nowości kinowe

Mój rower

„Mojego roweru” trudno nie nazwać emocjonalną wydmuszką, która urzekając formą, zobojętnia błahością swego wnętrza.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Piotr Trzaskalski podkreśla w wywiadach, iż dla niego najważniejszą rolę w filmie odgrywają emocje, jakie wyzwala i refleksie, do jakich skłania. Szybko uwierzono, że jego nazwisko będzie utożsamiane właśnie z takim kinem. Pobudzenie w widzu wrażliwości na ludzki los stało się domeną jego twórczości. Jednak to, co wyszło niezwykle wiarygodnie w „Edim”, w „Mistrzu” trąciło już pretensjonalnością. Jak na tym tle wypadł jego trzeci, pełnometrażowy obraz? „Mojego roweru” trudno nie nazwać emocjonalną wydmuszką,  która urzekając formą, zobojętnia błahością swego wnętrza.

Najnowszy obraz Trzaskalskiego opowiedziany jest w konwencji kina drogi, którą twórca wypróbował już przy okazji swojego poprzedniego filmu. W pierwszej scenie poznajemy starego Włodka (Michał Urbaniak), od którego odeszła żona, pozostawiając po sobie list w kuchni i garść wspomnień ze wspólnie przeżytego życia. Najwyraźniej skończyła jej się cierpliwość, gdyż Włodek to wieczny numerant, posiadający uciążliwy, dla siebie i innych, problem z alkoholem. Reakcją na odejście żony jest gwałtowne pogorszenie się jego stanu zdrowia, uściślając – wylew. W szpitalu odwiedzają go syn Paweł (Artur Żmijewski) i wnuk Maciek (Krzysztof Chodorowski). Obu nie widział dawno, gdyż pierwszy jest światowej sławy muzykiem, który porzucił rodzinną Łódź na rzecz międzynarodowej kariery, drugi z kolei mieszka i uczy się w Anglii.

Relacje między odwiedzającymi dziadka potomkami nie wyglądają najlepiej, gdyż decyzja Pawła o podążaniu drogą kariery zaowocowała rozwodem i zerwaniem kontaktu z dorastającym synem. Podobny dystans Paweł odczuwa w stosunku do swojego ojca, gdyż na przestrzeni lat zdążył zmęczyć go swoimi licznymi ekscesami. Jednak w niedługim czasie ten pokoleniowy trójkąt postanawia wyjechać w poszukiwaniu żony, matki i babci w jednej osobie. Wyjazd podyktowany głównie potrzebą przywrócenia starego ładu w życiu seniora rodu, szybko nabierze kształtu oczyszczającej ze złych emocji podróży.

To nie jest historia, która grzeszy oryginalnością. I od początku taka być nie miała. „Mój rower” z założenia miał być subtelną opowieścią o przemijaniu, męskich przywarach, wychowawczych trudach; o utraconych więziach i próbie ich odbudowania; o obrazoburczym ukazaniu współczesnego mężczyzny, zatroskanego, słabego, wrażliwego. Dlaczego jednak nowy film Trzaskalskiego, nie jest tym, czym być miał? Choćby dlatego, że sentymentalizm, który serwuje nam reżyser, a na którym opiera ciężar emocjonalny filmu, jest z natury tych tanich, sztucznie wygenerowanych. Razi nachalna ckliwość i symbolika, której interpretacja podtykana jest nam niemal pod nos. Po reżyserze, który swoją twórczą energię czerpał choćby od Tarkowskiego, mam prawo oczekiwać więcej. Pod względem emocjonalności i refleksyjności „Mojemu rowerowi” bliżej jest do serialu „M jak Miłość” niż do dokonań twórcy „Solaris”. Wierzę w twórczą wrażliwość Trzaskalskiego, mam jednak wątpliwość co do sposobu przekazu, jaki serwuje w nowym filmie. Szkoda.

Problem niestety leży także w aktorstwie. Wydarzenia ukazywane w filmie opowiadane są z perspektywy trzech, równorzędnych bohaterów.  Mamy więc dużo dialogów, a tym samym duże pole do pokazania aktorskich umiejętności. Jednak z tej trójki tylko do gry Artura Żmijewskiego trudno jest się przyczepić, choć i ten momentami przesadza z ekspresją. Student drugiego roku PWST, Krzysztof Chodorowski, razi w swym pełnometrażowym debiucie opieraniem swej gry na wizerunkowym schemacie. Jego „wrogo nastawiony do ojca syn” jest w każdym swoim ruchu przewidywalny i zapożyczony.

Natomiast drugi główny debiutant, Michał Urbaniak, światowej sławy jazzman mający dotychczas z aktorstwem niewiele wspólnego, jest w swej roli do bólu sztuczny i nienaturalny. To przykre, ale obserwując jego grę miałem wrażenie, że patrzę na manekina, którego jakimś cudem nauczono mówić. I mało obchodzi mnie fakt, że ów manekin dysponuje aparycją misia, do którego większość chciałaby się przytulić. Reżyser – obsadzając w roli Włodka aktorskiego żółtodzioba – najwyraźniej chciał osiągnąć podobny efekt autentyzmu, jaki udało się wykrzesać z gry Henryka Gołębiewskiego w „Edim”. Jednak ten drugi jako takie doświadczenie na planie już posiadł, a koleje jego losu ułożyły się w tak skomplikowany sposób, że rola złomiarza okazała się być mu po prostu bliska. Urbaniak – choć zapowiadał, że będzie autentyczny – chyba nie do końca zrozumiał znaczenia tego słowa. Ale to absolutnie nie jego wina! To wina reżysera, który nie wiedzieć czemu zdecydował, że w wypadku tej roli można zlekceważyć „aktorski szlif” i obsadzić w niej jazzmana, który dobrze grać potrafi na skrzypcach i saksofonie, ale nie w filmie.

„Mój rower” posiada jednak dwa znaczące plusy. Właściwie to jeden plus – „wierzch wydmuszki”, czyli zdjęcia i muzykę. W pracy operatora Piotra Śliskowskiego dostrzec można rzemieślniczą jakość wzbogaconą kilkoma wyjątkowymi fotografiami, które nadają filmowi odpowiednio nostalgiczny nastrój. Nastrój ten dobrze podkreślany jest także przez pobrzmiewający w tle jazzowy akompaniament.

Zdaje sobie sprawę z tego, że film skonstruowany jest w taki sposób, że może się widzom spodobać. Wiem, że pomysł wyjściowy jest dobry, a przesłanie płynące z tej opowieści jest trafne. Jednak nie chcę i nie muszę angażować się w to, co widzę na ekranie, gdy nie należy to do mojej kategorii romantyzmu. Bo najbardziej wzruszają mnie filmy, które nie próbują usilnie chwycić mnie za serce; które nie są „pozytywką” zmuszającą do sięgnięcia po chusteczkę. Życzyłbym sobie, aby dalsza twórczość Piotra Trzaskalskiego, reżysera dysponującego przecież dużym potencjałem, pozbawiona była pretensjonalności, która narzuca widzom schemat emocjonalnego zaangażowania. Życzyłbym sobie naturalności „Ediego”.

Ostatnio dodane