METALLICA: Through the Never - Świetny koncert, słaby film | FILM.ORG.PL

METALLICA: Through the Never

„Metallica: Through the Never” powinna działać jak intro do „Enter Sandman” – elektryzować, wciągać do innego świata, zmuszać do nieświadomego wybijania rytmu nogą. Tak się jednak nie dzieje.




Świetny koncert, słaby film




Grzegorz Fortuna
09.10.2013


7567275.3Przed kamerą: jeden z największych zespołów świata i jeden z najciekawszych aktorów młodego pokolenia; za kamerą: europejski reżyser Nimród Antal, który dziesięć lat temu zaskoczył wszystkich niezwykłym debiutem („Kontrolerzy”) i dostał bilet do Hollywood. Biorąc pod uwagę ilość zgromadzonych na planie talentów, „Metallica: Through the Never” powinna działać jak intro do „Enter Sandman” – elektryzować, wciągać do innego świata, zmuszać do nieświadomego wybijania rytmu nogą. Tak się jednak nie dzieje.

Na papierze „Metallica…” wygląda ciekawie, a w każdym razie nowatorsko – to połączenie koncertu z filmem fabularnym, w dodatku thrillerem i do tego surrealistycznym. Zaczyna się od sceny, w której chłopiec na posyłki o pseudonimie Trip (Dane DeHaan) przyjeżdża do hali sportowej tuż przed rozpoczęciem show. W jednym długim ujęciu reżyser Nimród Antal pokazuje widzom, co się dzieje na backstage’u – techniczni biegają i noszą sprzęt, ustalając jednocześnie szczegóły, w małej salce obok Robert Trujillo katuje gitarę elektryczną, wszędzie walają się kable. W końcu przenosimy się do hali, z głośników dobiega „Ecstasy of Gold” Ennia Morriconego, członkowie zespołu wychodzą na scenę i zaczyna się koncert. Trip nie ma jednak czasu, żeby się nim nacieszyć – po chwili zostaje wysłany przez organizatorów po tajemniczą przesyłkę, łyka kolorową pigułkę i wyjeżdża na ulice opustoszałego miasta. Wtedy też jasnym staje się, dlaczego bohater DeHaana ma taką a nie inną ksywkę.

Wydawałoby się, że dla Nimroda Antala to konwencja wręcz idealna. Jego pełnometrażowy debiut, nakręcony w całości w podziemiach budapesztańskiego metra gatunkowy miks „Kontrolerzy”, wyglądał w wielu aspektach podobnie – w centrum stał samotny bohater, tło stanowiły ciekawie zaaranżowane, w wielu przypadkach opustoszałe scenografie, realne mieszało się z nierealnym, a reżyser zmieniał gatunki z zaskakującą wprawą. Kiedy w „Metallice…” Trip wyjeżdża swoją furgonetką na puste ulice, można odnieść wrażenie, że Antal chce przywołać tamtą poetykę.

Niewiele to jednak daje. Półtoragodzinna „Metallica…” składa się z mniej więcej godziny nagrań, zarejestrowanych podczas trasy koncertowej w 2012 roku, i trzydziestu minut fabuły albo raczej wizualnej impresji, w której główne skrzypce gra bohater DeHaana. Koncert jest znakomity i naprawdę imponujący, nie tylko pod względem muzycznym, ale też wizualnym. Specjaliści od efektów scenicznych wyczarowali cuda, które robią ogromne wrażenie: w pewnym momencie z podłogi areny wyrasta cmentarz białych krzyży znany z okładki „Master of Puppets”, w innym z sufitu zjeżdża wielkie krzesło elektryczne, jeszcze w innym technicy budują na scenie statuę, która zostaje chwilę później zburzona. Łatwo sobie wyobrazić, że uczestnictwo w takim show musiało być niezwykłym przeżyciem nie tylko dla fanów zespołu. Problem pojawia się, gdy Antal stara się złączyć ten materiał z wymyśloną przez siebie i członków zespołu fabułą. Historia Tripa, który ma… tripa wygląda tak, jakby autorzy scenariusza także wspierali się jakimiś nielegalnymi środkami. Poszczególne scenki nie łączą się w żadną konkretną całość, a kolejne upiorne pomysły Antal przetyka sporą ilością popkulturowych odniesień, które też zresztą donikąd nie prowadzą. Raz bohater trafia na uliczne zamieszki, innym razem musi stawić czoła upiornemu facetowi na koniu, który wygląda jak połączenie jeźdźca apokalipsy z batmanowskim Bane’em, w innej scenie dociera do wspomnianej wyżej przesyłki z nieznaną widzowi zawartością.

Trudno potraktować te wstawki jako fabułę. Co gorsza – trudno potraktować je jako cokolwiek, co odgrywałoby w „Metallice…” choćby najmniejszą rolę. Pół biedy, że poszczególne sceny rzadko łączą się z odgrywaną przez zespół w danym momencie piosenką na płaszczyźnie tekstowej czy fabularnej. Gorzej, że sceny nie łączą się z kawałkami także na płaszczyźnie emocjonalnej – zazwyczaj nie są ich ilustracją, nie stanowią też dla nich kontrapunktu. To świetna muzyka, ale słaby soundtrack dla tego konkretnego filmu. Trudno się przez to w „Metallikę…” naprawdę wczuć.

431239.1

Trudno też zrozumieć, po co film w ogóle powstał. Standardowa odpowiedź – „dla kasy” – wydaje się nietrafiona, bo produkcja „Metalliki…” pochłonęła 18 milionów dolarów, a produkcja Antala słabo radzi sobie w box offisie, co było do przewidzenia, biorąc pod uwagę, że to tytuł skierowany przede wszystkim do miłośników zespołu. I o ile czerpałem sporo przyjemności z oglądania i słuchania wyczynów Hetfielda i reszty, o tyle cała część fabularyzowana wydawała się zwyczajnie niepotrzebna. To bardzo dobry koncert, ale słabe kino.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Kazik

    Ennia Morriconego,?????????????????????

    To jest jakiś żart? Napisz mi w którym miejscu ta odmiana jest poprawna:) Będziecie teraz wszyscy ustalać jakąś idiotyczną nowomowę?

    • Małgorzata Groth

      Członkowie Rady Języka Polskiego z całą pewnością mają ogromne poczucie humoru, ale raczej nie żartują, kiedy ustalają zasady odmiany wyrazów, które wyłożone są dokładnie w „Słowniku ortograficznym” – jawnym i ogólnodostępnym tomisku, wyjaśniającym takie właśnie zawiłości jak odmiana nazwisk. Wystarczyło, żebyś do niego zajrzał (choćby tutaj: http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629631 – nie trzeba nawet ruszać się sprzed monitora!), a nie błaźniłbyś się tak beznadziejnie, ale niestety słowniki ostatnio nie są modne, nikogo, biedaki, nie obchodzą. A szkoda!

      Gdyby zalinkowane powyżej zasady były zbyt trudne, tutaj mamy wszystko powiedziane wprost:
      „Ennio [ wym. Eńjo] m I, DB. Ennia, C. Enniowi (nie: Enniu), N. Enniem (nie: Ennią), Ms. Enniu (nie: Enni).”
      „Morricone [wym. MorriKOne] m odm. jak przym., DB. Morroconego, C. Morriconemu, NMs. Morriconem, z odmienionym imieniem lub innym wyrazem dopuszczalne ndm: Muzyka Morriconego, dopuszczalne: Ennia Morricone.”
      Wielki słownik poprawnej polszczyzny PWN, pod red. A. Markowskiego, Warszawa 2012, s. 243 i 559.

      (Z czystej polonistycznej ciekawości muszę zapytać (już bez tego złośliwego tonu): jaką odmianę uważałeś za poprawną? :))

  • Kazik

    Sama się błaźnisz. Ennio Morricone to nie jest nazwisko polskie i jest zwyczajnie nieodmienne. Więc zepsuta polonistko nie wyjeżdżaj mi tutaj ze słownikiem, bo ten zawiera jedynie usilną alternatywę wobec nazwisk obcobrzmiących a nie ich wystudiowaną normę, więc czasem ściśnij poślady i się nie napinaj. kk
    m. oo

    • Jokullus

      „Zepsuta polonistko”..? Po co to? Nie umiesz normalnie napisać odpowiedzi na post, bez używania żadnych obraźliwych epitetów albo sformułowań „nie wiem kim trzeba być, aby…”?

      • Kazik

        Jokullus a czemu nie zapytasz o to samo tej miłej pani? Bo masz zdanie podobne do niej? Jej wolno? A ja skoro się nie zgadzam, muszę mieć się na baczności?

        • Jokullus

          1) Nie mam zdania podobnego do Pani Groth, nie czuję się żadnym ekspertem w sprawach językowych, zostawiam to osobą bardziej wykształconym pod tym względem ode mnie.
          2) Zwracam się z tym do Ciebie, ponieważ to Ty jesteś etatowym poprawiaczem „błędów” (Twoim zdaniem) popełnianych przez redakcję, a kiedy w końcu ktoś zwraca się do Ciebie z fachowym wytłumaczeniem odmiany, to sprowadzasz rozmowę do „wyjeżdżania z… zepsuciem… ściskania pośladów” – bo dostrzegłeś złośliwość w wiadomości do Ciebie. Pytam więc: po co? To pomoże w dyskusji o odmianie? Czy po prostu lepiej w ten sposób się przelewa myśli na papier/forum?
          3) „Mieć się na baczności?” – czemu na baczności? W sensie, że ktoś Cię napiętnuje za posiadanie odmiennego zdania?

  • Kazik

    Z czystej polonistycznej ciekawości odpowiadam ci, że za poprawną formę uważam: „muzyka Ennio Morricone” , względnie Enniego Morricone jak słusznie napisałaś, że dokładnie te formy są dopuszczalne. Zaś powiedzenie muzyka Ennia Morriconego uważam za pretensjonalny bełkot. I możesz mi nawet szafować słownikiem Wincentego Kadłubka

    • Małgorzata Groth

      Z takim absolutnym betonem, a nawet nie betonem (betony zwykle lubią zasady, a więc i słowniki), tylko tak rozbrajającą… powiedzmy: postawą – nie będę się kłócić. Co tam autorytety, co tam jakiś Markowski, Bańko, Miodek, Ty wiesz najlepiej, odebrałeś zapewne staranne wykształcenie filologiczne albo więcej! – posiadasz oszałamiającą samowiedzę polonistyczną, toteż Twoje wyroki są ostateczne i niepodważalne.

      To w sumie dość przykre, że ktoś, kto zwraca uwagę na poprawność językową (to niestety nieczęste w tych czasach), jest na nią tak zamknięty…

      Cóż, pozostaje mi powiedzieć tylko jedno: mam hejtera, jak fajnie! <3

      (Znów ciekawość polonisty: czy w takim razie oglądasz filmy Stanley Kubrick, z muzyką Hans Zimmer albo z Brad Pitt w roli głównej? To przecież nazwiska obce.)

      • Mefisto

        Ja też jestem za tym, że nie należy odmieniać Ennia. Może i słownik ma swoje zasady, ale jest to jednak specyficzne nazwisko, zakończone, że tak powiem, idealnym „e”, po którym nic nie trzeba dodawać. Ale to nie pierwszy i nie ostatni raz mowa polska jest dla mnie kuriozalna w tej kwestii – dodawanie a, apostrofy – proszę bardzo (choć jak widzę takie „Wielkim Gatsby’m” to mnie krew zalewa – to akurat mało poprawnie, ale się stosuje). Z wszelkimi spolszczeniami won ode mnie natomiast :)

        • Małgorzata Groth

          Mefisto, wszyscy pamiętają, że nie znosisz spolszczeń, naprawdę, w s z y s c y pamiętają.
          (Forma Gatsby’m za to nie jest mało poprawna, a zupełnie niepoprawna ;))

          • Mefisto

            Ale jakby ktoś nie pamiętał, to przypominam ;)
            Może i niepoprawna, ale spotykana – podobnie jak w co drugim tekście apostrofy, nawet tam, gdzie nie trzeba, a które są oczywiście wynikiem TADAM wymuszanych spolszczeń. Gdyby nazwiska zagraniczne zostawić w świętym spokoju, to nie byłoby żadnego problemu. Ale nieeee, Polacy nie gęsi, tak? :P

      • Walery Wiśniewski

        Czekam na gole Cristiana Ronalda!

  • Kazik

    Jokullus nie zainterweniujesz? Napisała o mnie „beton”. Po co to? Przecież na pewno umie się inaczej wysławiać.

    Co do twojego pytania, to pośrednio na nie odpowiedziałem. Forma „Ennio Morricone” czy „Enniego Morricone” jest jak najbardziej ok. Tak naprawdę poruszyło mnie jedynie kaleczenie jego nazwiska. „Morriconego” Chryste, jak to brzmi??? Tobie się podoba? Tak szczerze?

    I nie strasz mnie Miodkiem i innymi bo jak najbardziej jestem świadom ich autorytetu tudzież doceniam ich dokonania na polu krzewienia poprawnej polszczyzny. Szło mi jedynie o kontekst podanych tych właśnie odmian. Jak pisałem. Są to formy dla opornych, którzy na chama muszą wszystko spolszczyć, no więc od biedy istnieją potworki w rodzaju Morriconego czy innego diabła.

    I teraz wybierz się do jakiego chcesz empiku, albo odwiedź najlepiej wszystkie sklepy muzyczne w Warszawie. Podejdź do sprzedawcy i powiedz, że chciałabyś dostać płytę Enniego Moriconego. Jeżeli choć jeden sprzedawca nie spojrzy na ciebie jak na idiotkę, na tych samych łamach złożę przeprosiny i każdemu z osobna,

    • Deina

      Mnie osobiście odmiana nazwiska Morricone nie brzmi, zgrzyta mi w oczach i jej nie stosuję. Jest jednak faktem, że słownik języka polskiego zawiera jasne wytyczne co do odmiany nazwisk włoskich zakończonych na „e”. Można się z tym zgadzać albo nie, ale trudno oskarżać o bełkot i nowomowę kogoś, kto się do tych zasad stosuje. Nie popełnia bowiem błędu – co najwyżej nie wpasowuje się w Twoje konkretne poczucie estetyki.

    • Małgorzata Groth

      Ennia, nie Enniego, Morricone, jeśli już ;) I owszem, ta forma jest poprawna i nie dziwię się osobom, które ją wolą, bo i mnie kiedyś nie brzmiała, ale tak się składa, że Grzegorz Fortuna siedzi we włoskim kinie, a ja siedzę razem z nim i zdążyłam osłuchać się z odmienionymi włoskimi nazwiskami, jest to więc jedynie kwestia przyzwyczajenia. Pytałeś zresztą o to, czy ta forma jest poprawna, a nie o to, czy dobrze brzmi.

      Nie widzę też nic złego w spolszczaniu, a na pewno nie w dostosowywaniu obcych słów do rodzimej odmiany. Co w tym „chamskiego”? Odmieniamy rzeczowniki, więc odmieniajmy wszystkie, które się da.

  • Kazik

    Aha, i nie zamierzam więcej nikogo poprawiać. Żaden to dla mnie etat i wypraszam sobie sprowadzanie mojej obecności na tymże forum do tego typu działalności. Piszcie sobie jak tylko chcecie. Mi akurat żadnej krzywdy tym nie robicie.

  • Jarek

    bzdury, kolego, bzdury piszesz

  • Kazik

    Skoro tak siedzicie we włoskim kinie, to pozdrawiam was po włosku. Ciao.

  • Terror

    jaka spina w czekoladzie o „Ennia Morriconego”…brakuje jeszcze nawałnicy komentarzy o KNP

  • Tomasz Szcześniak

    Heh. A ja cały czas myślałem, że Robert gra na gitarze basowej ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #84 - Zack Snyder i Gerald Butler

Następny tekst

"Odrzuca mnie myśl o cenzurowaniu się". Wywiad z Mikiem Stoklasą z Red Letter Media



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE