nowości kinowe

Looper

Pomimo nieco rażącej przezroczystości reżyserskiej i braku wyraźnego stylu, film pozostaje dziełem fenomenalnie opowiedzianym, z montażem idealnie dawkującym widzom informacje i scenami, które niekiedy trzymają na krawędzi fotela.

Autor: Jerzy Babarowski
opublikowano

„Incepcja” przyszła i poszła, rozdziawiając nam otwory gębowe scenariuszem jakby utkanym z kosmosu i zostawiając nas w tym stanie na długie miesiące. O filmie Nolana różne rzeczy można mówić, ale na pewno nie to, że nie prowokował do przemyśleń. Od tamtej pory trudno było się natknąć na równie mózgotrzepny film s-f – no, był „Kod nieśmiertelności”, ale dzieło Duncana Jonesa razem z jego pogrążającym całość zakończeniem wolałbym zbyć milczeniem. Bryndza na polu oryginalnych, ambitnych filmów science-fiction trwała w najlepsze. Aż do teraz.

Oto bowiem nadszedł „Looper” – dzieło niejakiego Riana Johnsona, autora takich filmów jak „Kto ją zabił?” ("Brick") i „Niesamowici bracia Bloom”. Nie widzieliście ich? No właśnie, jesteście w większości. Cóż, jeśli o „Looperze” można napisać coś pewnego, to na pewno to, że ze wszystkich filmów amerykańskiego reżysera ten będzie miał największą szansę na wypromowanie jego nazwiska. A biorąc pod uwagę jakość dzieła – warto go promować.

 

„Podróży w czasie jeszcze nie wymyślono” – mych uszu dochodzi mętny, czarny jak smoła głos Josepha Gordona-Levitta we wprowadzającej scenie. – „Ale stanie się to za trzydzieści lat”. Ooooooo tak, moje trzewia już wyczuwają tę charakterystyczną dla Hollywoodu narrację z offu, która wszystko tłumaczy a la wymuszony przez producentów voice-over Harrisona Forda w „Blade Runnerze”. Dobra, nieważne. Jak film będzie dobry, to olać narrację. Jedziemy z tym koksem.

Sprawa wygląda tak: jesteśmy w Kansas City, rok 2044. Film stwierdza jasno – przyszłość do świetlanych nie należy. Wizję Johnsona można scharakteryzować jako coś pomiędzy Blade-runnerowym cyberpunkiem, a ponurą dystopią rodem z „Ludzkich dzieci” Alfonso Cuarona czy „Dystryktu 9” Neilla Blomkampa. Mamy tu pełen sztafaż urbanistycznych opowieści sci-fi: wielkie metropolie, wieżowce wyraźnie inspirowane dubajską Burj Khalifą, poduszkowce swobodnie szybujące ulicami, a wszystko to w nocy świeci się śliczniej niż choinka na Boże Narodzenie. Niestety – podobnie jak w przypadku Paris Hilton lub innych tego typu dystopii – zewnętrzne piękno jest jedynie fasadą dla postępującej wewnątrz degradacji społecznej i opryszczki odbytu. Film Johnsona każe nam przypuszczać, że społeczny porządek świata – a na pewno Stanów Zjednoczonych – został zniszczony przez jakiś nieokreślony kryzys gospodarczy. Na ulicach Kansas panuje wszechobecna bieda, wieczne bezprawie i całkowita anarchia – uciekający ze skradzionym jedzeniem bezdomni są zdejmowani z dubeltówek przez amerykańskich rednecków, po ulicach włóczą się wygłodniałe dzieci w obdartych łachmanach, a działalności gospodarczej w zasięgu wzroku brak – apatia wolnego rynku na pełnym gazie. Jest tylko Ona – MAFIA. Wszechobecna, kasiasta i bezwzględna, utrzymująca niemal absolutną władzę. A policji ani widu, ani słychu. Nie jest łatwo. Coś jak niedawny „Dredd 3D”.

 

Jak widać, koncepcja świata autorstwa Riana Johnsona do oryginalnych nie należy, jednak jeśli już jakiegoś świeżego elementu się w niej doszukiwać, to jest nim złączenie krajobrazu na wskroś miejskiego, brudnego i obskurnego z terenami dzikiej, dziewiczej natury – tutaj reprezentowanymi przez pola kukurydzy amerykańskiej prerii. Ich wizualne ujęcie czasem naprawdę robi wrażenie. Szkoda tylko, że tego samego nie da się powiedzieć o efektach specjalnych towarzyszących przecinaniu tych pól przez skutery powietrzne – sceny te naprawdę straszą wyjątkowo źle ukrytym green screenem i CGI.[pullquote]Design broni w "Looperze" to jedna z najsilniejszych stron tego filmu.[/pullquote]

No ale wróćmy do meritum. Naszym bohaterem jest Joe Gordon-Le… znaczy Joe, chciałem powiedzieć, amerykański Joe, grany przez zawsze przystojnego i uroczego Josepha Gordona-Levitta. Joe pracuje dla mafii, ale jeśli myślicie, że to zwykła mafia, to pomyślcie jeszcze raz. Praca Joego nie należy bowiem do typowych zajęć amerykańskiego gangstera. Koleś codziennie rano wstaje, dostaje faksem karteczkę z wydrukowaną godziną, jedzie na pobliskie pole kukurydzy, wyciąga wielką giwerę (notabene design wyposażenia w "Looperze" to jedna z najsilniejszych stron tego filmu) i celuje w pustą przestrzeń przed sobą. Następnie wyciąga z kieszeni śliczny złoty zegarek i… stoi tak, czekając aż na zegarku wybije godzina wskazana przez faks, który dostał do domu. Godzina w końcu wybija i – bach, magia! – przed Joem nagle pojawia się związany człowiek z workiem na głowie, usadowiony na klęczkach. Będąc romantycznym twardzielem po przejściach, Joe nie zastanawia się długo i od razu zdejmuje gościa ze swojej wielkiej giwery. Idzie po ciało, zdejmuje przytroczone do niego sztabki srebra i idzie się zameldować do szefostwa. Po drodze jeszcze parę razy zakropi sobie oczy dziwnym, wyostrzającym zmysły specyfikiem, z którego by pewnie korzystał szczęśliwie Philip K. Dick, gdyby dożył sędziwszego wieku niż pięćdziesiąt trzy lata.

 

O co tu w ogóle chodzi? Ano tutaj właśnie zaczyna się mindfuck – bowiem widzicie, moi drodzy, ofiary Joego, tak nagle pojawiające się znikąd na polu kukurydzy pod Kansas, są przysyłane z przyszłości. Sytuacja wygląda tak: około roku 2074 ludzkość opracuje technikę podróży w czasie, ale niemal natychmiast zostanie ona zdelegalizowana. Jako że na świecie do tego czasu wiele się raczej nie zmieni, to mafiozi dalej będą kontrolować wszystko, co tylko możliwe – przejmą więc i nową technologię. „Looper” każe nam uwierzyć, że w przyszłości – z jakichś nieokreślonych powodów – znajdowanie i identyfikowanie martwych ciał jest niezwykle łatwe. Mafia więc – która, jak wiadomo, w biznesie produkcji martwych ciał nie ma sobie równych – wymyśla iście szatański sposób na pozbycie się ich. Otóż mafiozi łapią swoje ofiary, krępują je, zakładają im worki na głowy, po czym wysyłają w przeszłość, aby tam zostały zlikwidowane przez takich właśnie ludzi jak Joe – czyli looperów*. Skąd w przeszłości biorą się ci looperzy, zapytacie? Ano stąd, że przyszli gangsterzy wysłali jakiś czas przed akcją filmu w przeszłość niejakiego Abe'a – gościa, który założył całą „teraźniejszą” działalność sprzątającą i, przypuszczalnie, w jakiś tajemniczy, nieokreślony w filmie sposób przyjmuje polecenia od swoich mocodawców z przyszłości. Gra go świetny w swojej roli, nieco zapomniany dziś Jeff Daniels – i jego dialog z Joem należy do najlepszych i najśmieszniejszych momentów filmu.

Ale jeśli myślicie, że to już koniec mindfucków, które "Looper" nam serwuje, to jesteście w błędzie. Otóż okazuje się, że w przyszłości podróże w czasie są tak bardzo zakazane, że mafiozi czasem pozbywają się byłych looperów, aby uniknąć sytuacji, w której taki looper zostanie schwytany przez władze i wyjawi im dane organizacji, dla której kiedyś pracował. Taki looper zostaje zabrany przez gangsterów, cały jego dobytek zmieciony z powierzchni ziemi, a on sam wysłany w przeszłość, gdzie… zostaje zabity przez swoje przeszłe wcielenie. Dla takiego loopera z przeszłości to wydarzenie jest równoznaczne z rozwiązaniem kontraktu – dostaje on sowitą odprawę, po czym może udać się w świat gdzie tylko zechce, wiedząc że ma przed sobą trzydzieści lat życia i że kiedyś – prędzej czy później – zostanie dowieziony przez swoich byłych pracodawców z workiem na łbie do wehikułu czasu i zabity przez swoje przeszłe ja. Takie zdarzenie nazywa się "zamknięciem pętli". Jeśli zaś tak się stanie, że widząc swoje przyszłe wcielenie looper się zawaha, nie zabije swojego celu, a ofiara mu ucieknie – zostaje on natychmiast zabity, aby jego przyszłe ja nie narobiło żadnych szkód.

 

Wiedząc to i mając jednocześnie świadomość, że w filmie gra pięćdziesięciosiedmioletni Bruce Willis u boku trzydziestojednoletniego Levitta, możemy już sobie wyobrazić jaki problem ma Joe.

To głównie na konflikcie tych dwóch mężczyzn – dwóch wcieleń tej samej osoby – zasadza się akcja filmu. Po raz popełnionym błędzie, teraźniejszy Joe będzie się starał za wszelką cenę dopaść i usunąć swoje przyszłe ja, podczas gdy jego przyszłe wcielenie ściga się z czasem w poszukiwaniu tajemniczego Deszczowca – dziecka, które za trzydzieści lat przejmie kontrolę nad światowymi organizacjami mafijnymi i zacznie zamykać wszystkie pętle, tym samym niszcząc Joemu z przyszłości życie…[pullquote]Film nie cierpi na syndrom "Incepcji", gdzie zasady rządzące światem przedstawionym były tak skomplikowane, że nie można ich było zrozumieć aż do końca filmu.[/pullquote]

Uffff, udało się. Dalsze opisywanie fabuły byłoby wobec was nie fair, a i tak nie wiem, czy nie wyjawiłem za dużo – choć wszystkiego, co napisałem powyżej możecie się dowiedzieć z trailera. Ile mi to zajęło? Dwie strony? No właśnie: jak w przypadku niemal każdego filmu s-f, „Looper” poświęca na ekspozycję odpowiednio więcej czasu, niż zrobiłby to film z innego gatunku. Na szczęście akurat pod tym względem Johnson jest o wiele sprawniejszym reżyserem niż Christopher Nolan i z ulgą mogę stwierdzić, że jego film nie cierpi na syndrom "Incepcji", gdzie zasady rządzące światem przedstawionym były tak skomplikowane, że nie można ich było zrozumieć aż do końca filmu.

Teraz tak – dlaczego mafiozi z przyszłości najpierw nie zabijają swoich ofiar, a potem samych ciał nie wysyłają w przeszłość? Dlaczego przyszłe wcielenia looperów są wysyłane do swych przeszłych wcieleń, a nie rozprowadzane do innych looperów, którzy nie mieliby problemu z usunięciem ich? Po co w ogóle się w to bawić – nie łatwiej po prostu takiego loopera usunąć w teraźniejszości i na jego miejsce zwerbować nowego, zamiast bawić się w jakieś zapętlanie czasu? Czy każdy looper zamyka swoją pętlę? A jeśli nie, to co się dzieje z tymi, którzy jej nie zamykają? Dlaczego…

I tak dalej i tak dalej… Ech, no właśnie. „Looper” to film opowiedziany w sposób boleśnie łopatologiczny (wspomniana narracja Levitta boli niemiłosiernie…) i oparty na kretyńskich, naiwnych założeniach, które jednak są na tyle logiczne, że Johnson w godny podziwu sposób trzyma się ich do samego końca i jest wobec (prawie wszystkich z) nich konsekwentny. To boli o tyle, że gdyby tylko te założenia były lepsze, bardziej przemyślane i lepiej wyjaśnione na ekranie, a narracja pozwalała chociaż na odrobinę subtelności (a uwierzcie, że w obecnej postaci nie pozwala nawet na tyle), moglibyśmy mieć do czynienia z nowym klasykiem kina science fiction.

 

Do czynienia z klasykiem nie mamy, choć – powtórzę raz jeszcze – w ramach głupiutkich ram, które sam sobie wyznaczył, Johnson (również scenarzysta) jest w miarę konsekwentny i spójny, a każdy element jego skryptu ma znaczenie w historii. Uwagę zwraca zwłaszcza sposób poradzenia sobie z problemem, przed którym staje każdy twórca opowieści z podróżami w czasie, czyli z paradoksami czasowymi. Otóż Johnson decyduje się na dające bardzo dużo swobody, a jednocześnie bardzo optymistyczne spojrzenie na sprawę – przyszłość w "Looperze" nie jest konkretną rzeczywistością, a raczej pewnym wiecznie poruszającym się, wiecznie płynącym w kalejdoskopie czasu zbiorem alternatyw. Im bliżej danego momentu się znajdujemy, tym mniej mamy alternatyw, aż w końcu pozostaje tylko ta jedna. My zaś mamy cały czas wolną wolę, żeby wydarzenia zmieniać – nie jesteśmy niewolnikami historii. Cykle wydarzeń nadal powtarzają się w wiecznie obracającym się kole meta-czasu, ale nie jesteśmy ich biernymi widzami – jesteśmy uczestnikami.

Takie właśnie spojrzenie na czas daje sprawnemu bardowi mnóstwo możliwości dramaturgicznych i cieszy mnie, że Johnson z większości z nich korzysta. Amerykański twórca zamienia swoją koncepcję w narzędzie fabularne, które popycha akcję naprzód i – jak się w pewnym momencie filmu okazuje – staje się kluczowe dla fabuły.[pullquote]Historia stoi tutaj na pierwszym miejscu – o podróżach w czasie za wiele się z niego nie dowiemy, gdyż to postacie i ich dylematy są najważniejsze.[/pullquote]

Zresztą jeśli o „Looperze” można powiedzieć coś jeszcze poza tym, że ma potencjał do wypromowania nazwiska swojego twórcy, to na pewno, że historia stoi tutaj na pierwszym miejscu – o podróżach w czasie za wiele się z niego nie dowiemy (jak mówi nam w pewnym momencie niezastąpiony Bruce: mógłby się bawić w rysowanie nam jakichś pieprzonych diagramów, ale nie ma zamiaru), gdyż to postacie i ich dylematy są najważniejsze.

Aktorsko jest nieźle – wspomniany Daniels w swoim niewielkim epizodzie wymiata, Bruce Willis w końcu gra poważną, dramatyczną rolę w dobrym filmie i wychodzi mu to znakomicie (a w pewnym momencie reżyser pozwala mu nawet na chwilę wchłonąć jego osobowość z lat osiemdziesiątych…) , a Emily Blunt jest świetna w roli, o której nic nie mogę powiedzieć. „Looper” ma też jedną z najlepszych dziecięcych kreacji aktorskich, jakie widziałem od bardzo długiego czasu – jestem ciekaw, co rodzice tego dzieciaka powiedzieli po przeczytaniu scenariusza…

Natomiast Joseph Gordon-Levitt… no, on po prostu jest. Szczerze? Wydał mi się miejscami drętwy. Ale może z moim odbiorem ma coś wspólnego fakt, że twarz amerykańskiego aktora została zmieniona protezami, aby bardziej przypominała oblicze Bruce'a Willisa…

 

"Looper" to ciężki film do oceny. Z jednej strony obdarzony świeżymi, oryginalnymi pomysłami, świetnie opowiedziany, warsztatowo bez zarzutu, ze scenariuszem, który doskonale wie, co zrobić z opowiadaną historią i oddanymi aktorami, z drugiej – pozbawiony stylu, z podaną na tacy treścią nie pozwalającą na jakikolwiek udział widza i szeregiem bzdurnych założeń i głupot, które niszczą całość. To jeden z tych filmów, które każdy z nas widział co najmniej parę razy w życiu – obraz, który urzeka pomysłami i historią podczas oglądania, ogłupia nas i wprowadza w trans magią świetnie opowiedzianej fabuły tylko po to, abyśmy po wyjściu z kina i przemyśleniu paru spraw doszli do wniosku ile rzeczy tam było bez sensu.

Ale czy warto się na „Loopera” do tego kina wybrać? Zdecydowanie tak! Jonhson nie nakręcił filmu o podróżach w czasie, ale film o ludziach – podróże przez czas stanowią jedynie tło i pretekst do postawienia bohaterów przed takimi, a nie innymi dylematami. Pomimo nieco rażącej – przynajmniej mnie – przezroczystości reżyserskiej i braku wyraźnego stylu, jego film pozostaje dziełem fenomenalnie opowiedzianym, z montażem idealnie dawkującym widzom informacje i scenami, które niekiedy trzymają na krawędzi fotela. I jeśli tylko zapomnimy o bezsensownych założeniach początkowych i łopatologicznej narracji, to bez trudu wciągniemy się w tę pokręconą, szaleńczą jazdę przez pola kukurydzy Kansas.

Tylko apeluję do was – zanim, podobnie jak zachodni krytycy, uznacie "Loopera" za najlepszy s-f od czasu „Ludzkich dzieci”, pomyślcie chwilę i prześledźcie sobie w głowie wydarzenia z tego filmu. Zapewniam, że po chwili ochota na okrzyknięcie go arcydziełem wam przejdzie.

 *za cholerę nie pamiętam jak to słowo zostało przetłumaczone na polski więc może lepiej, żeby zostało tak, jak jest.

Ostatnio dodane