Miłość - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Miłość

Nie wiem, czy „Miłość” jest najlepszym filmem Hanekego, na pewno jest jednak najbardziej subtelnym z nich.




Delikatność




Grzegorz Fortuna
04.11.2012


Na jednym zdjęciu widzimy przestraszoną twarz 81-letniego Jeana-Louisa Trintignanta; na drugim – nieobecne oblicze 85-letniej Emmanuelle Rivy. Te dwa dopełniające się przeciwujęcia  ilustrują scenę, która staje się punktem wyjścia nowego filmu Michela Hanekego. Wyznaczają jednocześnie pole zainteresowań reżysera – od tej pory, dokładnie od tej sceny, nie będzie się liczyło nic poza relacją między umierającą kobietą i opiekującym się nią mężem. Doprawdy, nieczęsto zdarza się, by plakat mówił o filmie tak dużo.

„Miłość” wygląda jak film Hanekego – tak pod względem kompozycji długich, w większości statycznych kadrów, jak i sensu opowieści – ale nie ogląda się jej jak filmu Hanekego. Austriacki reżyser zawsze stosował pewnego rodzaju brutalizm, forsował przyjętą przez siebie tezę w taki sposób, jakby był przekonany o jej słuszności, nie znosząc choćby cienia sprzeciwu. Często wymierzał widzowi precyzyjnie wycelowane kopniaki, zwykle za pomocą przepełnionych przemocą scen, z góry zaplanowanych jako szokujące. „Miłość” pozbawiona jest tego typu zagrań, pozbawiona jest też pewnego rodzaju napuszenia. Najbardziej przykre i drastyczne momenty, którymi epatowałby Haneke z czasów „Funny Games” czy „Ukrytego”, tutaj zawsze pozostają poza kadrem. Być może dlatego, że choć „Miłość”, podobnie do wspomnianych tytułów, opowiada o wkradającym się do ułożonego życia złu, to w tym wypadku zło jest bezosobowe i ostateczne – to powolna, przez nikogo niezawiniona śmierć.

Przedstawiona na plakacie scena rozgrywa się podczas śniadania pary osiemdziesięcioletnich nauczycieli muzyki, cieszących się spokojną emeryturą w paryskim mieszkaniu. Anne (Riva) nagle odpływa i traci kontakt z rzeczywistością; Georges (Trintignant) najpierw myśli, że to kiepski żart małżonki, ale chwilę później rozumie, że będzie trzeba wezwać lekarza. Okazuje się, że Anne miała wylew, a po nieudanej operacji drugi. Cała prawa strona jej ciała jest sparaliżowana, nie ma nadziei na poprawę, od tej chwili będzie tylko gorzej, co zresztą Georges oświadcza z pełnym spokojem córce (Isabelle Huppert), która wymaga od niego, żeby „coś zrobił”, ale sama potrafi tylko miotać się po mieszkaniu podczas okazjonalnych wizyt. Nie jest to jednak oznaka jej obojętności – Haneke zdecydowanie ucieka w „Miłości” od prób oceniania bohaterów – a raczej bezsilności, wyrażonej po prostu w taki, a nie inny sposób.   

Wylew Anne zatrzaskuje drzwi mieszkania bohaterów; kamera nie wyjdzie już poza ich apartament. Podobnie było w kinowym debiucie reżysera, „Siódmym kontynencie”. Tam zamknięcie (i następujące później samobójstwo) było jednak wyrazem niezgody, efektem przemyślanego w najmniejszym szczególe buntu. W „Miłości” takie samo zamknięcie ma dokładnie odwrotny wydźwięk – oznacza zgodę Georgesa na opiekowanie się umierającą żoną, która z każdym dniem traci kontakt z otaczającym ją światem. Ta cicha aprobata nie nosi jednak znamion ostentacji, wydaje się być naturalnym przedłużeniem małżeńskiego doświadczenia Anne i Goergesa. Ich wspólnej przeszłości Haneke nigdy co prawda nie opowiada, sugeruje ją jednak na płaszczyźnie pozafabularnej – głównych bohaterów grają tu legendy francuskiego kina, a ich poprzednie ekranowe wcielenia ciągle żyją w pamięci widza; w pewnym sensie dopowiadają widzowi, co mogło się dziać między tą dwójką w minionych latach.

Swoistą cechą poprzednich filmów Hanekego była ich dosadność, która przeradzała się w pewnego rodzaju atrakcyjność. Łatwo było zaufać reżyserowi, zawierzyć jego wymownej, precyzyjnie podanej tezie, ulec sugestii podpartej dozowanym po mistrzowsku okrucieństwem. W „Miłości” Haneke tylko raz pozwala sobie na scenę, która miałaby wywołać w widzu z góry określoną reakcję. Pod koniec filmu obserwujemy, jak Anne gra na fortepianie. Kilka sekund później kamera pokazuje siedzącego w tym samym pokoju Georgesa, obserwującego żonę. Po chwili mężczyzna wyłącza stojący za nim odtwarzacz, a muzyka momentalnie ucicha. Tak prosta, kumulująca emocje, ale – co świadczy o niezwykłej sprawności austriackiego reżysera – pozbawiona sentymentalizmu scena robi o wiele większe wrażenie, niż tysiąc obrazów powolnej agonii, za pomocą których można by tę historię przedstawić. Nie wiem, czy „Miłość” jest najlepszym filmem Hanekego, na pewno jest jednak najbardziej subtelnym z nich.

   

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • kadr

    Naprawdę dobra recenzja. Przynajmniej nie powielająca bzdur o rzekomo subtelnym emploi reżysera.

  • Mefisto

    Hmm… może to tylko ja, ale wydaje mi się, że Haneke nie powinno się odmieniać – w sensie bez tego ‚go’ na końcu, po prostu Michaela Haneke. Eh, polski…

    • Małgorzata Groth

      Niemieckie nazwiska zakończone na -e odmieniamy jak przymiotniki, czyli zdecydowanie forma Hanekego jest poprawna :)

      • Mefisto

        ok, więc to tylko ja tak nie lubię spolszczeń :)

  • kadr

    Dla mnie największą wadą tego filmu jest to, że pod pozorem niezwykłości sprzedaje nam się odgrzewaną, banalną fabułę. Dziadek i babcia żyli razem oboje, jak w pewnej piosence, (chociaż tam akurat był dziad i baba), babcia zachorowała. Babcia cierpi bo choruje, dziadek cierpi, że babcia choruje i stara jej się pomóc. Przy okazji dziadek się drze bo śni mu się coś złego a babcia się drze bo ją boli na skutek choroby. Nie ma w tym za wiele delikatności o której piszesz a nawet jeżeli jest to prócz niej, Haneke serwuje nam również swój klasyczny zestaw rozognionych emocji i tak naprawdę na ekranie nie odbywa się żadna rewolucja ani Haneke nie pokazuje niczego nowego. Niewątpliwy zachwyt recenzentów w dużej mierze spowodowany jest zapewne wielkim sentymentem do odtwórców głównych ról. Wiadomo, że po osobistej tragedii Trintignant ogłosił, że kończy z aktorstwem, tymczasem zagrał u Haneke, jak zatem napisać cokolwiek nie tak na temat jego roli? Po prostu, nie wolno. Film niewątpliwie warty obejrzenia, ale żadne arcydzieło.

  • kadr

    Chociaż pomysł na plakat jest super.

  • kadr

    Haneke nie jest Niemcem tylko Austriakiem

  • Mr.T

    Niestety jest to najgorszy film Austriaka(którego uważam za jednego z najwybitniejszych żyjących reżyserów), pozbawiony jakiś głębszych przemyśleń, gwarantuję, że jeśli kogokolwiek dotknie osobiście zbliżona sytuacja po głowie będą chodziły tysiące myśli a propos życia, śmierci, uczuć, poświęcenia itp., znacznie ciekawszych niż w tym rozwleczonym obrazie.
    Haneke zdaję się za samo nazwisko ma monopol na nagrody, a fakt, że ktoś przedstawia parę w podstarzałym wieku z czego jedna połowa jest poważnie chora nie stanowi podstawy do uznawania filmu za arcydzieło. Odniosłem wrażenie, że większość widzów na sali była rozczarowana, ale wstyd było się przyznać, przecież za utworem roztacza się aura ambitnego jest to sytuacja dość często spotykana w niektórych miejscach, na przykład kinie” Muranów”:).

  • kadr

    Dla mnie wyznacznikiem wręcz prostactwa filmu Haneke są słowa jakie wypowiada córka George’a do swojego starego ojca. „Kiedy byłam mała, podsłuchiwałam jak uprawialiście seks” Ileż psychologicznego fałszu jest w tym jednym zdaniu! No tak! U Haneke to możliwe. Zatrudnił przecież do tej roli Isabelle Huppert byłą „pianistkę” o skali erotycznych doznań daleko wykraczających poza przyjętą normę. I tylko pytanie, gdzie jest ta subtelność? Niedopowiedzenia pomiędzy ojcem a córką? Niechby faktycznie podsłuchiwała nocne igraszki rodziców, ale dlaczego informuje o tym wprost?! Niech to będzie pomiędzy słowami, niech to będzie niedopowiedziane. Niech między innymi wyznacza liryzm całego filmu a nie stanowi emocjonalnego porno! Ale to całe kino Haneke. Co składnia dojrzałego przecież Haneke, (skończył 70 lat), do tego aby w tak beznadziejny sposób przedstawić bohatera budzącego się ze złego snu? Dlaczego np nie mógł leżąc, nagle otworzyć oczu i powiedzieć np Mon Dieu albo coś w tym stylu? Haneke karze mu się wydzierać jak opętany. To też jest operowanie ciszą, szeptem? Subtelnością? To wszystko już było! Co czyni ten film tak wielkim? Że jedno ma lat 81 a drugie 85 i wciąż występują w filmach? Niech mi ktoś powie co czyni ten film wyjątkowym? Jaki moment? Jaka scena? Jaki dialog? Gdzie jest jakiekolwiek zboczenie z utartej filmowej ścieżki? Dlaczego Tadeusz Sobolewski bezczelnie mi wpiera, że finał opowieści Haneke nie będzie dla mnie jako widza łatwy ale z którym muszę sobie poradzić? Panie Sobolewski, oglądałem „Lot nad kukułczym gniazdem”, oglądałem „Kobietę samotną”, oglądałem „Million Dollar Baby”, a także „Johnny poszedł na wojnę”, „W stronę morza”, „Inwazję barbarzyńców” i „Moją lewą stopę”. W każdym z tych filmów, temat dramatu dotykającego jednego z bohaterów został pokazany o niebo subtelniej.

  • kadr

    A scena w której przerażony George patrzy na nic nie rozumiejącą Anne. To jest piękne, ale tylko to.

  • assasello987

    troszkę taka bajka dla dzieci….






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Żyć i umrzeć w Los Angeles – Blu-Ray

Następny tekst

Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE