LOVE. Ejakulatem w samo oko | FILM.ORG.PL

LOVE. Ejakulatem w samo oko

Gdzieś pomiędzy ładnymi kadrami i wycelowanymi w widza penisami w 3D znajduje się brak czułości wobec naszych niedoskonałości albo chociaż naszego zła, albo oka chociaż oraz uczucie, że film ma jedną, jedyną funkcję - aby się o nim mówiło.




Ejakulatem w samo oko




Jakub Koisz
22.08.2015


Był taki „ładny” film rok temu, nie wyświetlano go w Cannes, nie organizowano dla niego pokazów specjalnych w zadymionych piwnicach, a twarzy reżysera nie pokazywano na stronach wszystkich magazynów z recenzjami. To były „Wojownicze Żółwie Ninja”, dzieło mówiące o życiu i ludziach (żółwiach także) więcej niż „Love” Gaspara Noe.

Byłem zły na ten film, zastanawiając się jednocześnie, czy aby nie tańczę tak, jak Noe sobie tego życzy – ciągle o nim myślę.

Przepraszam, że już tym jednym zdaniem stawiam sprawę jasno – „Love” jest męczący, lecz transgresywny, nie dziwi mnie owe buczenie na pokazie we Francji, ale pewnie gdybym siedział obok buczących, nie przyłączyłbym się, bo to buractwo tak buczeć, bo rzeczywiście skłania do refleksji. Dalsza część recenzji będzie ową refleksją na temat istoty powstawania takich obrazów, czyli czemu, po co, dla kogo. Ja swoją tezę mam, dlatego w bardzo nietypowy sposób już teraz zapraszam Państwa do dyskusji w komentarzach. Recenzujemy, owszem, ale bardzo potrzebuję pomocy po traumie, jaką był seans „Love”. Nie wywołało ją mocarne sekszenie się na ekranie, które płynnie przechodzi od aktów wręcz zwierzęcych do tego, co nazywa się „pornografią artystyczną”. „Love” gwałci bowiem czymś mniej dosłownym niż sceną z penisem skierowanym w stronę widza albo wślizgnięciem się kamerą w waginę. Beszta czymś, co zaraziło kino jakiś czas temu – wolnością na pokaz. Skłania do refleksji, ale nie jest przyjemnością. To duży grzech, jak na film o pożądaniu i tęsknocie i toksycznej miłości.

1438675842_634062586_kadrs

Murphy, amerykański student filmówki mieszkający w Paryżu, chce tworzyć ruchome obrazy z potu, krwi i spermy, mówi to do kamery dwa razy, ale niezbyt mu wychodzi ta twórcza manifestacja, bo „prawo Murphy’ego” wiecznie sprowadza go na ziemię. Na wypadek, gdyby widz nie załapał, wytłuszczono owe prawo na cały ekran. Mężczyzna trwoni siły witalne w czasie orgii seksualnych, trójkątów oraz zdradzania miłości swojego życia z byle kawałkiem ciała. Lubi też zapuścić sobie czasami jakiegoś procha na nosek oraz oral. Całość miłosnej relacji opiera się więc na podobnym trzonie, co piekło egzystencji w „Enter the Void” (do którego Noe kilkakrotnie nawiązuje). Murphy snuje się po swoim mieszkaniu i płacze, krzyczy, dzwoni, tęskni. Można biedaka zrozumieć, a szczególnie tęsknotę za utraconą miłością, ale trudno się przywiązać do czegokolwiek, co spędza mu sen z powiek. Elektra (tutaj też wyłożono tropy mitologiczne, choć w nieco ironiczny sposób, więc nie piecze) wydawała się kobietą idealną dla dekadenckiego reżysera, ale jak to w życiu – coś nie wyszło, a rozerwana na strzępy narracja stara się ukazać bezsens „miłości”.

Prawda powinna wytrysnąć (sic!) ze scen przedstawiających schyłek owej miłości, kiedy sceny seksu, oczywiście w duchu estetyki reżysera przefiltrowane czerwienią, robiłyby za otrzeźwiający plaskacz w twarz w tej dwugodzinnej zadumie. Tak się jednak nie dzieje.

Jeśli razi nas seks na ekranie, paradoksalnie powinniśmy być najlepszymi odbiorcami, bowiem granice zostały tak przesunięte, że jedynie pruderyjny płaszczyk jest w stanie obnażyć dzieło z niedociągnięć. A jest ich wiele. Aktorstwo – tutaj nie dziwi brak charakteru, ponieważ mamy do czynienia z debiutantami, wszakże niewielu aktorów z „nazwiskiem” zgodziłoby się na tak odważne fikumiku przed kamerą. Nie byłoby problemu, gdy nie ten fałsz – zapala się lampka kontrolna, gdy postacie zażywają narkotyki, prawią komunały o sztuce, obiecują sobie miłość na wieki albo po prostu – rozmawiają o marzeniach.

love-gaspar-noe-posters

Trudno pozbyć się wrażenia, że reżyser nieświadomie osiągnął to, czego twórcy taniego porno nie są w stanie przeskoczyć – dobrze to wszystko wygląda, gdy bohaterowie się bzykają, gorzej, gdy otwierają buzię w jakimkolwiek innym celu niż jęki i wzdychanie.

Bardzo zresztą zamglona jest teza filmu, gdy kamera ma swoje demoniczne odjazdy i za rączkę sprowadza nas do dziewiątego kręgu dantejskiego, gdzie każdy spółkuje z każdym. Robi się wtedy tak czerwono, tak złośliwie i męcząco, że Gaspar Noe zamienia się w Krzysztofa Zanussiego groźnie kiwającego paluszkiem – nie idź tam, widzu, bo stracisz wszystko co kochasz. Nie warto sprzedawać duszy za kilka ejakulacji i smak nowości. Nadmiar przyjemności szkodzi. To jest ta teza? Nadmiar przyjemności upośledza. Naprawdę?

To zostaje w głowie po męczącym, przydługim seansie. Nie sposób więc nie porównać „Love” do „Nimfomanki” Von Triera, która dopiero w drugiej części wali nas refleksją na temat nas samych niczym łopatą. Tutaj jest jeszcze mniej subtelnie. W pewnym momencie przekroczenie granicy zaprowadza nas do zabawnej w zamierzeniu sceny seksu z transwersem i o dziwo w tym momencie kamera staje się wstydliwsza niż lekcja katechezy w gimnazjum.

Byłem zły na ten film, zastanawiając się jednocześnie, czy aby nie tańczę tak, jak Noe mi zagra – ciągle o nim myślę. Rzeczywiście, facet ma dobre oko, zapamiętam kilka scen, a muzyka ładnie się tuli do taśmy. Pamiętam z seansu najbardziej czerwień, pamiętam też piękne, naturalne ciało Aomi Muyock, pamiętam pretensjonalną refleksję na temat sztuki, sprawnie nakręcony trójkąt i rozmowy o narkotykach – kokaina robi to i to, opium jest super do bzykania.

Gdzieś pomiędzy ładnymi kadrami i wycelowanymi w widza penisami w 3D znajduje się brak czułości wobec naszych niedoskonałości albo chociaż naszego zła, albo oka naszego. Czegokolwiek naszego. Pozostaje uczucie, że film ma jedną, jedyną funkcję – aby się o nim mówiło. A ja nie znoszę kina, które nie lubi ludzi, nie lubi kina i – last but not least – nie lubi właśnie zła, bo to jest dopiero prawdziwa pustka.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • Kamil Wa

    Nie wiem co mam o tym myśleć. To już któraś recenzja tego filmu – ale pierwsze z tak niską oceną i obawiam się że to pierwsza tak trafna ocena. Uwielbiam filmy Noe – Nieodwracalne, Enter the Void czy krótkometrażowa Eva, bardzo lubię wizualną stronę tych filmów, Nieodwracalne cenię za to iż mimo skandalu jaki wywołał – nie był tylko „shockerem” – miał coś do powiedzenia i (niestety) był filmem bardzo prawdziwym, Enter the void – jest dla mnie technicznym majstersztykiem – zdjęcia, MUZYKA, montaż – mistrzostwo. Historia schodzi dla mnie na dalszy plan, i film jest swoistym doświadczeniem które przeżywamy, Eva – scena hotelowa z kotem jest jednym z najbardziej wzruszających momentów jakie dane było mi doświadczyć w kinie. W Love widzę problemy od samego początku – 3d, cała kampania reklamowa mająca na celu tylko kontrowersje, historia płytka jak wyschnięta Wisła, no i w końcu – to co nigdy u Noe nie zawodzi – strona techniczna, jeszcze filmu nie obejrzałem, a już mi się nie podoba – wytrysk w 3D ? Wagina od środka ? Tandeta. Liczyłem na drugie „9 songs” które lubię bardzo, jednak mroczniejsze z trochę inną puentą. Tak czy siak obejrzę z ciekawości i zweryfikuję wstępne nastawienie.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kryptonim U.N.C.L.E.

Następny tekst

ATAK TYTANÓW. Shingeki no Kyojin



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE