MILLEROWIE - Rodzina jak każda inna - recenzja filmu | FILM.ORG.PL



Millerowie

Rodzina jak każda inna


„Millerowie” to komedia straconej szansy – ma oryginalny punkt wyjścia, masę zabawnych sytuacji i niezłych aktorów, lecz z czasem zaczyna razić schematycznością, zaś sam finał jest przewidywalny i nieprzekonujący.

Pomysł jest wyborny. Diler trawy, David, którego niedawno obrobiono dostaje od swojego szefa ryzykowną, acz intratną propozycję – pojedzie do Meksyku i przywiezie trochę marihuany, a w zamian dostanie 100 tysięcy dolarów plus anulowanie długu. Wiedząc jednak, że będąc sam wzbudziłby podejrzenie na granicy, namawia kilkoro znajomych, aby udawali jego rodzinę. Żoną zostaje Rose, striptizerka z zasadami, synem naiwny sąsiad Kenny, zaś córką błąkająca się po ulicach Casey. Czteroosobowa rodzina Millerów wsiada do podstawionego kampera i rusza w trasę. I jak w tego typu filmach bywa, kłopoty piętrzą się już od samego początku i wynikają głównie z różnic charakterów członków fałszywej rodzinki. Wszyscy na siebie wrzeszczą (poza dobrodusznym Kennym) i każdy chce postawić na swoim, nawet jeśli dotyczy to tak miałkiej sprawy, jak zatrzymanie się, aby podpalić fajerwerki. Prawdziwe problemy zaczynają się jednak po przekroczeniu granicy – okazuje się, że towaru jest znacznie więcej niż David początkowo myślał, zaś wkrótce do Millerów przyczepia się inna rodzina na wakacjach, Fitzgeraldowie, której głową jest agent wydziału antynarkotykowego.

Amerykanie uwielbiają robić komediowe kino drogi, nic tak przecież nie zacieśnia więzów i nie zbliża ludzi, jak wspólna podróż, podczas której wszystko się może zdarzyć. W tym roku mieliśmy już „Złodzieja tożsamości”, a do najsłynniejszych filmów tego typu należą „Zdążyć przed północą”, „Samoloty, pociągi i samochody”, a nawet oscarowe „Ich noce” i „Rain Man”, choć ten ostatni komediowy jest tylko miejscami. „Millerowie” zaliczają się do tego nurtu i zapewniają całkiem udaną rozrywkę, choć za –naście lat nikt raczej nie wspomni tego tytułu. To jeden z tych filmów, na których widz może się zdrowo uśmiać i zaliczyć wyjście do kina do udanych, lecz niespecjalnie zatęskni do kolejnego seansu. Oryginalny jest tylko pomysł wyjściowy; to, co dzieje się później nikogo nie zaskoczy, zwłaszcza, jeśli zna wyżej wymienione komedie.

Dowcip bywa ostry, choć koniec końców o żadnej wywrotowości nie ma mowy. Parę scen jest tak bezpruderyjnych, że aż stają się absurdalne, np. gdy Kenny zostaje przyłapany na całowaniu się z „siostrą” i „matką”. Innym razem widzimy genitalia powiększone przez ukąszenie pająka, co uwiecznia Casey, wrzucając później filmik na YouTube. Są to momenty śmieszne i nie pozbawione odwagi, lecz nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że nieprawdziwą rodzinę połączą w końcu prawdziwe uczucia, a wszelkie animozje zostaną zażegnane. Dlaczego zatem stawiam film Rawsona Marshalla Thurbera niżej niż klasyczne pozycje, o których wspominam wyżej, skoro i one są spuentowane w podobny sposób? Kwestia oryginalności – to na pewno, ale i umiejętnego połączenia komediowego szaleństwa z odpowiednią dozą ciepła i szczerości, pewnym ludzkim pierwiastkiem. Tego ostatniego jest w „Millerach” za mało, przez co zakończenie wydaje się nieco wymuszone i nieprzekonujące.

W tytułowe małżeństwo wcielają się Jason Sudeikis i Jennifer Aniston. Oboje spotkali się wcześniej na planie filmu „Szefowie wrogowie”, lecz tam grali drugie skrzypce. Tutaj cały ciężar spoczywa na ich barkach i całkiem nieźle im wychodzi udawanie przeciętnej amerykańskiej rodziny. Ona łączy seksapil z matczynym instynktem nie bojąc się jednocześnie rzucać przekleństwami na lewo i prawo. On ma trudniejsze zadanie, bo z tak poczciwą facjatą musi równie przekonująco grać kochającego ojca i męża (bułka z masłem), oraz zimnego drania, dla którego liczy się tylko kasa (z czym mam już problem). Duża w tym wina również scenarzystów, zwłaszcza w finale, gdy jego bohater co rusz zmienia zdanie, czy zostać ze swoją fałszywą rodziną, czy jak najszybciej dostarczyć towar.

„Millerów” otwiera przegląd amatorskich filmików na YouTube, które ogląda David. Większość poraża głupotą, tylko jeden rozczula (widok małego kotka rozkładającego łapki weźmie każdego), ale wszystkie śmieszą. Nie inaczej jest z samym filmem Thurbera – stanowi on zlepek zabawnych scen, w większości idiotycznych, uzupełnionych o te liryczne fragmenty, w których kryje się myśl przewodnia tej komedii. Millerowie mogą nie być prawdziwą rodziną, ale skoro tak dobrze wychodzi im oszukiwanie innych, to może w całym tym udawaniu kryje się coś szczerego. Ta piękna teza nie do końca wybrzmiewa w filmie, za to śmiechy na widowni usłyszeć można aż do ostatnich scen. 










Przeczytaj także:

Manhattan
Nienarodzony
Ognie św. Elma
Obecność
Anchorman 2 - Ron Burgundy znów na fali
Nimfomanka - Część II






  • SilverAG

    Staram się unikać negatywnych wypowiedzi, ale czasami mierzi mnie do tego stopnia czytanie pewnych zdań, że po prostu nie wytrzymuję. Ok, jeśli ktoś (autor recenzji) idzie do kina, żeby „przewidywać” film, to może powinien zająć się wróżeniem z ręki? Z kart? Film przewidywalny, sratatata. To tak, jakby powiedzieć, że horrory są przewidywalne, bo postaci z reguły zostają uśmiercone… Ale autor recenzji chyba nie pojął ostatniej, bardzo „przewidywalnej” sceny. A jeśli przewidział wszystkie jej elementy, to poproszę o sześć liczb od 1 do 39, chętnie je obstawię. Szczerze? Obejrzałem ten film na przedpremierze i wciąż mam ochotę obejrzeć go ponownie. Cały czas. A co do przewidywalności – czy autor recenzji nie myli przewidywalności fabuły z sugestywnością zwiastunów? Czy może oczekiwał zwrotu akcji w stylu chestburstera rozrywającego Jennifer? No to trudno byłoby przewidzieć. Ale nie wątpię, że autor recenzji dałby radę! Film może nie jest najlepszym z najlepszych, ale odnalazłem na nim coś, czego zabrakło mi podczas seansu K(l)ac(z) Wawy na Polsacie – nieskrępowaną rozrywkę i dobrą zabawę. I chyba na tym polega oglądanie filmów.

    • Krzysztof Walecki

      Mnie natomiast mierzi, gdy ktoś usilnie stara się narzucić swój punkt widzenia, do tego w taki sposób. Wróżenie z kart, serio? To mi proponujesz? Świetna polemika. Napisałem o przewidywalności finału „Millerów” względem innych filmów, nawet tytuły podałem. Jeżeli ich nie widziałeś, polecam – to lepsze filmy. Wystarczy je obejrzeć, aby zobaczyć z czego „Millerowie” czerpali. Dlatego byłem zachwycony pomysłem wyjściowym, który był oryginalny i świeży, ale nie wykorzystany, bo zamiast zagrać na nosie widzów, otrzymujemy konserwatywny finał pod hasłem „rodzina to jest siła”. Poza tym nigdzie nie napisałem, że „Millerowie” nie są dobrą rozrywką. Napisałem natomiast, że można się „zdrowo uśmiać” i wystawiłem 6/10 – mogę się mylić, ale to chyba nadal pozytywna ocena.

      • SilverAG

        Widzę, że Szanowny Pan Skryba krytykować tak, ale być krytykowanym nie. Ja nie narzucam nikomu swojego punktu widzenia, a po prostu wyrażam własne zdanie (do czego mam prawo). W co drugiej recenzji czytam, że „fabuła była przewidywalna”. Z całym szacunkiem, ale niedługo zacznę czytać utyskiwania, że film się rzeczywiście skończył, a nie powinien. Albo że napisy były na końcu… I zauważam, że nic nikomu nie proponuję. Ani kart, ani stuknięcia się w głowę. Nic. A co do finału – mam na myśli ostatnią scenę – to, rzeczywiście, jakbym widział moją rodzinę – pozorancki uśmiech do sąsiadów, przekleństwa pod nosem i ogródeczek z gańdzią pod płotem. Jeśli Pan Autor recenzji nie dostrzegł tych subtelności, to polecam ponowny seans. A co do tytułów filmów, które zostały wymienione wyżej – czy Millerowie to rzeczywiście film drogi? Chyba nie do końca. „RV” z Williamsem to przykład filmu, w którym „podróż” ma rodzinę zbliżyć, o wyczynach Chase’a w wakacyjnych wojażach nie wspominając. Ale tu podróż nie jest punktem wyjścia do pojednania rodziny, ale rodzina powstaje po to, żeby podróż się odbyła. Poza tym tu w ogóle nie ma rodziny. Wystarczy spojrzenie na oryginalny poster filmu. Tytuł z gwiazdką – We’re the Miller’s* *If anyone asks. Fabuła zasadza się na pozorności i pokazaniu, że pozory mylą. Co jest w tym złego, że ogląda się to może po raz kolejny w innym wydaniu? Dobra, rozpisałem się, a jak sądzę, Autor i tak będzie kurczowo trzymać się swojego zdania. A filmy radzę oglądać przez pryzmat ich dobrych stron i takich szukać, a nie wytykać sztampową i tak naprawdę niezdefiniowaną „przewidywalność”. Niniejszym zamykam polemikę i nie biorę odpowiedzialności za siwe włosy i przyszlifowane zęby :-)

        • Krzysztof Walecki

          W filmach, które wymieniłem rodziny też nie ma, są za to ludzie, których początkowa niechęc do siebie zostaje przezwyciężona, a oni sami zmieniają się na lepsze. „Millerowie” są dokładnie tacy sami – to jest przewidywalność, o której mówiłem. Over and out;)

  • Darek

    Nie uśmiałem się. Żarty mnie żenowały. Naprawdę? Opuchnięte genitalia? Całowanie? To niesmaczne. Poziom dowcipu jak z baru w Teksasie.




Krzysztof Walecki

17/08/2013

KMF Film.org.pl 1999-2014 Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, modyfikacja, publikacja, dystrybucja w celach komercyjnych bez zgody właściciela tej strony są zabronione.

Strona załadowała się w 0,716 sekund.

banner