nowości kinowe

Martwe zło

To, co w pewnym momencie zaczyna się dziać na ekranie, przerasta najśmielsze oczekiwania – druga połowa filmu to właściwie jeden wielki horrorowy rollercoaster, w którego sercu bije ta sama energia, która trzy dekady temu napędzała klasyk Raimiego.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Dom w głębi lasu

Oryginalne „Martwe zło” to horror co najmniej szczególny. Pełnometrażowy debiut 22-letniego (!) wówczas Sama Raimiego był nie tylko jedną z najbrutalniejszych i najbardziej szalonych produkcji swoich czasów, ale też idealnym dowodem na to, że talent i upór są o wiele ważniejsze od pieniędzy. Przystępując do realizacji filmu, Raimi dysponował śmiesznie niskim budżetem, kilkoma kamerami i grupką znajomych – nie miał ani doświadczenia, ani wsparcia profesjonalnego studia. Pomimo to, udało mu się przenieść na ekran wizję, która na zawsze miała zawładnąć wyobraźnią miłośników gatunku. „Martwe zło” techniczne niedoróbki nadrabiało bowiem niespotykaną wcześniej w horrorze energią – kamera Raimiego szalała wokół bohaterów i pędziła nad leśną ściółką, imitując ataki tytułowego zła, groteskowy rechot opętanych przez demona postaci przeszywał widzów, a atmosfera sennego koszmaru gęstniała w każdej kolejnej scenie. Sugestywność filmu Raimiego zmusiła do oklasków samego Stephena Kinga (który od tej pory jest wielkim fanem serii), a widzowie pokochali Bruce’a Campbella, wcielającego się w rolę najbardziej wytrwałego z bohaterów, Asha.

I choć „Martwe zło” rozrosło się od tej pory do rozmiarów pokaźnej franczyzy (oprócz dwóch sequeli powstały także niezliczone komiksy, gry komputerowe i gadżety), to jednak idea kręcenia nowej wersji – choć planowano ją od bardzo dawna – zupełnie mi nie odpowiadała. Amerykański horror mainstreamowy co najmniej od kilkunastu lat zdycha powolną śmiercią – może nie pod względem finansowym, bo kolejne remaki dawnych hitów sprzedają się nieźle, ale na pewno pod względem jakościowym. Amerykanie obrali po prostu drogę na skróty – zamiast realizować nowe pomysły, ryzykować i zaskakiwać (co kiedyś z powodzeniem czynili) na potęgę kręcą gnioty z gatunku found footage i odarte z siły pierwowzorów remaki. Dlatego też trudno było oczekiwać, że nowe „Martwe zło” – pozbawione Asha i spółki, reżyserowane przez anonimowego debiutanta – się z tej tendencji wyłamie. A jednak.

Urugwajski reżyser Fede Alvarez, pracując pod czujnym okiem Raimiego, Campbella i producenta oryginału – Roba Taperta, nakręcił horror, który można by pokazywać w szkołach filmowych jako przykład idealnego remake’u. Alvarez znalazł złoty środek między horrorem na poważnie a hołdem dla pierwowzoru – choć w filmie znalazła się cała masa nawiązań do trylogii Raimiego (dość powiedzieć, że motyw utraty ręki pojawia się aż dwa razy, w lesie stoi pamiętny samochód Asha, jedna z bohaterek ucieka przed demonem między ścianami, a lubieżne pnącza zostają przez reżysera wykorzystane nawet lepiej niż w oryginale), to jednak nie są to elementy, które wybijałyby widza z klimatu, bo zostały solidnie zakorzenione w fabule. Tę z kolei twórcy remake’u zmodyfikowali w sposób całkiem ciekawy – podczas gdy Ash i jego znajomi przyjeżdżali do wynajętego domku po to, żeby się zabawić, bohaterowie nowej wersji spotykają się w chatce należącej do rodziców dwójki z nich, a cały pobyt w odciętym od świata miejscu jest tak naprawdę odwykiem, jaki znajomi fundują narkomance Mii.

Wątek detoksu nie tylko pozwala widzowi sympatyzować z dość schematycznymi postaciami, inteligentnie tłumaczy też zachowanie bohaterów w momencie, w którym ciało Mii zostaje przejęte przed demona – jej przyjaciele początkowo biorą opętanie za silny efekt uboczny odstawienia dragów, a więc, zamiast panikować, próbują pomóc dziewczynie wytrwać w postanowieniu. Sytuacja zmienia się oczywiście w chwili, gdy Mia zaczyna mówić nieludzkim głosem i okaleczać siebie i innych. Wtedy też „Martwe zło” funduje oglądającemu ogromną woltę.

Choć reżyser rezygnuje z atmosfery snu i prowadzi fabułę w klasyczny sposób, w chwili zawiązania akcji przypomina widzom, że mają do czynienia z prawdziwym „Martwym złem”. To, co w pewnym momencie zaczyna się dziać na ekranie, przerasta najśmielsze oczekiwania – druga połowa filmu to właściwie jeden wielki horrorowy rollercoaster, w którego sercu bije ta sama energia, która trzy dekady temu napędzała klasyk Raimiego. Fede Alvarez najlepiej czuje się w scenach krwawej łaźni, na co najlepszym dowodem jest ostatnie czterdzieści minut jego filmu. Bohaterowie przechodzą chyba wszystkie znane fanom gatunku stadia umęczenia: demon przejmuje ich ciała z zaskakującą łatwością i zmusza widzów do oglądania istnego festiwalu obrzydliwości. Płaty skóry odpadają od mięsa, kończyny są ucinane i odstrzeliwane, w ruch idą piły łańcuchowe, gwoździarki i elektryczne noże do mięsa. Dawno nie było w głównym nurcie filmu grozy tak niewyobrażalnie brutalnego, krwawego i ohydnego.

Wszystko to oprawione zostało w mistrzowski sposób. Rewelacyjnie skomponowana muzyka podkręca emocje, a poziom realizacji ze sceny na scenę zaskakuje coraz bardziej. Fede Alvarez wyznał, że nienawidzi CGI, dlatego każda amputacja i deformacja została wykonana za pomocą charakteryzacji, montażu i tricków wizualnych. „Martwe zło” staje się dzięki temu także bardzo sugestywnym argumentem na rzecz wyższość efektów praktycznych nad komputerowymi – zapewniam, że takiego realizmu w scenach doprowadzonej do granicy szaleństwa przemocy nie widzieliście w kinie od dawna. Na seansie, na którym byłem, dosłownie czuło się, jak ludzie coraz głębiej wbijają się w fotele. A trudno o lepszą rekomendację dla tego typu kina.

Nowe „Martwe zło” jest bowiem dla współczesnego horroru tym, czym „Dredd” był dla współczesnego kina akcji – głośnym i stanowczym przypomnieniem, że nawet w epoce, w której mainstreamowi twórcy prześcigają się w puszczaniu oka do widzów i nabijaniu się z konwencji, można nakręcić ekscytujący film gatunkowy na serio, bez popadania w autoparodię. Alvareza nie obchodzi, że model horroru, który realizuje, został rok temu bezlitośnie obśmiany w „Domu w głębi lasu”. Kręci na poważnie, dbając o emocje, odnosząc się do klasyków i inteligentnie przystosowując ich formułę do wymagań dzisiejszego kina. Tak, jak w wypadku „Dredda”, osiąga sukces dzięki odważnemu podejściu i traktowaniu spuścizny gatunkowej z odpowiednim szacunkiem. I tak, jak w wypadku „Dredda”, po seansie ma się ochotę wyjść z sali, podejść do kasy i od razu zamówić bilet na kolejny seans.

 

PS. Zostańcie na sali do końca napisów. Czeka Was miła niespodzianka.

Ostatnio dodane