Morderstwo w Orient Expressie (1974) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Morderstwo w Orient Expressie




Za taką obsadę można by... zabić




Karol Barzowski
02.12.2014


murder-on-the-orient-express-1974

Kryminały Agathy Christie, choć to teoretycznie gotowe scenariusze filmowe, już dawno nie gościły na kinowym ekranie. Ma się to jednak zmienić. Jakiś czas temu wytwórnia Fox poinformowała, że planuje nową wersję „Morderstwa w Orient Expressie”. Choć samemu pomysłowi należałoby przyklasnąć, powstaje pytanie: czy można w ogóle przebić to, co udało się Sidneyowi Lumetowi w filmie z 1974 roku? To w końcu jedyna adaptacja, którą polubiła sama autorka. Właśnie mija czterdziesta rocznica premiery tego tytułu.

„Morderstwo w Orient Expressie” jest jedną z najbardziej znanych powieści Agathy Christie. To teoretycznie bardzo prosta, konwencjonalna historia, w której najważniejsze powinno być pytanie „kto zabił” – otóż w słynnym pociągu Orient Express jadącym ze Stambułu do Calais znalezione zostają zwłoki amerykańskiego milionera. Wygląda na to, że morderca działał w furii, dźgając ofiarę nożem aż 12 razy. Pociąg wskutek zasp śnieżnych staje pośrodku niczego i jasnym jest, że sprawcą musiał być jeden z pasażerów. Dyrektor linii nalega, aby jego przyjaciel Hercules Poirot wyjaśnił, co się stało, zanim ruszą w dalszą podróż i będą mogli skorzystać z pomocy policji. Wydaje się, że zagadkę uda się szybko rozwiązać. Jednak gdy Belg zaczyna swoje dochodzenie, okazuje się, że nic nie jest takie, jak początkowo się wydawało… Podróżujący wypełnionym do ostatniego miejsca Orient Expressem to galeria barwnych postaci, z których każda zdaje się mieć coś do ukrycia.

murder

Szarża z gwiazdami

Film miał swoją premierę w 1974 roku, dobrych kilka lat po tym, jak upadł hollywoodzki system gwiazd, a scenariusze zaczęły brnąć w stronę filozoficznych rozważań i politycznego komentarza. „Morderstwo…” jest w pewnym sensie powrotem do Złotego Hollywood, okresu, w którym najważniejsze były gwiazdy oraz związane z nimi legendy. Fabuły traktowano wtedy często pretekstowo. Miały one jedynie pozwalać na wyeksponowanie atutów danej aktorki czy aktora i dać widzowi szansę na to, by mógł przez dwie godziny ogrzewać się w ich blasku.

Sidney Lumet w swoim filmie odwołuje się do tamtych produkcji, zbierając na planie całą plejadę największych nazwisk tamtych lat. Jak sam przyznaje, jako pierwszego przekonał Seana Connery’ego („Najpierw trzeba zaangażować największą gwiazdę – reszta zgłosi się sama” – mówił), a później poszło już łatwo. Obok pierwszego odtwórcy Jamesa Bonda pojawili się choćby: Ingrid Bergman, Lauren Bacall, Anthony Perkins, Vanessa Redgrave, Michael York, John Gielgud, Martin Balsam, Jacqueline Bisset, Wendy Hiller, czy wreszcie Albert Finney w roli detektywa Poirot. O ile dobrze liczę, na koncie obsady „Morderstwa…” znajduje się 9 Oscarów i 29 nominacji do tej nagrody. Czy istnieje inny film, który mógłby pochwalić się podobną statystyką? Prawdopodobnie nie.

Orient4

Każdy z aktorów dostaje od Lumeta szansę, by zabłysnąć. Najczęściej jest to zaledwie jedna scena – przesłuchanie. Ale właściwie wszyscy wykorzystują z niej tyle, ile tylko można. Nie da się ukryć, że wiele z gwiazd występujących w „Morderstwie…” wciela się w rolę zgodną z ich wizerunkiem czy wcześniejszymi rolami. Wykorzystują oni przypisane im stereotypy, podnosząc do potęgi charakterystyczne cechy. Szarżują aż miło. Bez wątpienia mamy tu do czynienia z przerysowaniem w nieco staroświeckim stylu. Ten film to tak naprawdę przedstawienie teatralne, co potwierdza zresztą końcowa scena, funkcjonująca na zasadzie ukłonów wszystkich członków obsady.

Jak wspominali aktorzy, praca na planie była prawdziwą przyjemnością. Od razu zresztą widać, że świetnie się ze sobą dogadywali, a ekran wypełnia chemia niezbędna dla tego typu „zespołowych” produkcji. Lauren Bacall, która w swojej długiej karierze grała przecież u boku najwybitniejszych, bez wahania przyznawała, że „Morderstwo…” to jej najlepsze zawodowe doświadczenie. „Obsada była tak olśniewająca, że aż oślepiała. A mnie dało to motywację do tego, aby dać z siebie to, co najlepsze. Chciałam nie odstawać od tych wszystkich talentów” – mówiła po latach.

95079_0

To bez wątpienia jedna z najlepszych kreacji Bacall. Jednak to nie ona zbierała najwyższe laury za „Morderstwo…”. Najbardziej docenioną spośród całej obsady okazała się Ingrid Bergman, wcielająca się w lękliwą szwedzką misjonarkę. Choć film zdobył aż sześć nominacji do Oscara, tylko gwiazda „Casablanki” wyszła z ceremonii ze statuetką. Bergman miała już wtedy prawie 60 lat i grywała coraz rzadziej. Nagroda ta była chyba bardziej ukoronowaniem jej całej kariery, niż docenieniem roli w „Morderstwie…”. Przyznana została bowiem właściwie za jedną tylko scenę – kilkuminutowe, nakręcone na jednym ujęciu przesłuchanie.

Wydaje się, że nawet w samym filmie Lumeta były lepsze, bardziej zapadające w pamięć kreacje. Słynna Szwedka zdawała sobie zresztą z tego sprawę. Odbierając złotego rycerzyka po raz kolejny pokazała ogromną klasę, z rozbrajającą szczerością stwierdzając, że bardziej należał się on innej z nominowanych, Valentinie Cortese.

Murder-on-the-Orient-Express-1

Śmieszny człowieczek

Nominację do najważniejszej z filmowych nagród otrzymał też Albert Finney grający Herculesa Poirot. To z pewnością zasłużone wyróżnienie. On tutaj również szarżuje, może nawet najbardziej ze wszystkich aktorów. Przez cały czas balansuje właściwie na granicy parodii, sprawiając, że główny bohater jest niejednoznaczny. Z jednej strony to z pewnością pozytywna, zabawna postać. Z drugiej – dziwna i nieco irytująca. Obserwujemy jego poczynania, ale nigdy do końca nie wiemy, co nim kieruje. Za przestawiającymi się w jego głowie trybikami po prostu nie sposób nadążyć. Mimo ewidentnego przerysowania, Finney trzyma tę rolę w ryzach, raz po raz ocierając się o aktorski geniusz, jak na przykład podczas rozmowy z panną Debenham, graną przez młodą Vanessę Redgrave.

W ogóle wszystkie przesłuchania to popis nie tylko Finneya, ale też samego Poirot, który do każdego z podejrzanych podchodzi w zupełnie inny sposób. Kolejne rozmowy to dla niego tak naprawdę okazje do urządzenia sobie mini-spektaklu – a masek przybiera sporo. Dla jednych jest miły i pełen zrozumienia, innych traktuje zaś z wyższością, nawet agresją. Jednym zdradza poznane fakty, innym nie mówi nic. Czasem ciągnie za język, a kiedy indziej po prostu słucha. Teoretycznie zadaje zupełnie przypadkowe pytania, bardziej od dochodzenia zajmuje go przyjemność z trzymania podejrzanych w szachu… Ma się wrażenie, że ten groteskowy „śmieszny człowieczek” błądzi po omacku. Gdy jednak prawda wychodzi na jaw, okazuje się, że od początku wszystko szło tak, jak zamierzał. Po prostu nie dawał tego po sobie poznać. W końcu czemu miałby się z kimś dzielić swoimi przenikliwymi przemyśleniami… Taki już jest Poirot, a Finney oddał to wręcz perfekcyjnie.

6

Czysta klasyka

Agatha Christie nigdy nie była zadowolona z ekranizacji swoich książek. Gdy zgłoszono się do niej z propozycją nakręcenia filmowej adaptacji „Morderstwa w Orient Expressie”, podchodziła do tego z dużą niechęcią. Ponoć przekonały ją dopiero namowy samego lorda Mountbattena – wyświadczył on tym samym przysługę swojemu zięciowi, który został producentem filmu.

Ostatecznie ekranizacja spodobała się jednak autorce. Stwierdziła, że film został dobrze zrealizowany „poza jednym błędem”. Okazały się nim… wąsy Alberta Finneya. „W swoich książkach napisałam, że Poirot miał najwspanialsze wąsy w całej Anglii – w filmie nie było tego widać. Pomyślałam, że to wielka szkoda” – mówiła Christie. Trzeba przyznać, że takie słowa Brytyjki, która do adaptowania swoich dzieł nastawiona była wręcz alergicznie, to duży komplement dla twórców „Morderstwa…”. Później, po śmierci pisarki, powstały dwa kolejne filmy oparte na podobnej formule – „Śmierć na Nilu” (1978) i „Zło czai się wszędzie” (1982). Bez Alberta Finneya w roli Poirot nie były już jednak takimi sukcesami.

„Morderstwo w Orient Expressie” okazuje się być wierne książce, ale jednocześnie dodaje od siebie coś ekstra. To film zrealizowany w klasycznym, nawet nieco staroświeckim stylu. Przyjęta konwencja jest w pewnym sensie hołdem złożonym dawnemu kinu. Nie mamy tu do czynienia z kryminałem wywołującym dreszcze u widza – nawet sama zbrodnia przedstawiona została w sposób teatralny. Najważniejsze jest w niej wyeksponowanie motywu, a nie szokowanie. Dzieło Lumeta to przede wszystkim intelektualna łamigłówka, rozrywka, wreszcie gwiazdorski spektakl z wielkim finałem w postaci sceny, w której Poirot prezentuje pasażerom rozwiązanie zagadki.

Wszystko jest tu nieco przestylizowane, od rozwiązań wizualnych, przez samo prowadzenie historii i grę aktorów. „Morderstwo…” to bez wątpienia prawdziwa gratka dla miłośników złotego okresu w dziejach Hollywood. Z drugiej strony, nie jestem pewien, czy taki przesadyzm zostałby kupiony dzisiaj. Film Lumeta nie ma bowiem głębi; nie korzysta z wszystkich możliwości, jakie daje scenariusz – pewnego poczucia klaustrofobii, odcięcia od świata, świadomości przebywania pod jednym dachem z mordercą… To tylko lub aż układanka okraszona występami najwybitniejszych aktorów.

Albert-Finney-Murder-on-the-Orient-Express-1974

Na jednego z producentów nowej wersji od studia Fox wybrano Ridleya Scotta. Nie jest wykluczone, że historia ta, trochę na wzór np. serialu „Sherlock”, zostanie przeniesiona w czasy współczesne. Dla purystów będzie to pewnie rzecz nie do przetrawienia. Ja natomiast uważam, że film ten może okazać się nowym rozdziałem w kinowej karierze Herculesa Poirot – jednej z najbardziej ikonicznych postaci światowej literatury. Jeśli choć promil młodych widzów dzięki tej uwspółcześnionej adaptacji miałby sięgnąć po książki Christie, jestem jak najbardziej „za”. A kto wie, być może później zapoznają się oni też z produkcją Lumeta. Nie ma chyba lepszego filmu na rozpoczynanie filmowej edukacji. Więcej gwiazd, reprezentujących zresztą różne okresy kina, w jednej produkcji raczej się nie znajdzie.







  • Już jest jedno takie „nowoczesne Morderstwo w Orient Expresie” z 2001 roku, Poirot korzysta tam z laptopa.

    Takie „unowocześnianie” jako zachęta nie zadziała, bo sięgną po książkę i znajdą tam coś kompletnie innego. Ja zresztą za to je lubię – za brytyjską flegmę, starych ludzi i ich kulturę. Nerwowy Albert Finney to dla mnie chybiona interpretacja i tyle.

  • SoKoMoK

    Nie na temat. Panowie z KMF, obudźcie się cały świat żyje trailerem nowych Gwiezdnych Wojen a u was nic! Żadnego artykułu, komentarza, itp.

    • Czemil75

      Widocznie nie dla wszystkich swiat zaczyna i konczy sie na zwiastunie nowych Gwiezdnych Wojen. Takie komentarze jak Twoj od zawsze sie pojawiaja, a po chwili nikt o nich nie pamieta. A KMF byl, jest i bedzie zajebistym portalem. Poza tym -kto ma pisac wnikliwe felietony, odkrywcze analizy i siegac do klasyki? Pozdro dla Redaktorow KMF, tak trzymac!!!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wielka Szóstka

Następny tekst

BBF 2014 - STUDNIA



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE