Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie

Dużo "fucków", pieprznego humoru, fekalnych dowcipów i odniesień do popkultury.




Popkulturalne burrito




Robert Skowroński
29.05.2014


plakatWestern jako gatunek zaczyna wracać do łask po jego reinterpretacji w tarantinowskim „Django” (który był co prawda southernem). Zarówno tam, jak i w „Milionie sposobów, jak zginąć na Zachodzie”, jest to świat na opak, nie mający wiele wspólnego z dawnym przedstawieniem w kinie.

Historia przedstawiona w filmie to love story, jakie widzieliśmy już na ekranie dziesiątki razy. Scenariusz jest na tyle oklepany, że nim dobrze się rozkręci będziemy już w stanie odgadnąć jak potoczą się dalsze losy bohaterów. I tak oto Albert (Seth MacFarlane) jest nieudolnym hodowcą owiec uchodzącym za największą fajtłapę miasteczka, a może nawet całego Dzikiego Zachodu. Jest zakochany w Louise (Amanda Seyfried), która jednak go zostawia i odchodzi w ramiona bogatego hodującego nie owce, a bujne wąsy pod nosem, Foya – w tej roli Neil Patrick Harris znany jako Barney Stinson z serialu „Jak poznałem waszą matkę”. Zaczyna się ból i leczenie po porzuceniu. Nie trudno odgadnąć, że niedługo w życiu Alberta pojawi się nowa dziewczyna, że zakochają się w sobie, coś stanie im na drodze do szczęścia, ale to przezwyciężą i złączeni w pocałunku osiądą razem na farmie – coś co było pokazywane w kinie już na „milion sposobów”.

1

Jednak filmowa miłość nie była chyba nigdy przyprawiona tak dużą dawką pieprznego i chwilami ciężkostrawnego humoru – to komedia ostra jak meksykańskie burrito. Tego można się było spodziewać po reżyserze, a zarazem odtwórcy głównej roli, który wcześniej zrobił „Teda”, jak i był twórcą „Family Guy’a”, kreskówki, gdzie nie ma żadnego tabu i każdy temat nadaje się do wyśmiania. „Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie” wydaje się wręcz fabularnym wcieleniem serialu. Niektóre sceny swoją absurdalnością przywołują świat animacji.

Dialogi zdominowane są przez jeden środek ekspresji, zwany potocznie słowem „fuck” i wszelkimi jego odmianami. Jest jednak okrutnie zabawnie, zwłaszcza w scenach, w których autorzy cytują dzieła popkultury. Nie każdy musi wyłapać te smaczki, ale nie trzeba też być skrajnym kinofilem, aby wychwycić moment, w którym Foy na rzucone mu wyzwanie odpowiada „challenge accepted” czy przypomnienie krzykliwości stylu wypowiedzi Gilberta Gottfrieda, znanego z całej gamy podrzędnych komedyjek. Znajdziemy też odwołanie do „Powrotu do przyszłości”, a uzbrojony w rewolwer Jamie Foxx również wydaje się być czytelnym zapożyczeniem. To, co razi, to tylko kilka fekalnych dowcipów unoszących się w smrodzie puszczanych gazów. Humor na najniższym poziomie przeznaczony dla ludzi nieposiadających owego poziomu. Na szczęście wszystko to ginie w oceanie może małowybrednych gagów, ale za to prawdziwie ciętych.

A Million Ways to Die in the West

Obsada jest gwiazdorska, bo oprócz wymienionych sław, na ekranie pojawia się też urocza Charlize Theron jako nowa oblubienica głównego bohatera czy Liam Neeson, czyli ten, który stanie na drodze zakochanej parze, gdyż wciela się on w najgroźniejszego rewolwerowca okolic i nie tylko, Clincha. Wspomnieć należy jeszcze o Giovannim Ribisi w roli ułożonego prawiczka Edwarda, który jest najlepszym przyjacielem Alberta. Jest też Sarah Silverman jako prostytutka, która w życiu prywatnym jest porządną katoliczką i nie może sobie pozwolić na przedmałżeńskie współżycie. Angaż tej znanej amerykańskiej stand-uperki to strzał w dziesiątkę godny prawdziwego kowboja. Jak nie kochać jej dowcipów?

Historia opowiedziana w filmie jest na tyle uniwersalna, że można było ją obsadzić w jakimkolwiek świecie, niekoniecznie na Dzikim Zachodzie. Ten jednak jest ubrany w piękne zdjęcia zachodów słońca i jałowych pustkowi – moment na chwilę poezji i uroku w świecie, w którym wilki zabierają martwe ciała z ulic a pojedynek na śmierć i życie może zakończyć się publiczną defekacją.

Choć to westernowe love story jest oklepane bardziej niż zad konia od popędzania go przez jeźdźca, to jednak MacFarlane’owi i Theron udaje się stworzyć zyskującą sympatię ekranową parę. Taką rodem z bajek Disneya, tylko że władającą wulgarnym językiem. Na film warto się udać i pozwolić sobie na porządną dawkę niewyszukanego humoru. A żeby pójść na to do kina znajdzie się milion sposobów, nawet tutaj… bardziej na Wschodzie.

Robert Skowroński - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Świetny materiał zza kulis EDGE OF TOMORROW

Następny tekst

Fota dnia - David Lean wraz z Geraldine Chaplin i Julie Christie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE