LOST RIVER – Alegoria wielkiego rozpadu | FILM.ORG.PL

LOST RIVER – Alegoria wielkiego rozpadu

Hermetyczny projekt, niezależne kino nakręcone z pasją, pozbawione jednak głębszego znaczenia, w konsekwencji będące jedynie zachwycającą audiowizualnie wydmuszką.




Alegoria wielkiego rozpadu




Michał Degórski
10.07.2015


Wchodzący właśnie, z ponad rocznym opóźnieniem, na ekrany polskich kin „Lost River” w reżyserii debiutującego w tej roli Ryana Goslinga, to ten typ produkcji, którą trzeba poczuć, odkryć i odebrać synapsami nerwowymi zamiast chłodno studiować oraz poznawać intelektualnie czy narracyjnie. Widoczne są tu inspiracje – zarówno na poziomie konceptualnym jak estetycznym – kinem Davida Lyncha, Gaspara Noego oraz Nicolasa Windinga Refna, bliskiego przyjaciela aktora: dominuje podobny obezwładniający chaos fabularno-montażowy, dotkliwy bezład i pozorna bezcelowość.

Intryga, bardzo pretekstowa, oszczędna, wyjątkowo lapidarna, jest jedynie punktem wyjścia do filmu, mającego zaspokoić widza bodźcami audiowizualnymi.

Pytanie tylko rodzi się fundamentalne – na ile „Lost River” trafiło do globalnej dystrybucji (goszcząc uprzednio w konkursach głównych na najważniejszych światowych festiwalach), dzięki nazwisku Goslinga otwierającym każde drzwi, a na ile ze względu na swoją jakość?

Lost_River_review_-_CANNES

Detroit w tym filmie to miasto straconych szans, synonim kryzysu, obszar wyjałowiony z wszelkiej energii witalnej, na którym ciąży klątwa. Billy (znana z serialu „Mad Men” Christina Hendricks), matka samotnie wychowująca dwóch synów, zalega z opłatą czynszu, co grozi utratą domu i przymusową eksmisją. Zamiast jednak wyjechać z tego przeklętego miejsca, jak większość obdarzonych zdrowym rozsądkiem osób, postanawia walczyć o swoje. Trafia więc do jednego z tych specyficznych klubów, które mogą powstać jedynie w tak nieszczelnej, podupadającej rzeczywistości toczonej przez raka stopniowej degeneracji. Do tego przybytku wprowadza ją Kitty Cat (Eva Mendes), perfomerka i bogini perwersyjnych potrzeb. Pod jej opieką kobieta wchodzi w świat brudnych potrzeb opętanych mrocznymi żądzami mężczyzn – godzi się więc, z pobudek finansowych, na zaspokajanie ich w trakcie specyficznego seansu, teatru zezwierzęcenia. Unieruchomiona zostaje w przezroczystej powłoce, chroniącej przed fizycznym kontaktem, a przychodzący faceci mogą odgrywać w jej obecności sceny zadowalające ich chore fantazje o gwałcie bądź  torturowaniu.

maxresdefault (3)

Jej syn, Bones (Ian De Caestecker), podobnie jak matka kurczowo trzyma się miasta, gdzie się urodził, żyje tą przeszłością lecz myśli o przyszłości – aby załatać rodzinną dziurę budżetową sprzedaje zebraną ze zgliszczy miedź. Kradzieże te nie odpowiadają Bully’emu (świetny Matt Smith), który z błędnym wzrokiem i obłędem krążącym we krwi, rozbija się po ulicach swoim autem, na dachu którego ma zamontowany tron – w końcu jest królem, demoniczną ikoną tego rozkładającego się miejsca. Samochodem kieruje Chińczyk, któremu psychopata obciął wargi. Terroryzują okoliczną społeczność, złożoną z pogrążonych w beznadziei osób wykluczonych z życia. Wegetujących, pozbawionych nadziei, będących świadkami zatapiania się świata w mroku, który coraz trudniej przebić wzrokiem by dostrzec trochę światła.

575134_1.1

Gosling świetnie panuje nad obrazem i dźwiękiem. Dołożył wszelkich starań aby widz mógł wskoczyć, bez skręcenia sobie karku, w ten oniryczny świat.

Surrealistyczna forma jest tu celem nadrzędnym i wartością samą w sobie. Często także pudrem, starającym się przykryć nieudolności na poziomie scenariusza. Pod tym fantazmatem nie kryje się żadna konkretna historia – to film-teledysk, doskonała iluzja, hipnotyzujący obraz o odchodzącym, rozpadającym się na kawałki świecie, odważny audiowizualnie, ale nie mający podwalin w postaci sensownej opowieści.

Z ekranu bije jednak pasja, twórczy żar i ekspresja. Sporym plusem filmu w tym kontekście jest to, z jak zaskakującą lekkością się go ogląda. Półtoragodzinny seans tego obrazu mija bardzo szybko. Zazwyczaj tego typu produkcje – wymieniając chociażby „Inland Empire” Lyncha – są nużące, ciężkie, bełkotliwe w sposób przytłaczający. Z „Lost River” jest inaczej.  Ogromna w tym zasługa świetnego wyczucia tempa, wysmakowanych kadrów i genialnej korelacji między muzyką i obrazem, zespolonych ze sobą i współgrających w idealnej symbiozie. Wycieczka po tym przedsionku piekła ma więc uzależniający rytm, dzięki wyjątkowym barwom i hipnotyzującej warstwie muzycznej.

575172_1.1

„Lost River” nie miało ambicji bycia wielką metaforą lub uniwersalną przypowieścią o Ameryce czasu kryzysu gospodarczego, nieuchronnie zmieniającym się świecie czy moralnej apokalipsie. Film powstał z egoistycznych pobudek, czego w wywiadach nie krył sam Gosling, chcący przekuć swoje odjechane wizje i szalone pomysły w film. Wyjątkowo hermetyczny i pozbawiony grupy docelowej. Powstała ekstremalnie autorska produkcja, mogąca dotkliwie rozczarować nieprzygotowanego widza. Albo się ją pokocha, albo znienawidzi – sądząc po ocenach, najczęściej dzieje się to drugie.

Trudno jednoznacznie ocenić czy eksperyment, jakim jest debiut Goslinga jako scenarzysty i reżysera, należy do udanych.

„Lost River” to fantasmagoryczna opowieść wydestylowana z marzeń i koszmarów sennych, wydająca się być rojeniami chorego, zmęczonego umysłu, nakręcona jednak z zaskakująco dużym wyczuciem jak na debiutanta (na pewno pomogła w tym współpraca z cenionym operatorem Benoitem Debie – autorem zdjęć do m.in „Wkraczając w pustkę”, „Kalwarii” czy „Spring breakers”).

Seans obrazu jest więc gwarantem pokręconego, psychodelicznego tripu – filmowym paradoksem, który mimo wielu bardzo często zbyt oczywistych zapożyczeń, odwołań oraz wzorców, wydaje się być powiewem świeżości w dość konserwatywnym przemyśle filmowym, bojącym się testować nowe rozwiązania, mogące rozczarować pełnego przyzwyczajeń klienta fabryki snów.







  • ale

    Nieudana próba. Takie artsy-fartsy jak to
    mówią na zachodzie. Chcialby być Lynchem, ale oprócz sprawnego posługiwania się
    kamerą i ogólnie surrealistycznych pomysłów na ładne kadry, nie ma w filmie
    niczego ciekawego.

    Fakt, dobrze się oglada, co zauważa autor, to
    jednak chyba za mało.

    • Andriej

      Pffffft, może jeszcze raz przyjrzyj się tej linijce: „„Inland Empire” Lyncha – są nużące, ciężkie, bełkotliwe w sposób przytłaczający.” – Przymiotniki opisujące KAŻDY film Lyncha

    • nindustrialny

      Filmy LYNCHA. Dla jednych zupelny belkot. Zagmatwana wizja. Ciezkie. Monotonne. A dla innych ktorzy zwa sie myslicielami potrafiacymi dostrzec trzecie albo czwarte dno filmy LYNCHA sa arcydzielami sztuki kinematograficznej. Ja probowalem oglada lost highway i mulholland drive i inne i nic. Moze jestem zbyt prostym czlowiekiem.

  • steppenwolf1982

    Piękny, poetycki, inspirujący, niezwykły film. Dla mnie 9/10.

  • Artur Gralla

    Tak głupi opis filmy, że aż go zobaczę.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Przewodnik filmowy - gdzie powstawał VINCI?

Następny tekst

Przebudzenie Mocy - kapitalny materiał z planu



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE