Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie | FILM.ORG.PL

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie. Inna strona uniwersum

Szara strefa, która rozpościera się między jasną i ciemną stroną Mocy, jest tu większa niż kiedykolwiek wcześniej.




Legion samobójców




Grzegorz Fortuna
28.12.2016


Jeśli przyjmiemy, że tworzenie filmowej serii jest trochę jak budowanie drogi, to konstruowanie uniwersum należałoby już porównać do budowy całego miasta. Różnica tkwi nie tylko w skali, ale też w sposobie zagospodarowania przestrzeni danej marki, uniwersa unieważniają wszak skomplikowaną anglojęzyczną nomenklaturę (sequel, prequel, spin-off itd.), w zamian proponując zestaw połączonych w mniejszym lub większym stopniu epizodów z życia kreowanego na ekranie świata. W przeciwieństwie do kontynuacji epizody te – dzielnice, gdyby trzymać się architektonicznej metafory – mogą mieć nie tylko zupełnie różnych mieszkańców, ale też odmienną specyfikę, atmosferę i cechy charakteru. Disney przetestował tę formułę już przy okazji Marvela. Poszczególne filmy, sygnowane nazwiskami sprawdzonych twórców, charakteryzowały wszak różnice nie tylko w tonacji, ale też w gatunkowym sztafażu. Nic więc dziwnego, że Disney – jako doświadczony deweloper, który zapłacił niedawno cztery miliardy dolarów za możliwość zagospodarowania sagi George’a Lucasa – tę samą taktykę stosuje przy Gwiezdnych wojnach.

Przebudzenie Mocy musiało ustanowić nowe centrum i zrobiło to w sposób spektakularny – zatrudniając J. J. Abramsa, Disney zadbał, żeby siódma część była jednocześnie nostalgiczna i nowoczesna, żeby trafiła i do fanów, i do dzisiejszych nastolatków, nikogo przy tym do siebie nie zniechęcając. Film Abramsa był jak slalom między przeszkodami, w którym stawką było pierwsze miejsce w światowym box offisie i dalsze powodzenie wielomiliardowej inwestycji. Na barkach Łotra 1, z założenia będącego filmem raczej pobocznym, nie spoczywało już brzemię tych rozmiarów. I być może dlatego Disney zdecydował się zatrudnić Garetha Edwardsa – odważnego wykonawcę wizjonera, który pokazałby inną stronę uniwersum.

Zaangażowanie Edwardsa jest o tyle zaskakujące, że jedyny jak do tej pory blockbuster w karierze reżysera, Godzilla, był totalnym zaprzeczeniem całej idei Kina Nowej Przygody, pod którą podwaliny zbudowały czterdzieści lat temu właśnie Gwiezdne wojny. Główni bohaterowie, z którymi widz teoretycznie powinien się utożsamiać, byli bezużyteczni, a ich działania okazywały się albo bezsensowne, albo wręcz szkodliwe. W Godzilli pojedynek ludzi z potworami nie był walką Dawida z Goliatem, ale starciem mrówki z butem. Jedynym prawdziwie pozytywnym bohaterem okazywał się tytułowy król potworów – majestatyczna, wspaniała, tajemnicza i nieobecna przez większą część filmu Godzilla, która w ujęciu Edwardsa więcej miała wspólnego z Wielkimi Przedwiecznymi Lovecrafta niż z typowym hollywoodzkim stworem. Nic więc dziwnego, że fani narzekali zarówno na bohaterów, którym nie dało się kibicować, jak i na samą Godzillę, której prawie w filmie nie było. Niewielu chciało przyjąć do wiadomości, że obie te pozorne wady wynikają ze świadomego działania twórcy, który ma dość utartych schematów.


W Łotrze 1 Edwards wykorzystuje podobną taktykę, a efektem jest najciekawszy, najbardziej intrygujący film sagi i jednocześnie najlepszy blockbuster w portfolio Disneya. Fabuła opowiada o załodze tytułowego statku, której zadaniem jest wykradzenie planów Gwiazdy Śmierci z imperialnego archiwum. O tym, że misja się powiedzie, wiemy od 1977 roku, Edwards – do spółki z autorami scenariusza, Chrisem Weitzem i Tonym Gilroyem – skupia się więc na tym, jak do tego doszło. Bardziej od suchych faktów interesują go jednak wynikające z takiej perspektywy pytania: jakie są moralne i psychologiczne koszty uczestnictwa w rebelii i jak wygląda gwiezdna wojna w oczach zapomnianych szeregowców.

W rezultacie dochodzi do zaskakującej, zupełnie niespodziewanej zmiany perspektywy. Łotr 1 niewiele ma wspólnego ze space operą, a jego bohaterowie nijak się mają do ikonicznych postaci gwiezdnej sagi. Być może dlatego niektórzy widzowie narzekają, że postaci nie obdarzono ciekawymi charakterami. Ten brak efektowności w rysie bohaterów jest jednak programowy i służy temu, by międzygalaktyczną opowieść brutalnie sprowadzić na ziemię. Nie mamy tu do czynienia z wybrańcami o melodramatycznych życiorysach – w centrum stoją natomiast: Jyn Erso, córka głównego konstruktora Gwiazdy Śmierci, Cassian, dwulicowy i wiecznie zestresowany rebeliant, a także były imperialny pilot z wypranym mózgiem, wredny robot K-2SO, ślepy mistrz sztuk walki i jego uzbrojony po zęby kolega. Wszyscy są trochę zwyczajni i trochę niepewni swego, walczą z demonami przeszłości i mają na koncie występki, z których wcale nie są dumni. Żeby zobaczyć, jak bardzo bohaterowie Łotra 1 różnią się od typowych bohaterów gwiezdnej sagi, wystarczy zresztą porównać, kto pełni rolę głównego czarnego charakteru – u Edwardsa Vader pojawia się jedynie na kilka chwil, bezpośrednim zagrożeniem dla załogi jest natomiast dyrektor Krennic, o którym wiemy tylko tyle, że to przesadnie ambitny, marzący o awansie urzędas, pomiatany w dodatku przez Tarkina. Zamiast wspaniale zaprojektowanego, tragicznego bohatera dostajemy człowieka z krwi i kości.

Polityka sprowadzania na ziemię nie dotyczy jedynie konstrukcji bohaterów. Najbardziej ikoniczny element sagi, Moc, pełni tu raczej funkcję religii niż rzeczywistej siły, a szara strefa, która rozpościera się między jej jasną i ciemną stroną, jest większa niż kiedykolwiek wcześniej. Najlepiej widać to na przykładzie Rebelii, która w Łotrze 1 jest wewnętrznie skonfliktowana i podzielona, a funkcjonujący pod jej sztandarem wojownicy dopuszczają się w jej imię czynów moralnie dwuznacznych lub po prostu złych. Monolitem nie jest też Imperium, którego przedstawiciele skupiają się głównie na ucieraniu sobie nawzajem nosów i zastanawianiu się nad tym, jak najlepiej wypaść przed Darthem Vaderem. Ten ostatni otrzymuje natomiast niespodziewane alter ego stojące po drugiej stronie barykady – Saw Gerrera, przywódca ekstremistów wyniszczony przez dekady walki, ubrany w szczelną zbroję, fizycznie i psychicznie zmasakrowany i wspierający się respiratorem, gra tu rolę rebelianckiego odpowiednika słynnego Lorda.

Biorąc pod uwagę przyjętą perspektywę, nietrudno się dziwić, że gdy w jednej ze scen K-2SO chce poinformować rebeliantów o swoich złych przeczuciach, puszczając tym samym oko do widzów, zostaje natychmiast uciszony przez współtowarzyszy. W Łotrze 1 nie ma miejsca na one-linery i inne efektowne ozdobniki – zdaje się mówić tą sceną Edwards. I prawdopodobnie dlatego jego film wypada najgorzej w miejscach łączeń z resztą uniwersum – cyfrowo wskrzeszony Peter Cushing i komputerowa Carrie Fisher budzą mieszane uczucia, podobnie jest ze scenami, podczas których w tle pobrzmiewa kultowa partytura Johna Williamsa. Edwards nadrabia to jednak coraz odważniejszymi i coraz ciekawszymi pomysłami. Za idealny przykład może posłużyć rozgrywająca się na planecie Jedha sekwencja ataku bojówek rebelianckich na imperialny czołg – w obiektywie Greiga Frasera scena przypomina raczej fragment filmu wojennego rozgrywającego się we współczesnym Iraku, Afganistanie lub Syrii niż sekwencję z nowoprzygodowej superprodukcji.

Co szczególnie imponujące, Edwardsowi udaje się pozostać wiernym tej wizji nawet w widowiskowym trzecim akcie. Podczas spektakularnego finału, obowiązkowego elementu każdego szanującego się współczesnego blockbustera, reżyser zgrabnie łączy skale makro i mikro, po mistrzowsku montując starcia między wielkimi statkami z partyzancką walką na lądzie, dzięki czemu na ekranie nigdy nie obserwujemy pojedynków między anonimowymi, wygenerowanymi komputerowo bytami. Łotr 1 do końca pozostaje doskonałym, pełnym ambiwalencji filmem wojennym i choć epilog zwiastuje (nową) nadzieję dla Rebelii, ważniejsza wydaje się nadzieja, która rysuje się za sprawą Edwardsa – szansa na to, że uniwersum Gwiezdnych wojen będzie ciekawe, różnorodne i niejednoznaczne.

korekta: Kornelia Farynowska

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • Jacek Lubiński

    „W Łotrze 1 Edwards wykorzystuje podobną taktykę, a efektem jest najciekawszy, najbardziej intrygujący film sagi i jednocześnie najlepszy blockbuster w portfolio Disneya.” – czyli reasumując, to co w Godzilli było be, tutaj nagle jest cacy, mroczne i w ogóle the best. Trochę śmieszne.

    „W Łotrze 1 nie ma miejsca na one-linery i inne efektowne ozdobniki” – a jednak i jednych i drugich mamy całe zatrzęsienie. Oj, Grzesiu, Grzesiu :)

    • Grzegorz Fortuna

      „czyli reasumując, to co w Godzilli było be, tutaj nagle jest cacy, mroczne i w ogóle the best. Trochę śmieszne.” – wręcz przeciwnie! Nigdzie nie napisałem, że w Godzilli to było be – było wspaniałe i świadczyło o oryginalności tego filmu. Podobnie jest z Łotrem.

      „a jednak i jednych i drugich mamy całe zatrzęsienie. Oj, Grzesiu, Grzesiu :)” – gdzie? :) Wymień mi choć trzy teksty, które podpadałyby pod one-linery. Albo sceny, które można by określić mianem efekciarskich.

      • Krzysiek

        „-Zginiemy w pustce kosmosu
        – Chyba Wy”
        Cytowane z pamięci ;-)

        • Artur Gralla

          Przynajmniej będziemy mogli sobie pokrzyczeć bo w sw w próżni słychać dźwięki.

      • Jacek Lubiński

        chociażby niemal wszystko, co dotyczy mnichów, z wyświechtanym „you’re welcome” na czele :)

        • Grzegorz Fortuna

          Ale ja nie twierdzę, że w filmie nie ma ani jednej ładnej czy efektownej linijki tekstu, twierdzę, że nie ma nachalnych one-linerów i efekciarskiego mizdrzenia się do widzów.

          • Jacek Lubiński

            Wręcz przeciwnie, mizdrzenia się do widzów, zwłaszcza fanów, jest tu od zajebania, że tak powiem. Już sama obecność wyczyniającego cuda Vadera o tym świadczy. Śmieszy mnie zresztą to powoływanie się na poważne kino wojenne i „szarość”. O ile jest tu trochę novum w kontekście danego uniwersum, o tyle całościowo to zbieranina tak wytartych klisz, że to aż boli. Niektóre sceny są zresztą przez to niezamierzenie parodystyczne, co zabija jakikolwiek poważny klimat. A już wygłaszanie płomiennych przemów będących siódmą wodą po Bravehearcie to żart – zwłaszcza w zestawieniu z Hacksaw Ridge, gdzie może było jeszcze więcej patosu, ale naturalnie wynikającego z działania bohaterów, a nie na zasadzie „bo musimy jakoś dopowiedzieć ten kawałek historii, który kiedyś załatwiono jednym zdaniem i to wystarczyło”. Ten film jest niestety najlepszy w tych miejscach, w których się nie stara być czymś innym – dokładnie w tych, które w następstwie lichej fabuły tak łatwo olewa.

          • Grzegorz Fortuna

            Mefisto, Vader ma JEDNĄ efektowną scenę w przeszło dwugodzinnym filmie (a gdyby twórcy chcieli, mogliby spokojnie podstawić go zamiast Tarkina, dając mu dobre 20 minut czasu ekranowego). Jeśli chodzi o lichość fabuły, klisze czy komiczne sceny – przykłady, przykłady proszę. Mowa nie jest zbytnio płomienna i trwa jakieś pół minuty, do Gibsona ma się nijak.

          • Jacek Lubiński

            No i co z tego, że ma jedną, skoro i tak jest zbędna, przekombinowana i stoi w opozycji do jego przedstawienia w Nowej nadziei, która dzieje się wszak dosłownie w chwilę po wydarzeniach z Łotra adin. Przykłady? Proszę – sam początek woła już o pomstę do nieba, jakbym Nagą broń oglądał. Klisze odnoszą się natomiast do typowych elementów zaczerpniętych z kina wojennego, nie tylko rzeczonej przemowy (która z taką charyzmą Jyn faktycznie nijak ma się do Gibsona ;), ale też i chociażby idiotycznych przejawów heroizmu ku tak zwanej chwale.

          • Grzegorz Fortuna

            Gdzie niby na początku masz „Nagą broń”? Jeśli chodzi o herozim ku chwale, to jest on zdawkowo, ale rzeczowo wyłożony w dialogach.

          • Jacek Lubiński

            Cały prolog jest parodią samą w sobie. Stateczek, który nie ląduje tuż przy domu bohaterów, a gdzieś nie wiadomo jak daleko. Bohaterowie, którzy na hasło „wiecie co robić” nie wiedzą co robić – ojciec staje jak idiota w polu i czeka aż tamci do niego przyjdą (a widać wyraźnie, że z pół godziny im to zajmie conajmniej, zwłaszcza w takim tempie); matka wykonuje natomiast super plan pod tytułem „uciekam, ale wracam, bo mam blaster, który nie wiem jak użyć z zaskoczenia, więc dam się zabić”; w końcu Dyrektor, który wydaje się być naprawdę rozbawiony tym wszystkim i oczywiście w tym swoim wdzianku strzela mega pozy. To jest znakomity film do piwa, bez kitu :)
            A herozim może być nawet cytowany podręcznikową definicją, ale nijak nie zmieni to jego kliszowości i patosu bez pokrycia (tutaj już by trzeba było omawiać każdą postać z osobna, także darujmy sobie).

      • Jacek Lubiński

        A co do Godzilli – nie piszę akurat o Tobie, ale po prostu wszyscy, którym podszedł Łotr, używają dokładnie takiego argumentu: że tam było to nudne i nieangażujące, a tu zrobiło się nagle świeże i fajne. Przypomina mi się sytuacja z Grecją na Euro 2000 :)

        • Grzegorz Fortuna

          Ok, ale ja tu akurat jestem konsekwentny – Godzillę uważam za jeden z najlepszych blockbusterów dekady, podobnie Łotra 1. Mało kto wyczynia w Hollywood takie cuda jak Edwards :)

  • pirx

    bardzo rzadko po obejrzeniu trajlera trace całkowicie zainteresowanie filmem ….

  • Artur Gralla

    Nudny,przereklamowany,poprawny politycznie czyli zmarnowany potencjał przez Disneya.Ciężko się to ogląda,bohaterowie Szczeglinie męscy są tacy jacyś do de,Vader bardziej z 3 części,i te efekty komputerowe jeśli chodzi o technikę to ok ale jak komputer symuluje postacie ludzkie to jest tragedia.

    • Jacek Bednarczyk

      Każde zdanie które napisałeś jest tak denne że aż ciężko polemizować. Dla przykładu, Vader bardziej z 3 części? Wolne żarty. Vader jest tu jak z 5 części, w pełnej krasie i majestacie; odkupuje to swoje tragiczne „nooooooooooo” z Zemsty.

  • bla_bla

    Byłem na filmie dwa razy, pokrótce spostrzeżenia.
    Pierwsza godzina filmu dla mnie niestrawna i męcząca. Wątek postaci Sawa Gererry jest nudny, źle rozwinięty i wydaje się zupełnie niepotrzebny, zaś Forest Whitaker gra po prostu…źle. To najgorsza rola w tym filmie.
    Tarkin jest zrobiony tragicznie w CGI, naprawdę nie można było tego dopracować?
    To aż razi i jest mi smutno, że nie włożono więcej serca w stworzenie postaci granej ongiś przez wielkiego Petera Cushinga.
    Droid K-2SO jest zabawny, ta popierdółka z poprzedniej części (tak świetna,że zapomniałem nazwy) nie może się z nim mierzyć.
    Błyszczy jak zwykle Ben Mendelsohn, ale po tym co zaprezentował w „Bloodline”, mogę go oglądać nawet w balecie.
    Postać Jyn Erso zgrabnie prowadzi film, wydaje mi się, że Felicity czuje postać.
    Jej partner, Cassian aka kaszan(a)- równie dobrze mogłoby go nie być. To chyba postać, na którą zabrakło pomysłu, co można odczuć od razu po seansie.
    Vader mam raptem 2 sceny, bardzo dobre sceny, ale mam wrażenie, że był gdzieś strach w umyśle reżysera przed zbytnim eksponowaniem tej postaci.
    No i ostatnie 30 minut, czyli prawdziwe Gwiezdne Wojny! Nie są przesadzone głosy, że to najlepsza bitwa kosmiczna w całej sadze. To się udało moim zdaniem w 100%, to jest dobre.
    Podsumowując, gdyby cały film był taki jak ostatnie 30 minut, to byłyby to najlepsze GW, zaraz obok Imperium Kontratakuje. Niestety tak nie jest, a ja nie dałem się oszukać magią ostatnich scen, które nie mogły przykryć złego początku.

    • Jacek Bednarczyk

      To ja chyba byłem 5 razy na inny filmie.
      Już od pierwszej sceny wielkie zaangażowanie. Na planecie Lah’mu już jest ciekawie, potem pierścień Kafrene, coś nowego, ciekawe wizualnie, bardzo intrygująca akcja z Cassianem. Następnie Wobani i Jedha, wizualnie mega, miejscowa partyzantka na ulicach znakomita. Saw Gerrera miał rolę do spełnienia i tyle, tak jak wujek Owen. Niektórzy mam wrażenie chcieliby filmu dla każdej postaci z Rogue 1. Saw był po to by zgrabnie połączyć wątek Galena z Jyn i rebelią. Jako trochę zdezelowany ekstermista wypadł świetnie.
      Tarkin fenonenalny, w 95 % identyczny jak Peter Cushing, to samo Leia. Jak ja się cieszyłem że oni są.
      Cassian o którym wspomniałem jest świetną, nową postacią w filmie SW. Pomyśleć że Lucas zmieniał to że Han strzela pierwszy, bojąc się o wydźwięk tej postaci a tu proszę; kapitan Andor na dzień dobry zabija typa. Bardzo ciekawa, nie tak krystalicznie czysta postać w uniwersum.
      Podsumowując każda część tego filmu jest ciekawa i potrzebna. To tak jakby ktoś twierdził że pierwsze 30 minut Nowej Nadziei jest nudne…. podejście dzieciaka nastawionego na akcję. W Rogue 1 wszystko się rozkręca z czasem, fabularnie jest potrzebne i kapitalnie poprowadzone, żeby na koniec przeobraziło się w bombowy finał. Czytam teraz ilustrowany przewodnik z ogromem zdjęć i informacji. Ileż szczegółów jest w tym filmie i ile pracy, której przeciętny Kowalski po prostu nie doceni. Dla fana jednak to spełnienie marzeń. Dla mnie film rewelacja 9/10

      • bla_bla

        „Saw Gerrera miał rolę do spełnienia i tyle, tak jak wujek Owen.
        Niektórzy mam wrażenie chcieliby filmu dla każdej postaci z Rogue 1.”
        Chcieliby postaci na którą warto marnować czas ekranowy, a nie przekombinowanego i w dodatku bardzo źle (przeszarżowany) zagranego bohatera. Argument, że jest tylko łącznikiem akcji nie usprawiedliwia nawet w najmniejszym stopniu scenarzysty.

        „Cassian o którym wspomniałem jest świetną, nową postacią w filmie SW”.
        Nie jest, bo jak być może, skoro jest poprowadzony niekonsekwentnie? Jest partnerem Jyn i na tym jego rola się kończy. Postać jest zbudowana na wahaniu się, czy zastrzelić Galena, a następnie już niestety do końca tylko podąża za Jyn.

        „Tarkin fenonenalny, w 95 % identyczny jak Peter Cushing, to samo Leia. Jak ja się cieszyłem że oni są.”
        SERIO ?! Szanowny rozmówco, raczysz żartować, aczkolwiek żart kiepskawy. Toż mnie przy okropnym 3D i okropnych ciemnych okularach w Multikinie to raziło. Drugim razem nie popełniłem tego błędu i poszedłem na 2D, przy czym w 2D jeszcze bardziej uwidacznia się marność zastosowanego CGI.

        „Podsumowując każda część tego filmu jest ciekawa i potrzebna. To tak
        jakby ktoś twierdził że pierwsze 30 minut Nowej Nadziei jest nudne….
        podejście dzieciaka nastawionego na akcję.”
        A niech wstęp trwa i godzinę, ale żeby nie był nudny.
        Osobiście uwielbiam godzinną wędrówkę po JAJO w „Obcym” ! Tam też nic się nie dzieje, no a jednak…
        Dalszej części wypowiedzi nie skomentuję.

        „Ileż szczegółów jest w tym filmie i ile pracy, której przeciętny
        Kowalski po prostu nie doceni. Dla fana jednak to spełnienie marzeń”

        Uroniłem łzę, tyle pracy, a tyle ludu nie doceniło. O tempora, o mores!

        • Jacek Bednarczyk

          Saw Gerrera jest postacią drugoplanową, ale jest ważny dla fabuły, bo z nim się łączy wątek Galena, Jyn i Rebelii. Bez niego nie byłoby całego wątku na Jedhie. Nie rozumiesz tego? Bardzo dobrze jest pokazany i zagrany, jako wyniszczony ekstremalny rebeliant.
          To samo Cassian. Widzimy go jako rebelianta robiącego różne rzeczy, który przy Jyn nieco się zmienia, pokazuje jej jakie to wszystko jest trudne i niejednoznaczne, by pod koniec razem z nią konsekwentnie poświęcić się dla misji. Może czepisz się w ten sposób Hana Solo, który potem podążał za bohaterami. Co za głupi argument.
          O Tarkinie powtórzę, że było to kapitalnie zrobione, może nie we wszystkich ujęciach, ale to był Tarkin, lepiej się tego nie dało zrobić. Zawsze przy świadomości, że to będzie CGI będzie trochę widać. Jedynie przy normalnym aktorze byłoby to nie do odróżnienia co jest niemożliwe. Osiągnięto najlepszy jaki się dało efekt.
          Dla mnie cały film jest poprowadzony świetnie, wszystko jest po coś i chłonie się każdy kadr.
          Nie spodziewam się że lud doceni wszystko co jest w nim zawarte. Dla mnie to film bardziej dla fanów a nie masówki. Taki pojedyńczy expanded universe. W Star Wars nie wszystko musi być skrojone perfekcyjnie pod jeden film, to są elementy ogromnego świata, które wszystkie razem kapitalnie ze sobą współgrają.
          Jak jesteś takim mądralą to sam napisz lepszy scenariusz (bardzo jestem ciekawy jak uatrakcyjniłbyś postać Sawa i cały pierwszy akt), zrób lepsze efekty niż ILM i w ogóle zrób doskonały film, wtedy sobie pokrytykujemy.

          • bla_bla

            „Saw Gerrera jest postacią drugoplanową, ale jest ważny dla fabuły, bo z
            nim się łączy wątek Galena, Jyn i Rebelii. Bez niego nie byłoby całego
            wątku na Jedhie. Nie rozumiesz tego? Bardzo dobrze jest pokazany i
            zagrany, jako wyniszczony ekstremalny rebeliant”

            Nie, nie i jeszcze raz nie. To, że jakiś element połączył wątki, to nie znaczy, że był dobrze zrobiony. Tu rebeliant jest bo jest, a to że ktoś mi go przedstawi jako znużonego buntownika i da mu maskę z tlenem, to dla mnie za mało. Zamiast kadrów z pilotem Imperium o wypranym mózgu, reżyser mógł rozwinąć postać Sawa. Za to dostaliśmy więcej ujęć z niewidomym mnichem i jego mantrą.
            Nad grą aktorską Foresta pochylę tylko w milczeniu głowę.
            Widzisz, ja karierę tego aktora obserwuję od filmu A.Ferrary „Porywcze ciał” z 93`, gdzie zobaczyłem go po raz pierwszy i już wtedy wiedziałem, że to świetny aktor i że w przyszłości Oscara ma jak w banku. Nie pomyliłem się.

            „Nie spodziewam się że lud doceni wszystko co jest w nim zawarte. Dla mnie to film bardziej dla fanów a nie masówki”
            Pisząc coś takiego, nie bierzesz pod uwagę przyczyny sukcesu Gwiezdnych Wojen, który trwa od przeszło 40 lat! Narażasz się także na posądzenie o ignorancję.
            TO NIE HERMETYCZNOŚĆ A UNIWERSALNOŚĆ MITU I ARCHETYPÓW ZDECYDOWAŁY O SUKCESIE GW.

            „Jak jesteś takim mądralą to sam napisz lepszy scenariusz (bardzo jestem
            ciekawy jak uatrakcyjniłbyś postać Sawa i cały pierwszy akt), zrób
            lepsze efekty niż ILM i w ogóle zrób doskonały film, wtedy sobie
            pokrytykujemy”

            Zabawny argument, ale niestety zamknąłeś sobie nim pole do dyskusji, przynajmniej ze mną.

          • Jacek Bednarczyk

            Ja już z Tobą i tak nie chcę dyskutować. Masz inne zdanie ale w argumentach nie odwołujesz się w ogóle do tego co ja piszę. Przykładowo podkreślam, Rogue 1 jest jak bardzo dobra książka w ekspanded universe. To już nie jest film uniwersalny dla mas jak przebudzenie mocy czy inne części. Miał opowiedzieć historię wszystkim już dobrze znaną, bardzo konkretną i zrobił to moim zdaniem bardzo dobrze.

            Krytykowanie ILM’u że coś robi tragicznie jest śmieszne a poza tym wykazujesz się brakiem szacunku dla twórców. Pokaż mi lepiej zrobioną postać CGI od Tarkina w filmie. To jest top obecnych możliwości i tak jak napisałem realizm na 95 %.
            Widzisz, mi ten film nie musiał niczego udowadniać, miał zrobić tylko 3 rzeczy. Pokazać jak wykradną plany GŚ, pokazać najlepszą bitwę w uniwersum SW i pokazać kozacką scenę z Vaderem. Reszta to dodatek, mogłaby być po prostu poprawna a i tak dostałem dużo więcej niż się spodziewałem.

            To że wszystko wychodzi od Galena, poprzez Bohdiego, aż do Sawa, to jak jego postać jest skonstruowana, że nie ufa właściwie nikomu, że jest wrakiem człowieka, który już nie chce uciekać, że akurat Jyn się zjawia, bo Rebelia trzyma rękę na pulsie i ma swoje kontakty, to wszystko jest dla mnie świetnie zrealizowaną intrygą, która mnie złapała od początku. Nie przejmuję się krytykantami, którzy zawsze wszystko by zrobili lepiej. Reżyser mógł rozwinąć postać Sawa….. taaaaa…..tak samo jak Lucas postać Boby Fetta w OT. Też zajebiście ważna postać z historią. Sam piszesz, że wolałbyś więcej Sawa ale kosztem Bohdiego i Chirruta, a ja mówię NIE! Każdy tutaj jest po coś i nie musi być postacią „larger than life”. O tym zresztą pisze autor felietonu. Więcej o nich się dowiemy w książkach i komiksach.

            Rogue 1 ma wzorowy scenariusz, progresywnie rozwijany, w którym wszystko się po kolei razem łączy i pięknie rozwiązuje w wielkim finale. Cytując Hana Solo: „może nie jest idealny, ale ma to co trzeba”






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

SAM PECKINPAH. Krwawy moralista

Następny tekst

Nowa ekranizacja bestselleru Kinga. „To!” w klimacie Stranger Things



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE