nowości kinowe

Londyn w ogniu

Prosty akcyjniak będący dokładnie tym, czym chciał być – narodowym pornosem ze spluwami, ku pokrzepieniu serc w czasach szalejącego terroryzmu

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Trzy lata temu Antoine Fuqua postanowił puścić z dymem Biały Dom w Olimpie w ogniu. Założenia filmu były proste i skuteczne, w duchu najbardziej amerykańskiego kina epoki rządów Reagana. Źli do szpiku kości koreańscy terroryści przejęli miejscówkę prezydenta Stanów Zjednoczonych i wzięli zakładników – w tym samą głowę państwa – a jedyną osobą, która mogła posprzątać nawarstwiający się syf i uratować stolicę światowej sprawiedliwości, był Mike Banning – były ochroniarz prezydenta i jego dobry kumpel, który rzucił robotę po tragicznej śmierci pierwszej damy. Ale dramaty rodzinne z miejsca poszły do kosza, bo sednem filmu był przeamerykański heros perfekcyjnie wykonujący swoją robotę i mordujący terrorystów w ilościach hurtowych.

Nic dziwnego, że pasibrzuchy z hollywoodzkich wytwórni postanowiły kontynuować tę współczesną mitologię i w kontynuacji podkręcić wszystko, co tylko można. Zmienił się reżyser – na stołku usiadł wychowany w Szwecji Irańczyk Babak Najafi, wyrobnik mający na koncie m.in. dwa świetne odcinki fantastycznego Banshee i kontynuację Szybkiego Cashu. Londyn w ogniu może jednak wywindować jego szanse na rynku jankeskich akcyjniaków, bo to naprawdę kawał niezłej i bezceremonialnej rozpierduchy – pełnej głupot i maksymalnych uproszczeń, ale i serducha.

Po rozwaleniu najważniejszego amerykańskiego budynku oczywistością było, że teraz trzeba zamordować jakieś europejskie miasto. Padło na Londyn, bo jest najbardziej rozpoznawalnym miastem Starego Kontynentu w Stanach. Splot wydarzeń doprowadzający do powtórzenia szkieletu fabularnego znanego z jedynki jest tak kuriozalny, że nie chcę go spoilerować, więc powiem krótko: głowy państw trafiają z pewnego powodu do Londynu, terroryści z Bliskiego Wschodu (pod kierownictwem Wielkiego Złego, który oprócz bycia złym draniem dokonuje również osobistej zemsty na USA) wysadzają co się da, a prezydent Asher (Aaron Eckhart), na którego głowę dybią zastępy Arabów, znów musi zostać uratowany przez Mike’a Banninga (Gerard Butler).

l2

Cały film to po prostu wysokobudżetowe patriotyczne porno, na którym zapłakałby sam Michael Bay.

Akcja rozgrywa się bez zbędnych słów (chyba że trzeba zaznaczyć, jak wielka jest Ameryka i jak bardzo dojedzie każdego, kto będzie chciał jej podskakiwać) – dostajemy praktycznie same one-linery i wybuchy. Ale to nie jest wada, ponieważ podobnie jak w jedynce teksty Banninga są tutaj na wagę złota, a każde przekleństwo można zapisać w tomiku krwawej poezji. Zresztą Banning (uroczo konsekwentny, wyciąga z roli ile się da i ma świetną chemię z Eckhartem) to taki trochę anty-John McClane – w przeciwieństwie do nowojorskiego gliniarza nie wpada w opały przypadkowo i nie narzeka na bajzel, na jaki trafił. Jest jak maszyna, która perfekcyjnie wykonuje swoją robotę – musi wymordować wyskakujących za węgła przeciwników, sprawdzić kilka zwojów mózgowych za pomocą noża i za wszelką cenę uratować prezydenta. Bez zbędnych ceregieli. Trudno faceta nie lubić i naprawdę tęskniłem za takim bohaterem od czasu akcyjniaków z lat sześćdziesiątych w stylu Cobry czy Rambo III.

Oczywiście, film jest po brzegi wypełniony kolosalnymi głupotami (zastęp nieletnich harcerzy jest lepiej skoordynowany niż brytyjskie służby specjalne), ale bawiłem się na seansie jak prosię, kupując tę nacjonalistyczną laurkę z całym bagażem naiwnych rozwiązań. Dodatkowo ksenofobia i nacjonalizm wylewają się z filmu w ilościach hurtowych, ale na tym budowano akcyjniaki z epoki Reagana, więc niech sobie chociaż tutaj Amerykanie w spokoju uratują cały świat przed terroryzmem i ISIS – ostatecznie. Mike Banning to mokry sen jankeskiej prawicy, a sam film wygląda jak sesja w Call of Duty (wymiany ognia są zaplanowane naprawdę przyjemnie dla oka). Aż mi głupio, że tak dobrze się bawiłem.

l8

Wad jest tutaj więcej – oprócz niemożebnie kulejącego (ale uroczego na swój makabryczny sposób) czegoś, co można nazwać scenariuszem, dostajemy jeszcze ohydne eksplozje w CGI, słabo zmontowane pościgi i aktorów, którzy – oprócz dwójki głównych bohaterów i Morgana Freemana – nie wychodzą poza role mięsa armatniego. Trudno jednak karcić Londyn w ogniu, ponieważ jest dokładnie tym, czym chciał być – narodowym pornosem ze spluwami, ku pokrzepieniu serc w czasach szalejącego terroryzmu. Tak, to prawicowa propaganda i amerykańska fantazja o zaprowadzeniu porządku za pomocą kul, ale ma swoje miejsce na filmowym nieboskłonie oraz zapewnia konkretną rozrywkę – chociaż dzień po seansie niewiele będziecie z niego pamiętać.

Bo pod tym kulawym politykowaniem siedzi jednak mit niezniszczalnego bohatera wypluwającego z siebie siarczyste one-linery, który po prostu wykonuje swoją pracę najlepiej jak potrafi. Niepoprawny, zjadliwy anachronizm.

W dzieciństwie zakatowałbym VHS-a. Z chęcią wrócę do przygód Banninga, gdy poleci odbijać prezydenta z łap Chińczyków albo nawet kosmitów.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane