nowości kinowe

MANIFESTO. Pięćdziesiąt twarzy Cate Blanchett

Komentujące współczesny dyskurs dotyczący sztuki Manifesto powinno było pozostać instalacją artystyczną. Coś, co sprawdza się jako performance niekoniecznie musi przekładać się na język filmu.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Manifesto to w rzeczywistości zbiór trzynastu kilkuminutowych segmentów, które pierwotnie wyświetlane były jednocześnie na trzynastu ekranach umieszczonych w jednej sali. Instalacja artystyczna Juliana Rosefeldta to wymagające doświadczenie, jako że wymaga ono niemożliwej do osiągnięcia podzielności uwagi. W efekcie niezbędne staje się „przeskakiwanie” od segmentu do segmentu, próbując wyłapać słowa oraz znaczenie przedstawianych manifestów. W interesujący sposób ilustruje to mnogość idei dotyczących definicji sztuki, jej roli w dawnym i współczesnym świecie oraz odmiennej percepcji rozwoju człowieka – zarówno jako jednostki, jak i ogółu. Zapewne niejeden odbiorca zapragnął w pewnym momencie krzyknąć „stop” i uciszyć ponad tuzin głosów narzucających mu swoją wizję rzeczywistości. Jednakże to, co odniosło sukces w galeriach sztuki, zupełnie nie wypaliło w kinie. 

Podstawowym problemem jest oczywista konieczność narzucenia kolejności filmowym segmentom. Jeden z najbardziej istotnych elementów instalacji artystycznej – rozdarcie między wieloma obrazami i dźwiękami – tutaj po prostu nie istnieje. Trzynaście elementów filmu następuje praktycznie jeden po drugim, z kilkoma drobnymi wariacjami. To sprawia, że na każdym z nich skupiamy sto procent swojej uwagi i zdecydowanie nie wychodzi im to na dobre. Manifesto przyciągnęło moją uwagę nie swoją tematyką czy genezą, a ekranową dominacją Cate Blanchett, która jest główną bohaterką każdego segmentu. Ponad tuzin charakterystycznych i odmiennych od siebie ról w jednym dziele – czyż to nie brzmi jak obietnica fascynującego spektaklu wielkiego aktorstwa? Trudno jest więc nie czuć się zbitym z tropu, kiedy pierwsza postać sportretowana przez Cate Blanchett to groteskowy bezdomny mężczyzna. Kompletnie nieprzekonująca charakteryzacja i koszmarna karykaturalność tej roli momentalnie każą się zastanawiać, czy reżyser sobie z nas nie żartuje.

Później jest tylko trochę lepiej, a niemal każda z postaci to jednowymiarowy stereotyp, banalna reprezentacja wyobrażenia o jakiejś osobie - nauczycielce, wytatuowanej buntowniczce czy nawiedzonej pani choreograf.

O wyjątkowości talentu Blanchett nikogo przekonywać raczej nie trzeba. Jednakże tym razem, przez zdecydowaną większość czasu towarzyszyła mi myśl „O, ona tutaj gra”. Stopień przerysowania gestów, mimiki i manieryzmów chwilami bywał wręcz nie do zniesienia, niezależnie od sympatii do aktorki. Przeszarżowanie tych niezwykle charakterystycznych postaci było uzasadnione, kiedy każda z nich agresywnie walczyła o uwagę odbiorcy rozdartego między trzynastoma ekranami. Tutaj jedyny osiągnięty efekt to śmieszność i wzbudzenie irytacji widza, któremu zaserwowano prostą satyrę w nietypowej formie.

Przedmiotem tej satyry są zaś wszystkie przywołane próby zdefiniowania rzeczywistości, zrozumienia istoty sztuki i określenia jej praw. Czegóż tu nie ma! Dadaizm, surrealizm, konstruktywizm, sytuacjonizm i więcej – każdy nurt myślowy zostaje tu sprowadzony do wyrwanego z kontekstu fragmentu manifestu, który teatralnie prezentuje nam Cate Blanchett w kuriozalnym wydaniu. Rosefeldt sili się na ironiczne zestawienia owocujące miejscami łopatologią (dzieci powtarzające za nauczycielką słowa o zaniku oryginalności, a następnie uczące się założeń Dogmy 95 Larsa von Triera) i zdaje się, że próbuje zakpić z domniemanej arogancji autorów tych manifestów (a przynajmniej ich wyznawców). Problem w tym, że poprzestaje on na ukazaniu ich idei jako pozbawionego większego sensu bełkotu, który towarzyszy ludziom (a raczej ich karykaturom) w życiu codziennym. Brak w tym jakiejkolwiek polemiki czy dyskusji, pozostaje wyłącznie niepoparta żadnym argumentem kpina. Po pewnym czasie można także odnieść wrażenie, że poziom zróżnicowania postaci i miejsc, w których się pojawiają, jest przede wszystkim pretekstem do pokazania misternej scenografii i niezwykle efektownych zdjęć. Strona techniczna Manifesto imponuje, zachwyca i – podobnie jak cała reszta – z pewnością wywołuje jeszcze większe wrażenie w swojej pierwotnej formie. Nie jest ona jednak w stanie zatrzeć niesmaku wywołanego pretensjonalnym tonem całości, która jak na próbę obnażenia intelektualnej megalomanii sama wypada pusto i arogancko.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane