nowości kinowe

MIDNIGHT SPECIAL. Kino SF bez grama fałszu

Piękna opowieść o rodzinnej miłości i niewytłumaczalnej niezwykłości, którą Nichols zamknął w formie laurki dla klasycznych dzieł gatunkowych, ale podpisał ją wyraźnie własnym nazwiskiem.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Superman phone home

Jeff Nichols (Shotgun Stories, Take Shelter, Uciekinier) jest dzisiaj jednym z najciekawszych twórców młodego pokolenia w amerykańskim kinie i z wyczuciem forsuje swoje kolejne niezwykle oryginalne pomysły. Dotychczas jednak spacerował po drogach kina niezależnego, a Midnight Special jest jego pierwszym flirtem z dużym studiem.

Najnowszy film Nicholsa to historia Roya Tomlina (Michael Shannon), który porwał swojego syna Altona (Jaeden Lieberher) z sekty religijnej, do której kiedyś sam należał, i był w całą sprawę tak bardzo zaangażowany, że w pewnym momencie wspólnie z żoną zdecydowali się na oddanie dziecka guru grupy. W ucieczce przed stróżami prawa oraz agentami sekty pomaga mu dawny znajomy (Joel Edgerton). Czemu to robią? Ponieważ dzieciak przejawia niewyjaśnione moce (destrukcyjne dla otoczenia i jego zdrowia), a także czuje wewnętrzną potrzebę dotarcia do pewnego nieokreślonego miejsca. Gotowy na wszystko ojciec postanawia pomóc mu za wszelką cenę. Czy małolat jest jakimś tajnym eksperymentem? Kosmitą? Mesjaszem? Tajemniczy punkt docelowy podróży ma przyczynić się do odpowiedzi na to pytanie.

Nichols ujawnia bardzo niewiele szczegółów fabularnych, ekspozycja jest sprowadzona do absolutnego minimum – widz podłącza się do akcji już w trakcie zaawansowanej ucieczki, a niezbędne niuanse poznajemy ukradkiem, gdyż nie one są tutaj najważniejsze. Pierwsze skrzypce grają w filmie relacje rodzinne i poczucie istnienia coraz bardziej gęstniejącej tajemnicy. Nichols, zapatrzony w filmy Spielberga – z Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia i E.T. na czele – kładzie narrację w lwiej części na barki obrazu. Po raz kolejny udowadnia, że ma niezwykłe wyczucie inscenizacyjne – nie ma tu wielu dialogów, a niektóre sceny to na przykład wyraźnie przeciągane momenty milczenia w samochodzie, podczas przemierzania skąpanych w nocy dróg na jakichś zapomnianych przez Boga odludziach. Ale to właśnie wtedy, poprzez grę ciałem postaci, drobne gesty, pulsujące w nich emocje, poznajemy ich silną więź. Zaczyna się dla nas liczyć sama podróż, a nie cel, co wymiernie podkreśla świetna ścieżka dźwiękowa Davida Wingo, upstrzona dźwiękami syntezatora w duchu Johna Carpentera (zresztą film jest zestawiany z jego Gwiezdnym przybyszem, gdyż mają sporo tożsamych rozwiązań).

Całość przypomina pozbawioną blockbusterowego zacięcia wersję wspomnianych wcześniej Bliskich spotkań trzeciego stopnia, gdzie powolne odkrywanie tajemnicy przez Richarda Dreyfussa stanowiło główną oś filmu, a sam finał (chociaż zjawiskowy), był jedynie ukoronowaniem świetnie budowanego napięcia i uczucia obcowania z fascynującymi zjawiskami. Nichols uderza w podobne tony, powolnie zmierza do nieuchronnego finału, ale z wyczuciem ujawnia kolejne elementy układanki. Chociaż jest to także pewna pułapka strukturalna, którą wielu widzów może uznać za wadę, gdyż po zakończeniu filmu wiemy o całej sprawie tak naprawdę tylko trochę więcej niż na początku.

Nichols wykazuje się tutaj niezwykłą konsekwencją, rozwijając po raz kolejny swoje fascynacje tematyczne.

Midnight Special podobnie jak inne jego filmy zahacza o sposoby funkcjonowania religii i wiary w dzisiejszym świecie, łącząc to z dialogiem na linii dzieciństwo–dojrzałość oraz motywem ojca. Reżyser nie unika odwołań do swoich mistrzów i kinofilskich fascynacji, ale cały czas pilnuje tego, aby na każdym dziele pozostawić swój wyraźny autorski odcisk. A wymiernie pomaga mu w tym ekipa świetnych aktorów – po raz kolejny jego założenia idealnie rozumie Michael Shannon (pojawił się we wszystkich filmach Nicholsa), jeden z najbardziej intrygujących aktorów współczesnego kina, którego wzrok mógłby obezwładnić małą armię. Czuć targające nim rodzicielskie emocje i całkowite zafiksowanie na pomocy dziecku. Dobrze, praktycznie przez cały seans, wspomaga go świetnie dobierający role Joel Edgerton, a Kirsten Dunst w końcu już chyba ostatecznie zerwała z łatką manic pixie dream girl (odświeżający pochód zaczęła z przytupem znakomitą rolą w Melancholii) – wygląda tu i zachowuje się jak dojrzała kobieta, na której twarzy widać odciśnięte lata funkcjonowania w kulcie religijnym. Podobną drogę aktorską szybko obrał Adam Driver, który postanowił na starcie zablokować gwiezdnowojenną szufladkę i po niezłym (chociaż dosyć marginalnym) występie w filmie Nicholsa zbiera teraz do worka kolejne nagrody za rolę w Patersonie Jarmuscha.

Oprócz tych rodzinnych akrobacji emocjonalnych i oszczędnej narracji, tożsamych z Nicholsem, po raz pierwszy autor w tak wyraźny sposób bawi się w gatunkową hybrydyzację, obudowując swoją opowieść konwencjonalnymi klockami. Główny szkielet to wspomniane już Kino Nowej Przygody w duchu Spielberga, pochwała niezwykłości i na poły baśniowego science fiction. Znajdziemy tutaj jednak także jawne zapożyczenia z kina superbohaterskiego, gdyż cała historia przypomina genezę Supermana – w komiksach jednak niezwykły dzieciak z supermocami spadał na Ziemię, a Alton zdaje się odbywać podróż w drugą stronę (w filmie czyta zresztą m.in. komiksy z tym bohaterem).

Świetne zdjęcia i przeciągane ujęcia, celebracja każdego gestu oraz reakcji bohaterów, a także rozległych krajobrazów i natury, to natomiast hołd dla kina Terrence’a Malicka – sam Nichols często powtarza w wywiadach, że Badlands jest jego ulubionym filmem, który zainspirował  go do eksperymentów reżyserskich. I trzeba przyznać, iż jest naprawdę pojętnym uczniem, który nie sunie na kolanach za wielkim nauczycielem, ale umiejętnie destyluje najistotniejsze w danym momencie elementy jego warsztatu, które mają wspomóc w pełni autorskie dzieło. Można też zauważyć, że serce reżysera musi mocniej bić do seriali eksploatujących SF w stylu Strefy mroku.

Midnight Special na pewno nie jest film dla wszystkich – ale w dzisiejszym kinie, zjadanym przez kolejne wysokobudżetowe prequele i sequele, stanowi zmuszające do myślenia novum w obrębie kina gatunków, przefiltrowane przez coraz wyraźniejszy i coraz mniej podrabialny styl reżysera. Momentami akcja zwalnia aż niemiłosiernie, cyzelowanie każdego ujęcia kilka razy przypomina już wizualne porno i może sprawiać wrażenie jakiegoś takiego zachłyśnięcia się artyzmem, a efekty specjalne są dosyć wyraźnie budżetowe, ale ja nie dostrzegam tutaj ani grama fałszu. Jestem jednak równocześnie przekonany, że z łatwością można się zniechęcić do tego filmu, ale na pewno nie warto go pomijać w seansowych planach. To piękna opowieść o rodzinnej miłości i niewytłumaczalnej niezwykłości, którą Nichols zamknął w formie laurki dla klasycznych dzieł gatunkowych, ale podpisał ją wyraźnie własnym nazwiskiem.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane