nowości kinowe

Metro

Przyzwoity film katastroficzny

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

metro-2013_20131213145407Autorem recenzji jest Łukasz Hałajda.

Rosyjskim twórcom „Metra” już na wstępie należą się pochwały – za dobre chęci i odwagę. Niełatwo bowiem mierzyć się z kinem katastroficznym „po Amerykanach”. Jankesi w swoich filmach poddawali globalnej rozpierdusze już chyba wszystko, włącznie z… całym światem („2012”). Ściganie się z nimi w rozmiarze demolki nie miało większego sensu – dlatego ta w „Metrze” zamknięta jest szczelnie, w ciasnych podmoskiewskich tunelach. Co najistotniejsze – z nienajgorszym dla kinomaniaków skutkiem.

Prawda to, iż amerykańskiego rozmachu wizualnego z takim budżetem (13 milionów dolarów) osiągnąć się po prostu nie dało. Co innego z warstwą fabularną – tę można przecież przenieść na własny grunt bezpłatnie. I Rosjanie próbowali – historia koncentruje się na poczynaniach sześciu w teorii barwnych bohaterów (plus małe dziecko i pies), których pechowy los umieścił w jednym z wagonów moskiewskiego metra. Gdy dochodzi do katastrofy – do tunelu wskutek pęknięć dostaje się woda – gromadka zostaje zmuszona do wspólnego działania, by odnaleźć wyjście z zalewanego z każdą chwilą coraz bardziej podziemia.

381292.1

Niestety, po samej kulminacyjnej scenie katastrofy napięcie w filmie Antona Megerdicheva wyraźnie siada, do czego walnie przyczynia się wspomniana wcześniej szóstka. Wśród jej członków na plus wyróżniają się jedynie Andriej – z pozoru stateczny chirurg – i Konstantinov, kipiący od testosteronu biznesmenem. Obaj panowie „na powierzchni” rywalizują o względy tej samej kobiety – żony tego pierwszego, w wolnym czasie nie stroniącej od zbliżeń z tym drugim – co bynajmniej nie ułatwia im współpracy, nawet biorąc pod uwagę wyjątkowe okoliczności. U pozostałej czwórki podobnej chemii próżno szukać.

Choć w teorii jest ciekawie – mamy tu i byłą sportsmenkę po przejściach, zakochaną młodą parę (schemat z lekiem na astmę, po który trzeba będzie zanurkować? Obecny!), i kogoś w rodzaju rozgadanego, nierozgarniętego fajtłapy – to wypowiadane przez bohaterów słowa bardzo często w rażący sposób nie współgrają z przedstawioną na ekranie sytuacją. Narracja podczas seansu wciąż miota się między żartobliwym tonem charakterystycznym dla dzieł Rolanda Emmericha, a niespodziewanymi zwrotami w kierunku tonu wręcz arcypoważnego. Na podobne rozstrojenie cierpi też ścieżka dźwiękowa, niekoniecznie dostosowująca się natężeniem do przebiegu akcji. Rezultat – całkowite wypranie „Metra” z klimatu, a także, co chyba jeszcze gorsze, z jakiegokolwiek napięcia wynikającego z troski o los ludzi przewijających się na ekranie.

381294_1.1

Tego rodzaju filmy ogląda się jednak przede wszystkim dla doznań wizualnych, i tutaj nasi wschodni sąsiedzi stanęli na wysokości zadania. Scena katastrofy pociągu wygląda rewelacyjnie, głównie za sprawą jej brutalnej dosłowności . W zderzeniu z żywiołem ciała pasażerów wewnątrz składu są zupełnie bezradne, w pełni poddając się prawom fizyki. Dzięki sprawnie zaimplementowanemu zwolnieniu czasu widz ma czas docenić każdy szczegół, o który zadbali fachowcy od niekoniecznie najdroższych, acz sprawiających bardzo pozytywne wrażenie efektów specjalnych. W powietrzu unosi się potłuczone szkło, cuda wyczynia elektryczność, nie wytrzymują kości, zaś cały spektakl wieńczy ponury obrazek setek splecionych ze sobą unieruchomionych ludzkich kończyn.

Co ciekawe, dynamiczny montaż – trochę w rodzaju śp. Tony’ego Scotta – jest stosowany także poza scenami rozgrywającymi się w podziemiach, co wzmaga wrażenie „amerykańskości”, i uprzyjemnia oglądanie zdjęć przedstawiających obrazy pozornie błahe i doskonale znane z życia codziennego , np. ruch uliczny. Pozytywnym zaskoczeniem jest także fakt, iż sama technika kręcenia nie ma wiele wspólnego z tym, co widzimy w kadrze, tzn. ujęcia nie prezentują realiów w stu procentach podpatrzonych za oceanem. Wręcz przeciwnie – znalazło się tu miejsce dla autoironii, a nawet bliskiej wschodnioeuropejskiej kulturze „przaśności”, bijącej z wnętrz niektórych pomieszczeń, ubrań, czy nawet postaw ludzkich.

„Metro” to przyzwoity film katastroficzny, który bardzo dobrze się ogląda, i zdecydowanie gorzej słucha. Z pewnością jest to ciekawostka, pokazująca, iż w tym segmencie Amerykanie wcale nie muszą cieszyć się niezmąconą hegemonią. Umiarkowanie polecam.

Ostatnio dodane