Minionki - recenzja | FILM.ORG.PL

Minionki

Marketing, reklamy i ewentualnie film




W cieniu Gru




Maciej Niedźwiedzki
27.06.2015


Czasami film staje się towarem. Nie jest dziełem sztuki, ale produktem powstałym na zamówienie widowni. Za mało czasu poświęcono Minionkom w Jak ukraść księżyc i w Minionki rozrabiają. Publiczność chciała, by żółte stworki odgrywały pierwszoplanową rolę, by nie były dodatkiem do głównego wątku, ale jego siłą przewodnią.

Producenci wyczuli to zapotrzebowanie i zlepili parafilm z odpadków dwóch pierwszych części. Wcześniej wypożyczyli prawa do wizerunku przeróżnym firmom, by nakręcić marketingową maszynę. Minionki pojawiają się choćby w reklamach płatków śniadaniowych, marki samochodu i McDonalda. W tylu ich zobaczyłem. Nie chcę wiedzieć twarzami ilu jeszcze marek się stały. Minionki to przyciągające wzrok gadżety, wzbudzające zainteresowanie osobliwym wyglądem. Są idealnym elementem zdobiącym banery i ulotki. Spoglądają na nas ze stron gazet, z telewizorów, wyświetlają na niezablokowanych przez AdBlocka okienkach. Wydaje mi się jakby pochodziły ze świata reklam i to z niego okazjonalnie schodziły na kinowy ekran.

b

Szkoda. Mam wrażenie, że właśnie chęć zysku była główną motywacją twórców Minionków, którzy w pierwszej kolejności pomyśleli o odpowiednim ulokowaniu tych postaci w świecie mediów, a dopiero później dokręcili do tych materiałów film – by jeszcze powiększyć przychody. Najnowsza animacja studia Illumination Entertainment jest doskonałą prowokacją do szerszej refleksji nad obecnym stanem kina, nad priorytetami producentów i metodyką ich działania.

Minionki to kliniczny przykład filmu fałszywego, skorumpowanego tworu nieudolnie upodabniającego się do dzieła sztuki.

To zlepek żartów ze wszystkiego splecionych w bezsensowną historyjkę. Same wygłupiające się Minionki nie wystarczą na dobry film. Niestety w ten sposób pomyśleli autorzy tego „dziełka”.

Animacja Pierre’a Coffina i Kyle’a Baldy rozpoczyna się jednak obiecująco. Dowiadujemy się wtedy o dawnych, prehistorycznych losach Minionków, które w swojej naturze mają poddaństwo. Istnieją po to, by komuś służyć. Musi to być jednak ktoś znaczący, ktoś na samej górze układu pokarmowego. W trakcie otwierających film napisów oglądamy jak tytułowe stworki co chwilę zmieniają swojego opiekuna. Początkowo ślepą płyną za coraz to większymi okazami drapieżnych ryb, potem wychodzą na ląd ponieważ tam panują dinozaury. Później pojawił człowiek – wymarzony władca dla gromady Minionków. Oglądamy ich nawet zabawne perypetie z egipskimi faraonami, hrabią Dracula czy Napoleonem. Mijały jednak kolejne wieki a one ciągle pozostawały bezpańskie. Ukryły się więc na Antarktydzie i nadszedł okres marazmu i znużenia. Tego stanu dłużej nie mógł wytrzymać Kevin. Decyduje się opuścić schronienie i odnaleźć dla swoich przyjaciół idealnego złoczyńcę, któremu będą mogły dumnie służyć. Do niego dołącza dwójka nierozgarniętych towarzyszy: Bob i Stuart.

b

To jednak tylko pierwszych dziesięć minut filmu, zdecydowanie bardziej interesujących. Twórcom Minionków na tylko tyle starczyło kreatywności, do tego momentu potrafili prowadzić spójną opowieść. Później lądujemy w Stanach Zjednoczonych końca lat 60., następnie w Londynie. Wtedy zaczyna się koszmar, festiwal niezamierzonych, nieśmiesznych głupotek, pościgów donikąd i przypadkowo zlepionych ze sobą gagów. W poszukiwaniu wymarzonego złoczyńcy Minionki trafiają na Villain Con, zjazd przestępców z całego świata, na którym gwiazdą jest Scarlet Oharacz. Z niewiadomych przyczyn jest zła do szpiku kości. Jedyne, czego pragnie, to zdobycie korony królowej Elżbiety II. W tym pomogą jej oczywiście Minionki, których wybiera na swoich pomocników.

Nawet w obliczu przerysowanego, absurdalnego i karykaturalnego świata znanego z Jak ukraść księżyc fabuła Minionków wydaje mi się idiotyczna. Bo w tej animacji bohaterom chodzi o to, by być złym „bo tak”. Ponieważ taki wizerunek jest atrakcyjny, ponieważ taka panuje moda. Niepokojący jest wątek przyjeżdżającego na Villain-Con małżeństwa z dwójką dzieci zafascynowanych zbrodniczymi sylwetkami przybyłych na konwent gwiazd. Pod względem wychowawczym Minionki popełniają faul za faulem. Scarlet jest zła, Minionki zafascynowane są światem przestępczym, a epizodycznie pojawiający się Gru również dokonuje kradzieży.

Ten film pozbawiony jest pozytywnych, uczciwych postaci, którym dzieci powinny kibicować.

Minionki to zły film. Pozbawiony emocjonalnego i etycznego kręgosłupa. Brakuje mu czułości, z jaką zrobiony był Jak ukraść księżyc i Minionki rozrabiają. Illumination Entertainment zabrało się za tą animację od niewłaściwej strony – nie zauważyli, że Minionki są najciekawsze grając na drugim planie, za plecami Gru. W jego cieniu najpełniej lśnią. Gdy skierowano na nie wszystkie reflektory zaczęły blaknąć.

W sumie co za różnica. Najważniejsze, by zgadzały się pieniążki.

cinema

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Fajnie, że w tekście jest podkreślone zwichnięte przesłanie filmu docelowo przeznaczonego dla dzieci. Oczywiście seans dzieciaków nie zdeprawuje, ale szkoda, że twórcy nie przywiązali do tego należytej wagi.

  • Mefisto

    Wszystko ok, ale pierwsze zdanie, to trochę blamaż, bo film od początku istnienia był towarem, na którym można w pierwszej kolejności zarobić. Dopiero potem przyszedł czas na szukanie w tym sztuki. W dodatku c’mon! mówimy tu o którejśtam części kreskówki dla najmłodszych, a nie wyciągniętej z szafy produkcji Kubricka, także niektóre zarzuty wydają mi się dziwne. Bo to, że Holly cierpi od paru ładnych lat na uwiąd twórczy, to akurat żadna nowość.

    • No masz rację. Mimo wszystko w kolejnych częściach Toy Story, w Jak wytresować smoka 2, w drugiej części Jak ukraść Księżyc, w drugiej części Shreka wyczuwam, że to filmy robione z sercem, twórcom chodzi o bohaterów, by dalej o nich opowiadać. „Minionki” są martwe. Powstały ponieważ była na nie koniunktura. Illumination Entertainment było pewne, że sprzeda taki produkt, nie ważne jakiej by był jakości. Zrobili więc cokolwiek, byle z Minionkami.

      • Mefisto

        Ale przywołane właśnie tytuły też powstały, ponieważ była na nie koniuktura. Gdyby pierwsze części tak dobrze się nie sprzedały, nie byłoby sequeli (z których, nie oszukujmy się, tylko Toy Story wydaje się ciekawsze od pierwowzoru, pozostałe niestety słabują względem oryginałów, a Shrek to już w ogóle stawiał kompletnie na przytyki w stronę popkultury). A że są od Minionków lepsze, mają w sobie więcej pasji, to inna mańka.

        • Czy lepszy od oryginały czy gorszy już nie jest tak istotne. Oczywiście, że na każdy z wymienionych przeze mnie filmów była koniunktura, bo pierwsze części świetnie się sprzedały. Jednak za merkantylnymi motywacjami wytwórni szły równie duże motywacje artystyczne autorów. Zależność między tymi dwoma czynnikami ma rzecz jasna różne proporcje. W przypadku „Minionków” to dla mnie 95% tego pierwszego. Dlatego właśnie ten film jest dla mnie tak nieznośny.

          • Mefisto

            Ale ja jakości Minionków nie neguję, tylko założenia, które recenzję otwiera :) Nawet Godfather musiał się sprzedać – a, że wtedy nie było zabawek z Macu, to już znak czasów.

          • To na pewno przed nami :) Czekam na moment, gdy Fredo będzie dodawany do frytek i burgera. To też będzie znak czasów. Zainspirowałeś mnie tym komentarzem :)

  • al_jarid

    Nigdy nie rozumiałem popularności „Jak ukraść Księżyc”. To takie średniactwo, ani zabawne, ani wzruszające, wygląda jak produkt filmopodobny sklecony przez jakieś mniejsze studio, nijak nie dotrzymujące kroku animacjom z dużych wytwórni. 5/10 to max dla tego filmidła. A minionki dają tam popis slapstickowego humoru niższych lotów, no i… właśnie, one też nie są zabawne. Wystarczyło mi więc obejrzeć „Jak ukraść Księżyc”, by wiedzieć, ze to po prostu nie dla mnie i żeby do następnych filmów z tej serii nawet nie podchodzić.

  • bobzielarz

    Mam podobne wrażenie jak Mefisto. Większość filmów Disney-Pixar ląduje jako zabawka w zestawie do frytek, więc nie widzę w tym nic złego. Zresztą tak uwielbianych przez większość forumowiczów, bohaterów Marvela, można kupić jako świecącą zabawkę w najbliższym markecie, niestety jeszcze nie w Biedronce (ale jest potencjał na osobny film o Super Ladybug Manie). Sam film jest pewnie skonstruowany (tak jak mówisz) z niepasujących do siebie scen. Ten sam przepis na film co w najżałośniejszych parodiach filmowych typu „Disatser Movie” Superhero Movie”.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Rozumiemy się bez słów

Następny tekst

Polowanie na prezydenta



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE