nowości kinowe

Millerowie

„Millerowie” to komedia straconej szansy – ma oryginalny punkt wyjścia, masę zabawnych sytuacji i niezłych aktorów, lecz z czasem zaczyna razić schematycznością, zaś sam finał jest przewidywalny i nieprzekonujący.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Pomysł jest wyborny. Diler trawy, David, którego niedawno obrobiono dostaje od swojego szefa ryzykowną, acz intratną propozycję – pojedzie do Meksyku i przywiezie trochę marihuany, a w zamian dostanie 100 tysięcy dolarów plus anulowanie długu. Wiedząc jednak, że będąc sam wzbudziłby podejrzenie na granicy, namawia kilkoro znajomych, aby udawali jego rodzinę. Żoną zostaje Rose, striptizerka z zasadami, synem naiwny sąsiad Kenny, zaś córką błąkająca się po ulicach Casey. Czteroosobowa rodzina Millerów wsiada do podstawionego kampera i rusza w trasę. I jak w tego typu filmach bywa, kłopoty piętrzą się już od samego początku i wynikają głównie z różnic charakterów członków fałszywej rodzinki. Wszyscy na siebie wrzeszczą (poza dobrodusznym Kennym) i każdy chce postawić na swoim, nawet jeśli dotyczy to tak miałkiej sprawy, jak zatrzymanie się, aby podpalić fajerwerki. Prawdziwe problemy zaczynają się jednak po przekroczeniu granicy – okazuje się, że towaru jest znacznie więcej niż David początkowo myślał, zaś wkrótce do Millerów przyczepia się inna rodzina na wakacjach, Fitzgeraldowie, której głową jest agent wydziału antynarkotykowego.

Amerykanie uwielbiają robić komediowe kino drogi, nic tak przecież nie zacieśnia więzów i nie zbliża ludzi, jak wspólna podróż, podczas której wszystko się może zdarzyć. W tym roku mieliśmy już „Złodzieja tożsamości”, a do najsłynniejszych filmów tego typu należą „Zdążyć przed północą”, „Samoloty, pociągi i samochody”, a nawet oscarowe „Ich noce” i „Rain Man”, choć ten ostatni komediowy jest tylko miejscami. „Millerowie” zaliczają się do tego nurtu i zapewniają całkiem udaną rozrywkę, choć za –naście lat nikt raczej nie wspomni tego tytułu. To jeden z tych filmów, na których widz może się zdrowo uśmiać i zaliczyć wyjście do kina do udanych, lecz niespecjalnie zatęskni do kolejnego seansu. Oryginalny jest tylko pomysł wyjściowy; to, co dzieje się później nikogo nie zaskoczy, zwłaszcza, jeśli zna wyżej wymienione komedie.

Dowcip bywa ostry, choć koniec końców o żadnej wywrotowości nie ma mowy. Parę scen jest tak bezpruderyjnych, że aż stają się absurdalne, np. gdy Kenny zostaje przyłapany na całowaniu się z „siostrą” i „matką”. Innym razem widzimy genitalia powiększone przez ukąszenie pająka, co uwiecznia Casey, wrzucając później filmik na YouTube. Są to momenty śmieszne i nie pozbawione odwagi, lecz nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że nieprawdziwą rodzinę połączą w końcu prawdziwe uczucia, a wszelkie animozje zostaną zażegnane. Dlaczego zatem stawiam film Rawsona Marshalla Thurbera niżej niż klasyczne pozycje, o których wspominam wyżej, skoro i one są spuentowane w podobny sposób? Kwestia oryginalności – to na pewno, ale i umiejętnego połączenia komediowego szaleństwa z odpowiednią dozą ciepła i szczerości, pewnym ludzkim pierwiastkiem. Tego ostatniego jest w „Millerach” za mało, przez co zakończenie wydaje się nieco wymuszone i nieprzekonujące.

W tytułowe małżeństwo wcielają się Jason Sudeikis i Jennifer Aniston. Oboje spotkali się wcześniej na planie filmu „Szefowie wrogowie”, lecz tam grali drugie skrzypce. Tutaj cały ciężar spoczywa na ich barkach i całkiem nieźle im wychodzi udawanie przeciętnej amerykańskiej rodziny. Ona łączy seksapil z matczynym instynktem nie bojąc się jednocześnie rzucać przekleństwami na lewo i prawo. On ma trudniejsze zadanie, bo z tak poczciwą facjatą musi równie przekonująco grać kochającego ojca i męża (bułka z masłem), oraz zimnego drania, dla którego liczy się tylko kasa (z czym mam już problem). Duża w tym wina również scenarzystów, zwłaszcza w finale, gdy jego bohater co rusz zmienia zdanie, czy zostać ze swoją fałszywą rodziną, czy jak najszybciej dostarczyć towar.

„Millerów” otwiera przegląd amatorskich filmików na YouTube, które ogląda David. Większość poraża głupotą, tylko jeden rozczula (widok małego kotka rozkładającego łapki weźmie każdego), ale wszystkie śmieszą. Nie inaczej jest z samym filmem Thurbera – stanowi on zlepek zabawnych scen, w większości idiotycznych, uzupełnionych o te liryczne fragmenty, w których kryje się myśl przewodnia tej komedii. Millerowie mogą nie być prawdziwą rodziną, ale skoro tak dobrze wychodzi im oszukiwanie innych, to może w całym tym udawaniu kryje się coś szczerego. Ta piękna teza nie do końca wybrzmiewa w filmie, za to śmiechy na widowni usłyszeć można aż do ostatnich scen. 

Ostatnio dodane