nowości kinowe

MOJA MIŁOŚĆ. Sztuczny dramatyzm

Po bardzo dobrym "Poliss" Maiwenn zalicza solidną reżyserską wpadkę.

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Sztuczny dramatyzm

Filmowe życiorysy Maïwenn i Emanuelle Bercot spotkały się ze sobą już dwa razy. Zważywszy na to, że pierwsza z nich ma na swoim reżyserskim koncie zaledwie trzy pełnometrażowe produkcje, można pokusić się o stwierdzenie, że to całkiem solidny bilans. Podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes obie panie zaprezentowały przed międzynarodową publicznością nowe filmy. Maïwenn wystartowała w konkursie głównym z Moją miłością, Bercot z kolei dostąpiła zaszczytu otwarcia festiwalu wraz ze swoim Z podniesionym czołem. Co więcej, reżyserka drugiego z wymienionych filmów zagrała główną rolę kobiecą w produkcji prezentowanej na francuskiej riwierze przez drugą z pań. Rola w Mojej miłości Maïwenn, przyniosła Emanuelle Bercot aktorską Palmę za najlepszą kreację kobiecą podczas festiwalu. Jeśli dodamy do tego całkiem niezłe noty zbierane przez film otwarcia, możemy pokusić się o stwierdzenie, że Cannes 2015 było wielkim sukcesem reżyserki Z podniesionym czołem.

foto1

Szkoda, że z równie dobrej strony nie zaprezentowała się Maïwenn, czyli osoba, która umożliwiła Bercot zdobycie nagrody aktorskiej. Moja miłość jest niestety filmem słabym i nieprzekonującym zarówno pod względem fabularnym, jak i pod kątem filmowego warsztatu twórcy. W żadnej mierze nie wytrzymuje porównania z poprzednim obrazem reżyserki, czyli opowiadającym o francuskiej jednostce policyjnej do spraw nieletnich Poliss Historia funkcjonariuszy zmagających się na co dzień z dziecięcymi dramatami uderzała oryginalnym zestawieniem realizmu i absurdu, trzymała widza w napięciu od pierwszych, aż do ostatnich minut seansu. Moja miłość jest dla odmiany nieco banalną historyjką o toksycznym uczuciu, wychodzeniu z depresji i nauce akceptacji własnej osoby. To zdecydowanie za mało, aby utrzymać zainteresowanie widza przez dwie godziny projekcji.

Moja miłość jest niestety filmem słabym i nieprzekonującym zarówno pod względem fabularnym, jak i pod kątem filmowego warsztatu twórcy.

Główną bohaterką filmu jest Tony. Kobieta cierpi z powodu rehabilitacji po ciężkim wypadku narciarskim. Ból fizyczny nie jest jednak jej jedynym problemem. Bardziej doskwiera jej nasilający się kryzys wieku średniego oraz brak szczęścia w kontaktach międzyludzkich. Tony radzi sobie na polu kariery zawodowej, jej życie prywatne jest jednak sumą wzlotów oraz spektakularnych upadków, przy których blednie każda kontuzja odniesiona na stoku. Walka o odzyskanie sprawności fizycznej zostaje skonfrontowana ze wspomnieniami bohaterki. Ich dominującym elementem jest relacja z Georgiem, czyli mężczyzną, który na pierwszy rzut oka wydaje się być ideałem, przy dokładniejszym spojrzeniu zmienia się jednak w prawdziwego wampira emocjonalnego oraz egotyka, który stopniowo dominuje i ubezwłasnowolnia Tony. Symboliczne zestawienie rehabilitacji i próby odnalezienia sensu życia po wyniszczającym związku jest niestety w przypadku filmu Maïwenn równie subtelne, co rozmowy bohaterów Pasikowskiego. To zarzut numer jeden. Zarzutem numer dwa jest natomiast słaby scenariusz, który przez ponad sto dwadzieścia minut  krząta się gdzieś pomiędzy realistycznymi przedstawieniami cierpienia, sztucznie brzmiącymi i przedramatyzowanymi dialogami oraz pseudopsychologicznymi opowiastkami o psychice kobiety.

foto2

Bercot i Vincent Cassel (wcielający się w rolę Georgiego) naprawdę bardzo starają się o to, aby widz nie zdecydował się opuścić sali po kilkudziesięciu minutach wątpliwej jakości słownych szermierek pomiędzy ich bohaterami. Aktorów łączy ekranowa chemia, jako para wypadają przekonująco, to nie może jednak wystarczyć do tego, aby utrzymać uwagę widza przez całą opowieść o burzliwym życiu uczuciowym Tony. Dialogi postaci wykreowanych przez Maïwenn w przeważającej liczbie przypadków prowadzą donikąd, to klasyczne pustosłowie ukrywane przed widzem za pomocą aktorskiej ekspresji, a w szczególności dzięki wybuchowemu charakterowi bohatera Cassela. Aktorska nagroda dla Bercot nie jest może w tym przypadku kompletnym blamażem ze strony jury, ale niemal pewny jest fakt, że aktorce pomogła francuskocentryczność festiwalu rozgrywającego się na Lazurowym Wybrzeżu.

Na polskim plakacie filmu umieszczono kilka wyrwanych z kontekstu cytatów, które mają oczywiście za zadanie opisywać zalety produkcji. Najbardziej trafny wydaje się ten z The Hollywood Reporter, określa on bowiem Moją miłość mianem „miłosnego rollercoastera”. Jeśli przyjmiemy, że tor stworzony przez Maïwenn to nieliczne wzniesienia, po których ostro pikujemy w dół, a następnie ślimaczym tempem poruszamy się po linii prostej, jestem w stanie przyklasnąć porównaniu. W innym wypadku ma się ono do filmu tak, jak Moja miłość do dojrzałej opowieści o kobiecie próbującej poskładać swoje życie do kupy.

Ostatnio dodane