nowości kinowe

Marie Curie (CAMERIMAGE 2016)

Pozytywnie zaskakująca i zgrabna biografia.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Rad z Pologne

Marie Skłodowskiej-Curie przedstawiać nikomu nie trzeba. Dwukrotna noblistka jest nie tyle jedną z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie Polek, co jednym z największych naukowców swoich czasów. Aż dziw bierze, że kino tak rzadko sięga po jej historię. Już co prawda w latach czterdziestych XX wieku Mervyn LeRoy nakręcił nominowane do aż siedmiu statuetek Oscara Madame Curie (nad Wisłą znane jako… Curie-Skłodowska). Lecz od tamtego momentu jedynymi wartymi wzmianki przykładami były dwie mini-serie telewizyjne – polsko-francuska Maria Curie z 1991 roku oraz brytyjska z lat siedemdziesiątych – o dokładnie tym samym tytule, co najnowszy film Marie Noelle, w którym to w ślady, odpowiednio, Greer Garson, Marie-Christine Barrault i Jane Lapotaire z powodzeniem podąża Karolina Gruszka.

marie_curie

Marie Curie – tudzież Maria Skłodowska-Curie według rodzimego tłumaczenia lub Marie Curie and the Blue Line jak głoszą napisy angielskie – to ponownie koprodukcja, tym razem Polaków z Francuzami oraz Niemcami. Na ekranie dojrzeć można zatem zarówno Charlesa Berlinga w roli Pierre’a Curie, jak i weteranów rodzimej kinematografii na drugim planie (Izabela Kuna, Daniel Olbrychski, Jan Frycz). Niestety, większość z tych znakomitych nazwisk zatrudnionych zostało na pokaz. Pojawiają się głównie w epizodach, wymawiają dwa, trzy zdania i znikają, często w ogóle nie mając wpływu na fabułę. A i ta bywa sinusoidą. Scenariusz zalicza lepsze i gorsze momenty, dającą się odczuć skrótowość wydarzeń oraz – co było nieuniknione – porzuca, tnie bądź upraszcza jedne wątki na rzecz innych. Szczęśliwie zarówno reżyserka, jak i popularny, lubiany owoc trzymają to wszystko w ryzach swoją naturalną prezencją.

Ten film Gruszką stoi.

Urocza pani Karolina gra tutaj bodaj rolę życia – wciąż młodego co prawda, pełnego wielu możliwości – będąc Curie-Skłodowską (bądź Skłodowską-Curie) na miarę naszych czasów. I nie jest to bynajmniej zarzut w stronę sympatycznej aktorki. W tej kreacji jest sporo pasji oraz szczerości, z których tworzy się obraz kobiety zarówno silnej, niecodziennej, lecz jednocześnie przytłoczonej, delikatnej, popełniającej błędy. Maria w filmie Marie stoi na rozstaju dróg po tym, jak nieoczekiwanie ginie jej mąż, a wraz z nim wszelakie przywileje od płci brzydkiej. Wpisuje się zatem Marie Curie w popularną modę na feminizm w kinie, lecz czyni to niejako przy okazji, nienachalnie, w czym z pewnością pomaga historyczny kontekst.

marie_curie3

Choć ten – co już minusem jest, przynajmniej po części – traktuje się tu nieco po macoszemu. Reżyserkę o wiele bardziej interesuje życie osobiste Skłodowskiej, jej miłość do Pierre’a, a następnie romans z Paulem Langevinem. Kolejne Noble, odkrycia i wszelakie przeprawy z pełnymi mężczyzn naukowymi stowarzyszeniami są tu jedynie tłem dla problemów ówczesnej kobiety – acz tłem solidnym i odpowiednio napędzającym akcję. Można jednak narzekać na brak zagłębienia się w mniej lub bardziej znane fakty i szczegóły ważnych dla nauki dokonań, co sprawiłoby, że produkcja ta fabularnie wyszłaby poza typowe bio w wersji instant i z dodatkiem miłości w tle.

W swym obecnym kształcie scenariusz niewiele różni się wszak od niedawnej ekranizacji życia innej francuskiej ikony – Coco Chanel. Z tą różnicą, że Skłodowska w wykonaniu Gruszki wydaje się być pociągnięta grubszą, pełniejszą życia kreską. Jest mniej obojętna widzowi, nie tak posągowa, niewzruszona i tajemnicza jak bohaterka Audrey Tautou. Wierzymy jej, śmiejemy się i smucimy razem z nią, w końcu też kibicujemy w najgorszych chwilach prawdy oraz wtedy, gdy błądzi. A to już coś.

Jest jednak i drugi element, który podnosi jakość całego projektu i znacząco wpływa na jego pozytywny odbiór.

Co nie powinno dziwić w kontekście danego festiwalu, na którym film walczy w konkursie głównym, są to zdjęcia. Dalekie od codziennej sztampy polskiego kina i pławiących się w statycznych, nijakich kadrach rodzimych twórców. Ujęcia zbudowane przez Michała Englerta są piękne, ale nie przeszarżowane. Pomysłowe i dalekie od przeciętności i zarazem stroniące od nadmiernego artyzmu. I, co ważniejsze, niezwykle żywe, lotne, wręcz płynące. W obrazie zawsze coś się dzieje, dokądś zmierza, coś sobą przekazuje bądź delikatnie podkreśla intymną naturę filmu oraz naturalne piękno tytułowej bohaterki. Zdjęcia są ciekawe, niekiedy efektowne, zawsze natomiast efektywne i niebanalne.

marie_curie2

Wespół z perfekcyjnym montażem bez problemu skupiają na sobie uwagę widza, wciągając go do tej opowieści z zamierzchłych czasów i sprawiając, że wydaje się tak bardzo bliska, namacalna. A całość zdecydowanie lepsza, niż na papierze – choć przecież ani dialogom, ani poszczególnym scenom trudno zarzucić jakieś poważne mankamenty. Tym większa wydaje się klasa wizualnej strony przedsięwzięcia, gdyż ta nie wychodząc przed szereg jest swoistą wisienką na torcie, cichym bohaterem tego dzieła.

Ostatecznie o arcydziele nie ma mowy. Za dużo w filmie jednak banału i schematyczności, za mało odkryć godnych słynnej noblistki. Brak mistrzowskiego dotyku rekompensuje jednak solidna chemia między aktorami, odrobina magii w tych najbardziej potrzebnych chwilach oraz konsekwentny i nienużący rytm opowieści. To po prostu dobre, solidne kino na światowym poziomie, którym śmiało można się chwalić. To film, który w ładny sposób przypomina współczesnym pokoleniom o Skłodowskiej, a dla Gruszki stanowić może przełom w karierze. Czego obu paniom gorąco życzę.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane