nowości kinowe

Love the Coopers. Kochajmy się od święta

Film straconej szansy, który mógłby być smacznym dramatem psychologicznym, a jest tylko standardową wigilijną laurką.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Dramat rodzinny w świątecznych dekoracjach

Filmy z choinką w tle to w zasadzie pełnoprawny gatunek. Co prawda święcą triumfy dosyć krótko, bo w bardzo konkretnym okresie, za to niezwykle regularnie – każdego roku można liczyć co najmniej na jeden. Niestety, taka perełka jak To właśnie miłość trafia się może raz na dekadę, a To wspaniałe życie raz na pół wieku. Cała reszta to raczej celuloidowe badziewie, klasyczne przeciętniaki zdobne w bombki i światełka, na które i tak nabieramy się co roku – napędzani złudną nadzieją, że być może tym razem i w nasze życie wkroczy odrobina bożonarodzeniowej magii.

Ktoś niespodziewanie wyzna nam głębokie uczucie (bo w święta mówi się prawdę), rodzina nad karpiem i barszczem z uszkami wybaczy sobie wszystkie urazy, a nieszczęśliwych singli piorun z jasnego nieba trafi podczas ogonkowania w Starbucksie. Wszystko jest możliwe, bo to przecież najpiękniejszy okres w roku!

[quote]I tak dalej.[/quote]

Kochajmy się od święta to film zmarnowanej szansy. Zarys rodzinnej historii plus gwiazdorska obsada to dobre bazowe składniki na porządny dramat obyczajowy. Rodzina na pozór szczęśliwa, a w gruncie rzeczy niedoskonała, zaplątana w siateczkę wzajemnych żalów, zadawnionych konfliktów, zmarnowanych szans, zapomnianych marzeń. Senior rodu Bucky (Alan Arkin) w przyjaźni z młodziutką kelnerką odnajduje poczucie własnej ważności i upust dla tęsknoty za tym, co było osią jego życia, ale minęło bezpowrotnie. Charlotte i Sam (Diane Keaton i John Goodman) po czterdziestu latach małżeństwa gdzieś zagubili siebie samych i przestali dbać o łączące ich uczucie. Emma (Marisa Tomei) jest zgorzkniała i czuje się wyrzucona poza nawias. Młodsze pokolenie też nie ma lekko: Eleanor (Olivia Wilde) jest gotowa przyprowadzić na świąteczny obiad przypadkowo poznanego faceta w charakterze narzeczonego, by uniknąć współczujących spojrzeń i wrażenia, że jest rozczarowaniem dla każdego. Jej bezbarwny brat Hank (Ed Helms) dręczy się natomiast poczuciem, że życie go omija i wstydzi się przyznać, że nie stać go nawet na prezenty dla dzieci.

cooper 2

Wyborny materiał na rodzinny dramat, na psychologiczną wiwisekcję, nic, tylko zajrzeć pod ten dywan i zobaczyć, co jeszcze został skrzętnie zamiecione, wniknąć w dusze tych ludzi, poznać ich lepiej. Ale to niemożliwe, ponieważ mamy do czynienia z filmem świątecznym, ba, ze świąteczną komedią, a te rządzą się swoimi prawami: nawet jeśli coś nie działa, z pewnością magicznie naprawi się na koniec, wszystkie klocki wskoczą na właściwe miejsce, a zapach nadziei i piernika wypłoszy wszelkie negatywne fluidy. W konsekwencji potencjalnie interesujące wątki zostają niemiłosiernie spłycone po to, by zrobić miejsce na wysilone elementy komediowe i kilka podnoszących na duchu kwestii rodem z Coelho.

Znakomita stawka aktorska wychodzi z siebie, by nadać swoim postaciom maksimum szczerości i głębi, ale z pustego scenariusza i Diane Keaton nie naleje. Chemia między nią a Goodmanem jest cudowna, ileż mogliby jeszcze pokazać, gdyby tylko dać im szansę! Niestety, oko kamery skupia się raczej na Eleanor i Joem, gdzie chemii jest zdecydowanie mniej.

Ponieważ jednak narzekaniem trudno coś zdziałać, skupmy się na pozytywach. Jako produkt świąteczny film bowiem wybija się jednak nieco ponad przeciętność, co samo w sobie można uznać za sukces. Machinę napędza zgrany komediowy duet: June Squibb w roli cierpiącej na demencję ciotuni Fishy i fantastyczny pies Bolt jako rodzinny pupilek Rags. Bolt nie bez kozery ma przydomek Marlona Brando wśród psów, bezwstydnie kradnie każdą scenę, w jakiej się pojawia.

cooper 3

Wątki w gruncie rzeczy fajne i udane – Ruby i Bucky, Emma i zmagający się z własną seksualnością policjant – tracą na sile wyrazu z powodu tych kiepskich i wysilonych, jak miłosne perypetie najmłodszego pokolenia czy Hank i jego plująca jedzeniem była żona Angie. Twórcy filmu starają się nas zaangażować emocjonalnie w każdą historię po kolei, starają tak usilnie, że w rezultacie nie poświęcamy w pełni uwagi żadnej z nich. Inaczej niż w To właśnie miłość, gdzie niemal każdy widz miał swoją ulubioną opowieść i ulubiony wątek. Tutaj trudno się do kogoś tak naprawdę przywiązać.

Trochę zatem ten piernik zakalcowaty, ale mimo wszystko przełknąć się go da – dla kilku scen, kilku dialogów, dla obsady i przede wszystkim w imię świątecznego klimatu, ufności i nadziei na lepsze, która rozwieje się bezpowrotnie mniej więcej w połowie stycznia. Aż do kolejnych świąt i kolejnej komedii spod znaku śniegu i jemioły.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane