Miłość. Film Sławomira Fabickiego (2012) - recenzja | FILM.ORG.PL

Miłość

Bardzo dobre aktorstwo i zdjęcia oraz irytujący scenariusz z cyklu - "wszystko jest złe, a będzie jeszcze gorzej".








Filip Jalowski
16.03.2013


Po seansie Miłości Sławomira Fabickiego człowiek wychodzi z kina umęczony tak, jak bohaterowie filmu usiłujący poradzić sobie z życiową traumą. Nie dzieje się tak dlatego, że Miłość jest filmem doszczętnie złym, nieudanym w każdym aspekcie. To po prostu kolejny przykład obrazu, w którym brak jakichkolwiek pozytywów. Na szarych ulicach i w burych pokojach obijają się ludzie całkowicie przytłoczeni przez życie. Gwałt, rozpad związku, kłopotliwa ciąża, śmiertelna choroba, z którą walczy się za pomocą aparatury medycznej, samotność i brak zrozumienia – wszystko naraz, nie ma przeproś, widz ma płakać i koniec. Co ratuje jednak Miłość przed całkowitą klęską?

Odpowiedź na pytanie padnie już za moment, tymczasem zacznę od początku. Maria i Tomek to młode małżeństwo, które spodziewa się dziecka. Ich związek trwa od czasów liceum, kiedy to Tomek odgrywał jeszcze buntownika ubranego w ciuchy, które czuć było proszkiem mamy, a Maria z utęsknieniem czekała na kolejne spotkania ze swoim wymarzonym chłopakiem. Ich życie nie jest idealne, ale ciężko nazwać je nieszczęśliwym. Jest dom, jest praca, są pieniądze i plany na przyszłość. Jedynym problemem jest szef kobiety, czyli prezydent miasta. Jego ciągłe umizgi, bagatelizowane przez Tomka, kończą się gwałtem na Marii. W momencie, gdy Tomek dowiaduje się o całej sytuacji w jego głowie zaczynają pojawiać się wątpliwości. Nie jest już pewny miłości do Marii, nie wie czy chce z nią żyć i wychowywać dzieci i czy tak naprawdę kiedykolwiek tego chciał. Bohaterowie znów zaczynają zachowywać się jak dzieciaki z liceum – emocje biorą górę,  zdobycie się na poważną i szczerą rozmowę wydaje się być zbyt trudne.

Scenariusz filmu Fabickiego napisało ponoć życie (jego podstawą ma być dość głośna „Seksafera w olsztyńskim magistracie”). Może to i prawda, nie przeczę, lecz filmowa opowieść do i tak traumatycznej historii dokłada taki ładunek życiowej beznadziei, że cały scenariusz zaczyna wyglądać po prostu tandetnie. Gwałciciel nie może być po prostu gwałcicielem. Fabicki mówi – „hej widzu, patrz jakie on ma ciężkie życie” i pokazuje nam jego upośledzone dziecko i stojącą na skraju załamania nerwowego żonę. Tomek zachowuje się irracjonalnie i wciąż rani Marię, a ona rozpaczliwie próbuje poradzić sobie z samotnością podkreślaną na każdym kroku przez pusty i szary dom. Gdzieś z boku umiera matka, która straciła kontakt z rzeczywistością i non stop raczej wyjękuje niż wypowiada słowo „mamusia”. Umiera ojciec. Umiera nawet ptak, który przypadkowo wpada do łazienki Marii i szaleńczo usiłuje wydostać się z pułapki (Wajda byłby dumny).

Miłość od totalnej porażki ratują Marcin Dorociński, Julia Kijowska i Piotr Szczepański. Pierwsza dwójka to oczywiście aktorzy, trzeci z wymienionych to autor zdjęć. Dorociński ma już w Polsce monopol na granie mężczyzn przygniecionych przez życie, emocjonalnie złamanych. W Miłości po raz kolejny robi to świetnie. Kijowska nie ustępuje mu natomiast ani na krok. Tomek i Maria istotnie poruszają i przekonują widza, że ich tragedia sprawia ból niemal fizyczny. W podkreśleniu emocji pomaga im z kolei Szczepański, który dosłownie w jednym kadrze potrafi skomentować trudną sytuację bohaterów. Zdjęcie, na którym po prawej stronie widzimy Marię i dziecko, a po lewej pusty i ciemny pokój wyglądający tak, jakby ktoś szykował się do jego opuszczenia mówi o dramacie bohaterki więcej, niż scenariuszowa droga krzyżowa obmyślona przez Fabickiego.

Miłość jest zatem filmem nierównym. Z jednej strony warto poświęcić mu czas ze względu na role Dorocińskiego i Kijowskiej oraz zdjęcia Szczepańskiego, na tym polu jest naprawdę dobrze. Z drugiej strony okazuje się, że gdy już ten czas poświęcimy, to czujemy się umęczeni i zirytowani hiper-fatalizmem Fabickiego. A że decyzja o tym, czy umęczani być chcemy jest sprawą silnie indywidualną, dlatego Miłości ani nie polecam, ani nie odradzam.







  • Kazik

    Nie pojmuję jednego. Jak może istnieć świetne aktorstwo w irytującym scenariuszu? Tak myślę i kompletnie nie rozumiem.

    • Nie widziałeś nigdy kiepskiego filmu ale dobrze zagranego? Kiepskiej reżyserii do dobrego scenariusza? Słabych dialogów w niezłym filmie? Dobrej reżyserii i słabego aktorstwa?

      • Kazik

        Nie

      • Kazik

        No właśnie wybobraź sobie, że nie widziałem. Słabie dialogi w dobrym filmie? Jaja sobie robisz? Generalnie czynnik ludzki w filmie, a więc aktostwo, dialogi jest podstawowym składnikiem każdego dobrego filmu. Nie ma dobrego filmu bez dobrego aktorstwa! Tak jak nie ma dobrego samochodu bez dobrego silnika czy dobrego zawieszenia. Pier…lisz, że aż głowa boli.

        • stary, nie po raz pierwszy mocno ponoszą cię emocje. Ochłoń trochę.

          Nie powiedziałem, że nie ma dobrego filmu bez dobrego aktorstwa. Powiedziałem coś innego.

          Słabe dialogi w niezłym filmie (niekoniecznie bardzo dobrym)? Wiele blockbusterów, na czele z Emmerichem i Bayem.

          A dobrzy aktorzy – dobrze grający – w kiepskich filmach? Naprawdę mam wymieniać filmy z filmografii Hopkinsa, Pacino i innych wybitnych aktorów, którzy zaliczyli wiele wtop, choć swych ról nie muszą się wstydzić?

        • Mefisto

          Ale dialogi nie są czynnikiem ludzkim i nie zależą od aktorów – i dobrzy aktorzy mogą w dobrym filmie rzucać czerstwymi dialogam. Więc kto tu pierdoli niby?

          • Rafał Donica

            No i powolutku zaczyna nam na stronę wdzierać się dyskusja na poziomie: „Pierdolisz”, „nie, to ty pierdolisz” :(. Nie potrafisz ubrać swoich wrażeń w inne słowa Kaziku, idz sobie na jakąś inną stronę.

          • Kazik

            Zaraz, momencik. Mnie ponoszą emocje? W którym momencie? „Nie potrafisz ubrać swoich wrażeń w inne słowa Kaziku, idź sobie na jakąś inną stronę”?

            To może inny cytat: „Można się zżymać, narzekać, jęczeć, grymasić. Ale nie można generalizować, czyli pierdolić od rzeczy” Czyżby kogoś poniosły emocje? Aaaa, zaraz wyłuszczysz jak bardzo to było uzasadnione i że miałem 10000 i jeden powodów aby użyć właśnie tego typu słów.:) Daruj sobie.
            Przekleństwa, bluzgi, słowa powszechnie uznane za obelżywe, są częścią języka i śmiało można ich używać nie dlatego, że ponoszą cię emocje, tylko dla pokreślenia absurdalności wypowiedzi. Wszyscy tak robią, tzn ci, którzy parają się pisaniem na różnoraki temat, no może poza kulturalnymi programami tv publicznej, bo jeżeli chodzi o słowo pisane, to ani my pierwsi, wy, ja, ani ostatni. Także spoko, nikogo tu nic nie ponosi i ponosić nie będzie. Póki co, KMF bis jeszcze nie ma, więc na inną stronę też nie pójdę.

            Niejako wracając do tematu: Ja jednak uważam i będę uważał, że kiepska rola, czytaj kiepskie dialogi to i kiepski film. Czyli zwyczajnie Hopkins, Pacino, De Niro, ostatnio zwłaszcza ten ostatni zwyczajnie zaliczyli kilka słabych ról w słabych filmach. Rola Pacino w „Adwokacie Diabła” była dobra? Daj spokój. No ale to wasz serwis, ja jestem tylko szarym użytkownikiem, więc piszcie sobie co chcecie i jak chcecie. Raczej nikt nie będzie was z tego rozliczał, prawda?

            Jeszcze do do „Miłości” Fabickiego. Uważam, że, WSZYSTKIE polskie filmy powstałe po 89 r, to mniejsza lub większa kicha (ostatnio modne słowo). Coś się stało, coś się zmieniło… Dzisiejsze polskie kino w sumie bez „wyjąteczka, „czku…, …czka”, o czym za chwilę, jest jak występ nastolatka, który chce się popisać przed kumplami. Pełne udawanego blichtru, tanie i przede wszystkim efekciarskie. Tyle, że efekciarskie nie poprzez nagromadzenie do przesytu efektów specjalnych, z tym byłoby jeszcze pół biedny, idzie o efekciarskość w ukazywaniu emocji bohaterów.
            Nie wystarczy, że główną bohaterkę filmu zgwałcij jej pracodawca. O Nie! reżyser musi jeszcze zaopatrzyć skrzywdzoną w pytanie, które ta kieruje do swojego męża: „Zrobiłeś ze mnie kurwę?” Prawda, że mocne? Cóż za wyczucie, panie Fabicki! A jaki zmysł obserwacji? „A jeżeli nie jestem w błędzie, pewnie i głos śliczny będzie..”

            Np w takim „Shame” McQueen’a jest scena, będąca w sumie klamrą całej opowieści, w której główny bohater spotyka w metrze piękną dziewczynę. Jak delikatnych środków wyrazu można użyć aby osiągnąć zamierzony efekt? Ona i on siedzą naprzeciw siebie i… po prostu na siebie patrzą i tyle. A jednocześnie emocje aż kipią. No ale to trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć, tu mieć i tu mieć… Fabicki ma tego bardzo niewiele.

            Generalnie w polskim kinie współczesnym panuje jedna zbiorowa zasada wytyczająca ramy rzekomo „świetnego aktorstwa”. Darcie mordy. Im więcej aktorka czy aktor w trakcie swojej roli drze ryja, tym bardziej jej/jego występ uznawany jest wyjątkowo udany. Acha, owczywiście też niezbędnym składnikiem są też łzy, „Dobry” aktor czy też aktorka zawsze ale to zawsze musi sobie sporo popłakać. Wtedy znaczy, że przeżywa, że coś czuje itd. Pewnie jak nie płacze i nie drze mordy to… nie żyje. Wtedy zostają tylko filmy o zombie, no ale akutat tych w Polsce się nie kręci, wiadomo, kasa.

            Może się więc wydawać, że ostatnią wyspą na tym morzu tandety jest Martek Koterski. Smarzowskiego nie liczę, bo dla mnie jego filmy to triumf maniery i emocji podawanych właśnie w sposób w jaki opisałem powyżej. Każy debil tak potrafi. A zatem Koterski, tyle, że Koterskiego tak naprawdę nie ma! Jego filmy są tak egoztyczne w swojej formie, tak nieprzystające do całej reszty, że w gruncie rzeczy w żaden sposób nie może ich ze sobą porównać. Nie wiem czy „Dzień Świra” jest lepszy od „Miłości” I chyba nikt tego nie wie. Koterski w tym co robi może być jedynie rozpatrywany węwnątrz swojej własnej filmografii, nie da się go zestawić z innymi twórcami, czy może raczej „tfurcami”. Filmy Marka Koterskiego, dobre filmy Marka Koterskiego nie są ani dramatami, ani komediami, ani farsami… Nie wiadomo czym tak naprawdę są. Pewnie opowieściami Marka Koterskiego. Można je docenić, nie można się niby przejąć bo nad wszystkim zbyt mocno góruje twórcze ego reżysera nie pozostawiając już miejsca na to aby widz mógł utożsamić się z którymś bohaterów. Robi to za widza sam reżyser, kradnąc całą postać tylko dla siebie. Koterski funkcjonuje więc jako samotna wyspa na morzu bezguścia, tyle, że na jego wyspę i tak nikt nie zagląda.

            Także nie ma co więcej pierdolić:)

          • Fidel

            Tako rzecze Zaratustra

          • Mefisto

            To ja skontruję Hethem Ledgerem w TDK. Sam film może zły nie jest, ale sporo w nim sucharów i niewykorzystanego potencjału – a jednak to właśnie dzięki aktorowi film zyskał na tyle dużo by wylądować pośród najlepszych w gatunku.

          • Kazik

            Mroczny rycerz ma jedne z najlepszych dialogów w historii, więc strzelasz sobie w kolano.

          • Mefisto

            Jasne, zaraz się okaże, że to w ogóle najlepszy film w historii :)

          • Kazik

            Nie, nie, najlepszym reżyserem w historii kinematografi jest Wojciech Smarzowski. Jest tak genialny, że prawdopodobnie nikt nigdy mu nie dorówna. W ogóle wszyscy filmowcy na świecie to przy Smarzowskim totalne zera. Prawa, Mefisto?

            Co do Mrocznego Rycerza, to w swoim gatunku, czyli w temacie filmów o Batmanie, z pewnością jest to najlepszy film w historii.

          • Mefisto

            Nigdy nie gloryfikowałem Smarzowskiego, więc wiesz gdzie możesz tą ironię wsadzić :)

          • Kazik

            Tę ironię, jeżeli już.:) To dobrze, że nie gloryfikowałeś, bo nie ma kogo.

          • Chris96

            Suchary w TDK???? Ktoś tu chyba flimu nie zrozumiał

          • Mefisto

            Raczej chyba z Batcave ktoś tu się zaplątał i troluje :)

          • Chris96
          • Kazik

            Ty pierdolisz, bo rzucasz ogólnikami, a rzadnych przykładów nie dajesz.

          • Mefisto

            Umarłem. Jesteś zajebisty, nieomylny i w ogóle wspaniały – żyj długo i die hard, tyle ode mnie, bo sensu w dalszej znajomości nie widzę.

  • Łukasz

    Żaden ze mnie ornitolog, ale po zdjęciu widzę, że to nie wróbel umiera w tym filmie, a najpewniej rudzik. Taki drobiazg. ;)

    • Mefisto

      I tak dobrze, że nie Black Hawk ;) Choć nie wiem czy film nie zyskałby na atrakcyjności, gdyby w budynek nie wleciał nagle wojskowy helikopter ;) Niestety, takie rzeczy tylko w Erze.

    • Fidel

      Zmieniłem na „ptak”, najbezpieczniejsza opcja ;]

  • Pingback: Kto wygra mecz? O festiwalu filmowym w Gdyni | Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Jack pogromca olbrzymów

Następny tekst

Władza



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE