Lucy - recenzja | FILM.ORG.PL

Lucy

„Lucy” co rusz popada w śmieszność, bo Besson nie należy do reżyserów umiaru. Ale Francuz nic sobie z tego nie robi, a dzięki bezpretensjonalnemu podejściu do tematu i znakomitej realizacji kręci swój najlepszy film od wielu lat.




Bez granic




Krzysztof Walecki
16.08.2014


tumblr_n61zssZMy61sgv18jo1_500Pełna sala kinowa w dzień premiery, a już w trakcie seansu wyczuwalny rozłam między widzami, którzy wiercą się w fotelach, a tymi, którzy nowy film Luca Bessona oglądają z przyjemnością. Kontrowersyjne kino rozrywkowe? Poniekąd, bo choć punktem wyjściowym „Lucy” jest niemodna już teoria, że człowiek korzysta tylko z 10% swojego mózgu, to reżyser każe nam w nią wierzyć, przynajmniej na czas projekcji. Jednocześnie daje upust swojej miłości do kina sensacyjnego serwując z nieubłaganą intensywnością kolejne, coraz mniej realistyczne sceny akcji. Trudno powiedzieć, kiedy w filmie Bessona zaczyna przeważać głupota nad jakimkolwiek sensem, lecz w moim przekonaniu jest to działanie celowe niż błąd w sztuce. Francuski twórca idzie na całość już w prologu pokazując pierwszą kobietę na Ziemi, jeszcze bardziej przypominającą małpę niż człowieka. Za chwilę zaś widzimy Scarlett Johansson. To prawie jak przejście z rzuconej kości do statku kosmicznego w słynnym filmie Stanleya Kubricka.

Tytułowa Lucy (właśnie Johansson) jest lubiącą imprezować amerykańską studentką mieszkającą na Tajwanie. Jej nowy chłopak prosi, a następnie zmusza bohaterkę, do dostarczenia walizki dla niejakiego pana Janga (znany z „Oldboya” Min-sik Choi), jak się okazuje niebezpiecznego gangstera. Ten zaszywa w brzuchu Lucy woreczek z nową odmianą narkotyków i każe jej przetransportować go do USA. Tyle, że zanim jeszcze dziewczyna opuści Chiny zostaje pobita przez jednego z ludzi Janga, na skutek czego narkotyki dostają się do jej krwiobiegu, powodując w organizmie nieodwracalne i dosyć niesamowite zmiany. Początkowo Lucy wykazuje się tylko wzmożoną siłą, lecz wkrótce zaczyna kontrolować inne żywe organizmy i materię. W próbie zapanowania nad sobą zwraca się o pomoc do znajdującego się w Paryżu naukowca, profesora Normana (Morgan Freeman). Jej tropem zaś rusza pan Jang.

Lucy-Scarlett-Johansson

Mogę tylko podejrzewać, że Besson musiał się świetnie bawić kręcąc „Lucy”. Dotyczy to zarówno sposobu, w jaki opowiada swoją fantastyczną historię, jak i samej fabuły, która lawiruje od filmu sensacyjnego przez kino science-fiction, aby w finale nawiązać do wspomnianej już „2001: odysei kosmicznej”, a wszystko to okraszone humorem typowym dla reżysera „Leona zawodowca”. Dla wielu będzie to mieszanka ciężkostrawna, nie dlatego, że Besson nie potrafi zapanować nad całością, jak to miało miejsce przy jego ostatnim filmie, „Porachunkach”, który co chwilę zmieniał konwencję i tonację. „Lucy” pod tym względem to dzieło jednolite i przemyślane, przynajmniej w kwestii realizacji. Reżyser bawi się formą, zwłaszcza w początkowych partiach filmu, przeplatając sensacyjną historię tytułowej bohaterki z wykładem prowadzonym przez Normana. Gdzieniegdzie umieszcza krótkie scenki z udziałem dzikich zwierząt w niebezpieczeństwie, na które już czyha drapieżnik, ukazując analogię do sytuacji, w jakiej znalazła się Lucy. Innym razem wkleja ujęcia cywilizacji w rozkwicie oraz flory i fauny, budząc tym samym skojarzenia z „Koyaanisqatsi” Godfreya Reggio. Pojawia się także licznik wskazujący aktualny procent wykorzystania mózgu przez główną bohaterkę, wypełniając całą powierzchnię ekranu. Czemu to wszystko służy?

Może to oczywiście podkreślać ambicje Bessona, który opowiadając niestworzoną historią podpartą pseudonaukowymi dywagacjami postanowił nie tylko zmierzyć się z tematem, ale i nawiązać do klasyki kina. Stąd natychmiastowe skojarzenia z Kubrickiem, Reggio, Mallickiem, a nawet Kenem Russellem i jego „Odmiennymi stanami świadomości”. Ale twórca „Nikity” jest świadom swoich ograniczeń. Mają rację ci, którzy mówią, że człowieka, który nakręcił „Wielki błękit” już nie ma. W tamtym filmie Besson dotknął absolutu, bez potrzeby sięgania po pomysły rodem z fantastyki. „Lucy” natomiast wyreżyserowała osoba odpowiedzialna za serie „Taxi” i „Transporter”, dlatego obok intrygujących rozwiązań, widz otrzymuje worek pełen idiotyzmów, jak nikomu niepotrzebny pościg po ulicach Paryża.

Film Title: Lucy

Siła „Lucy” nie wynika ze spełnionych ambicji, gdyż zbyt często popada w śmieszność. Ale jest to śmieszność, którą Besson akceptuje i w ten sposób ujarzmia – dlatego kręci jak natchniony każdą głupotę zrodzoną w swojej głowie, ani na moment nie pozwalając, aby film zamienił się w przeintelektualizowany bełkot. Stawia na widowisko i rozrywkę, podaną w sposób lekki i niezobowiązujący. Unika bufonady, choć dla wielu widzów już sam pomysł wyjściowy i fakt, że reżyser/scenarzysta postanowił nakręcić o tym film, będzie nie do zaakceptowania.

No bo, o czym tak naprawdę opowiada Francuz? O superistocie zdolnej do… wszystkiego. Po pewnym czasie dla Lucy nie ma rzeczy niemożliwych, żadnych granic, ani przeszkód. Czy w takim razie i Besson nie ma prawa do tego, aby zaszaleć i spróbować przekroczyć granice? To mu się nie udaje, choćby dlatego, że jest Lukiem Bessonem, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak wyszedł z próby obronną ręką. Nakręcił film w swoim stylu, znów czyniąc z bohaterki silną jednostkę, tym razem wręcz z boskimi atrybutami, ale zlęknioną, przeczuwającą, że zachodzące w niej zmiany doprowadzą ją na skraj człowieczeństwa. Jest konsekwentny w swojej wizji i dosłowny, lecz, przynajmniej w przypadku niżej podpisanego, częściej budzi to zdrowy śmiech niż zażenowania. Idzie na całość, a przynajmniej tak daleko, jak tylko potrafi, w ani jednym momencie nie sprawiając wrażenia człowieka, który wierzy w opowiadaną przez siebie historię. Hipoteza, która jest podstawą filmu wydaje się wielce nośna i inspirująca, ale nie dajmy się zwariować, ani tym bardziej wykłócać o jej prawdopodobieństwo.

Jest też coś jeszcze – już dawno żaden jego film nie wyglądał tak dobrze jak „Lucy”. Po latach kręcenia kolejnych „Arturów” oraz zupełnie nie pasujących do niego „Lady” czy „Porachunków”, w końcu zrealizował dzieło potwierdzające jego niebywały talent. Nie wszystkim musi się podobać scenariusz, ale reżysersko jest to najlepszy film Bessona od czasu „Piątego elementu”.

Krzysztof Walecki

Krzysztof Walecki

Lubi horrory.
Krzysztof Walecki

Latest posts by Krzysztof Walecki (see all)







  • Katolik

    Uwielbiam to. Jedna recenzja film zmiazdzyla. Druga film chwali. Stad po raz kolejny wniosek ze trzeba ZOBACZYC SAMEMU.

    • Ris

      Odkryłeś amerykę, że ludzie się różnią. Sam film zapowiada się całkiem fajnie :)

  • Mefisto

    Expendables 5, a Lucy 8? Nie wierzę w ani jedno słowo :P I usuwam Cię ze znajomych na fejsie :P

    • Andriej

      Zgadzam się. Od czasów okrzyknięcia „Days of future past” najlepszym filmem o X-menach(którym nie jest), Krzyśkowi coś ewidentnie odbija. Co innego się wyzłośliwiać i obniżać dobrym filmom oceny („a macie wy mięśniaki i wasze blachary, nerdy górą!1! MUHAHAHAHA”), a co innego zwykłemu chłamowi dawać 8/10 i jeszcze nazywać „najlepszym od czasów …”!
      Chyba pora na małą lewatywkę w postaci maratonu z ostatnimi „dziełami” Paula „Dablju” Andersona…
      Potem seansy „Gorączki”, „Mad Maxa”, „Commando”, „Demolition Man” itp. – Musi nam się Walecki na nowo skalibrować, LoL

      • Krzysztof Walecki

        Na Paula WS Andersona chodzę do kina regularnie;) A z oldskulowych filmów akcji chyba sobie dzisiaj włączę „Wykidajło” i „Nieuchwytny cel”. Jeśli oba te seanse mnie nie powalą dołożę na ruszt „Długi pocałunek na dobranoc”, „Tango & Casha” lub „Ślepą furię”. Ew. jakiegoś wczesnego Seagala. „Niezniszczalni 3” mogą tym filmom buty czyścić.

        • Andriej

          … tym bardziej to „coś” czemu dałeś nie wiadomo dlaczego 8/10. Niezniszczalni to tylko cień klasyki, ale trójka na 7 zasługuje jak bum cyk-cyk.
          A Seagala to podziękuję, nigdy go nie lubiłem i cieszę się ze nie ma go w Expandables

          • Krzysztof Walecki

            Nie będę mierzył jedną miarą fantastycznej „Lucy” z „Niezniszczalnymi” lub innymi filmami akcji – bądź co bądź reprezentują one inne gatunki, więc równie dobrze mógłbym spróbować zestawić „Głupiego i głupszego” z „Godzillą”. Jeśli natomiast chodzi o realizację i tzw. fun factor, to bez wahania mogę powiedzieć, że lepiej się bawiłem na nowym Bessonie niż przygodach Sly’a i jego ekipy.
            A Seagala lubiłem, póki był szczupły;)

          • Andriej

            Lucy to też akcyjniak, science-fiction, ale akcyjniak. Pewnie Luc chciałby czegoś więcej, ale wyszło mu jak zwykle.
            A jeszcze o Seagalu – w „Maczecie” był po prostu tragiczny, jak on w ogóle się ruszał bez puszczania bąków i oblewania się potem? No dobra, może przesadzam

      • Marr

        A jaki jest najlepszy film o X-menach? Przeciętna jedynka? Nieco lepsza dwójka? Okropnie pozbawiona charakteru część trzecia? Do wyboru pozostają dwa najnowsze filmy i oba są świetne.

        • Andriej

          Jak najbardziej dwójka, „First class” na tle pozostałych też się broni. Cała reszta to dno i metr mułu, tylko jakość CGI się zmienia

          • Marr

            Niemalże całość tamtej trylogii jest płaska, więc nie rozumiem jak można ją przedkładać nad nowe filmy.

          • Andriej

            Jeśli widzisz głębię w „Days of future past”, to chyba tylko dlatego, że przyjąłeś opinię recenzenta jako własną. Fani marvela bynajmniej nie słyną z samodzielnego myślenia…

          • Marr

            LOL, nie czytałem żadnej recenzji przed i po obejrzeniu filmu.
            Nie jestem fanem Marvela – uważam, że dobrych komiksowych filmów jest niewiele. I nikt nie mówi tutaj o „głębi”. A X-meni byli świetnie zrobieni, nie było przeładowania akcją, dobrze dobrani aktorzy – bawiłem się.

  • kelley

    pod recenzja podpisuje sie obiema rekami. film bessona ma zadatki na kultowosc. jedni beda go nienawidzic, a innie ogladac po sto razy dopatrujac sie podtekstow i drugiego dna.

  • Ania

    Zapraszam do przeczytania mojej recenzji filmu „Lucy” http://podlupakrytyka.blogspot.com/2014/10/lucy-luca-bessona.html






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Niezniszczalni 3

Następny tekst

Apetyty filmowe, czyli jedzenie w kinie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE