nowości kinowe

MALI MĘŻCZYŹNI. Kameralna pochwała przyjaźni

Mali mężczyźni to pochwała przyjacielskiej lojalności w czasach, w których często ogranicza się ona do lajkowania postów na Facebooku.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Definicje gatunków, konwencji czy nurtów filmowych zawsze są problematyczne, gdyż niemal żadna nie opisuje swego zjawiska w sposób wyczerpujący. Jeżeli jednak istnieje wykładnia dla wzorcowego niezależnego kina amerykańskiego – bliskiego życiu, zwyczajnego, niespiesznego i intymnego – to Ira Sachs znakomicie się w nią wpisuje. Najnowszym tego dowodem są Mali mężczyźni, których od 5 maja można oglądać w polskich kinach.

W amerykańskim kinie spoza głównego nurtu najważniejsze wydają się być emocje. Ale nie te wykrzyczane i  rzucone w twarz, lecz te podskórne, pojawiające się jakby mimochodem i nie do końca zrozumiałe. Często tematem niezależnych filmów amerykańskich stają się problemy i konflikty, które pojawiają się wbrew wszelkiej logice i oczekiwaniom – gdy wszystko układa się dobrze i nikt nie spodziewa się, że cokolwiek mogłoby pójść nie tak. I właśnie w tę nutę uderza Sachs w Małych mężczyznach. Historia rodziny Jardine’ów, która przenosi się na Brooklyn po śmierci dziadka, rozpoczyna się lekko i przyjemnie, wręcz sielankowo, ale bardzo szybko proza życia i – a jakże! – pieniądze powodują, że nawiązane niedawno relacje zostają wystawione na ciężką próbę. Tytuł filmu Sachsa jest znamienny, ponieważ właśnie z perspektywy dwóch nastolatków – „przybysza” Jake’a Jardine’a (debiutujący w kinie Theo Taplitz) i „tubylca” Tony’ego Calvelliego (także nowicjusz Michael Barbieri) – poznajemy zarówno sąsiedztwo, jak i relacje łączące rodziców obu młodych mężczyzn.

Mali mężczyźni to pochwała przyjacielskiej lojalności.

Film Sachsa to nie tylko opowieść o dorastaniu – choć Mali mężczyźni to oczywiście przede wszystkim coming-of-age story – ale także o szczerości, bowiem tym, co od początku wysuwa się tu na pierwszy plan, jest duża odwaga w mówieniu prawdy. Gdy okazuje się, że rodzice nastoletnich przyjaciół mają konflikt na tle biznesowym, Tony bez ogródek mówi o tym Jake’owi, a gdy ten – w ramach solidarności z kumplem – postanawia dołączyć do niego w niemym proteście przeciwko postępowaniu rodziców, Tony mówi wprost: Jesteś świetnym przyjacielem, Jake. Trzynastolatek z Brooklynu, spędzający czas na graniu na konsoli czy jeździe hulajnogą, mówi to, co czuje i właśnie dzięki temu Sachs uważa go za mężczyznę. Obaj nastolatkowie swoim postępowaniem dowodzą dużej dojrzałości i choć sposób, w jaki rozmawiają czy spędzają czas wciąż świadczy o tym, że de facto są jeszcze dziećmi, ich postawa wobec przyjaciół, marzeń i obowiązków stawia ich w dużo lepszym świetle niż opiekujących się nimi dorosłych.

Mali mężczyźni to pochwała przyjacielskiej lojalności w czasach, w których często ogranicza się ona do lajkowania postów na Facebooku, a także bezpretensjonalnej szczerości, dzięki której znacznie łatwiej jest budować relacje, a co ważniejsze – utrzymywać je. Ira Sachs, reżyser, który o otwartości i uczciwości wobec siebie wie bardzo dużo (jest żydowskim homoseksualistą), w bardzo subtelny sposób opowiada o męskiej przyjaźni, która – choć nie opiera się na fizyczności – ma w sobie bardzo dużo intymności i wzajemnego zaufania, które nagle zostają zagrożone przez świat dorosłych. Nastolatkowie muszą wykazać się odwagą i dojrzałością, by bronić swoich decyzji – zarówno w kwestii doboru przyjaciół, jak i przyszłej drogi zawodowej. Sachs pokazuje, że nie pieniądze czy stabilizacja życiowa, lecz drugi człowiek jest prawdziwą wartością. I nawet jeśli wizja reżysera jest cokolwiek idylliczna i po dziecięcemu naiwna, nie sposób nie ulec jej urokowi.

Mali mężczyźni to jeden z nieoczywistych kinowych wyborów tego weekendu, ale kameralny dramat ze świetnym aktorstwem (na drugim planie m.in. Greg Kinnear, Jennifer Ehle czy Alfred Molina) na pewno zasługuje na to, by poświęcić mu niespełna półtorej godziny. I z pewnością bardziej potrzebuje waszej uwagi niż ratujący galaktykę superbohaterowie.

Ostatnio dodane