będzie obfitował w całą masę dobrej akcji, a aktorzy wywiążą się ze swojego zadania znakomicie? Wtedy otrzymamy „Na skraju jutra”.

Akcja ma miejsce w niedalekiej przyszłości, kiedy to rasa obcych zwanych Mimikami przypuściła atak na Ziemię rozprzestrzeniając się na niej niczym rój. Ludzkość łączy swoje siły, aby odeprzeć atak wroga, i jak to w przypadku każdej wojennej zawieruchy bywa na najwyższe obroty wskakuje także maszyna propagandy. Jej głównym przedstawicielem jest major William Cage, który z uśmiechem na ustach opowiada o rosnącej przewadze ludzi i nadchodzącym dniu zwycięstwa. Niestety podczas spotkania z generałem dochodzi do kłótni, w wyniku której bohater zostaje uznany za dezertera i trafia na pierwszą linię frontu. Podczas desantu wchodzi w kontakt z krwią obcego i od tej pory zostaje uwięziony w pętli czasu, przeżywając dzień pierwszej walki od nowa.

XXX EOT-TRL2-01925R.JPG D ENT

To, co stanowi o niewątpliwej sile „Na skraju jutra”, to przede wszystkim świetny scenariusz, który można nazwać połączeniem „Dnia świstaka”, „Raportu Mniejszości” i ”Obcego”.

Twórcy ustrzegli się błędów logicznych, dzięki czemu nie musimy podczas seansu co chwilę łapać się za głowę zwracając uwagę na różnego rodzaju głupoty. Nie zaserwowano nam także taniej łopatologii, wierząc w to, że sami będziemy potrafili dopowiedzieć sobie pewne rzeczy i zrozumieć przedstawiony w produkcji świat. Oglądając „Na skraju jutra” nawet przez chwilę nie czujemy znużenia i zniechęcenia, fabuła wciąga i angażuje od początku do końca, nie pozwalając nawet na chwilę oderwać się od ekranu. Oprócz tego cała historia posiada idealnie wyważone proporcje tragizmu i lekkiego, nienachalnego humoru, który wynika głównie z poruszania motywu pętli czasowej i powtarzania tych samych czynności po raz kolejny.

Na wyróżnienie zasługują także fantastyczne sceny akcji, w tym desant na plażę. Co ważne, znienawidzony greenscreen ograniczono do minimum i postawiono na praktyczne efekty – pirotechnikę, linki i klasyczną scenografię. Całość sprawia ogromne wrażenie i daje poczucie realizmu, którego tak brakuje wielu dzisiejszym blockbusterom. Aktorzy biegają, brudzą się i męczą fizycznie, a nie udają, że coś robią, bo przecież i tak resztę załatwi komputer. Chwała twórcom za staroszkolne podejście do tematu! O ile design obcych może nie jest szczególnie pomysłowy, bardzo przypomina to co pokazano nam w grach z serii „Crisis”, o tyle wygląd egzoszkieletów jest kapitalny. Odpowiednio masywne, podatne na modyfikacje i śmiercionośne. Ze wszystkich filmów, które ostatnio wykorzystywały ten motyw, w produkcji Limana pokazano to najlepiej.

Aktorsko film stoi na bardzo wysokim poziomie. Wiadomo, to tylko letni blockbuster, ale zarówno Tom Cruise, jak i Emily Blunt wywiązali się ze swojego zadania znakomicie. Cruise po raz kolejny pokazał, że potrafi dać z siebie wszystko i bardzo wiarygodnie ukazał przemianę swojego bohatera z tchórza do gotowego na poświęcenia wojaka. Oczywiście większość scen – nawet tych niebezpiecznych – wykonał sam, bez pomocy dublera. Blunt w roli Rity „Full Metal Bitch” Vrataski wyciągnęła ze swojej postaci maksimum pokazując, że ta twarda kobieta ukrywa emocje pod płaszczem osobistej tragedii. Wisienką na torcie jest zaś rola Billa Paxtona w roli starszego sierżanta Farrella. Już sam jego widok wywołuje uśmiech na twarzy, a jeżeli dorzucimy do tego wojskową aparycję i sposób wysławiania się dostaniemy prawdziwą perełkę. Trójkę uzupełniono o postacie poboczne, które bazują na stereotypach, ale na szczęście podano to w bardzo przystępny sposób – nie mamy wrażenia, że oglądamy po raz kolejny to samo. Chociaż trzeba przyznać, że kiedy poznajemy oddział, do którego wcielono Cage’a od razu przychodzi nam na myśl „Obcy – decydujące starcie”.

buLwDqt

Jeżeli miałbym na siłę szukać minusów, to z pewnością jednym z nich byłby brak jakiegokolwiek charakterystycznego motywu muzycznego. Zresztą muzyki w tym filmie praktycznie nie odnotowałem, nie dlatego, że jej nie było, a dlatego, że była słaba i nie zwróciła mojej uwagi. Drobnym minusem jest także zakończenie, które sprawia wrażenie zmienionego w ostatniej chwili przez wytwórnię. Owszem, jest logiczne i konsekwentnie trzyma się tego co pokazują nam twórcy, powoduje jednak pewien zgrzyt. Na szczęście nie jest w stanie zmienić wysokiej oceny na jaką ten film zasługuje.

„Na skraju jutra” wyrósł właśnie na lidera tegorocznego sezonu ogórkowego. Ten film posiada wszystko, co idealny blockbuster mieć powinien: niegłupią, wciągającą fabułę, która nie pozwala na chwilę nudy. Świetną i wartką akcję opartą o praktyczne efekty i pirotechnikę oraz dwójkę głównych bohaterów, między którymi czuć chemię, bez popadania w tandetny romans.

Już dawno nie bawiłem się w kinie tak dobrze. Mało tego, przypuszczam, że w weekend wybiorę się na obraz Douga Limana po raz drugi. Jeżeli jakikolwiek inny film miałby zagrozić „Na skraju jutra” i zapewnić mi więcej frajdy i rozrywki w kinie w 2014 roku, to mogą to być tylko „Strażnicy Galaktyki”. Póki co zakładam egzoszkielet i idę skopać tyłki kosmitom!

EDGE OF TOMORROW

Ostatnio dodane