Lock up (Osadzony). Więzienny dramat sensacyjny ze złotej ery VHS | FILM.ORG.PL

Lock up (Osadzony). Więzienny dramat sensacyjny ze złotej ery VHS

Choć skażony jest większością grzechów ery VHS, to równocześnie posiada większość jej zalet – ze świetnym klimatem, niezłymi scenami akcji i znakomitą muzyką na czele.







Bogusz Dawidowicz
06.07.2016


stallone lock up

Z archiwum film.org.pl. Przypominamy klasyk z okazji 70. urodzin Sylwka.

 

„Stallone… behind bars? Not for long.”

Stallone przez większość  swojej długoletniej kariery nie chciał – lub nie potrafił – pogodzić się z tym, że w popkulturę na stałe wpisał się jako ikona kina akcji. Sly pragnął czegoś więcej – wszak to od dramatów pokroju: pierwszych części „Rocky’ego” (1976), „Rambo” (1982), „Paradise Alley” (1978), czy też „F.I.S.T.”(1978) zaczynała się jego wielka kariera.

W latach 80 i 90 często angażował się do filmów, którym daleko było do typowego kina akcji. Projektów z silnymi akcentami obyczajowymi, dramatycznymi, a nawet komediowymi. Dość przywołać: „Over the Top”(1987), „Cop Land”(1996), „Oscar”(1991) i wiele innych. Na stare lata Stallone chyba przestał walczyć z wiatrakami i swoim emploi niepokonanego „über macho”, czego wyrazem jest choćby seria „Expendables”. „Lock Up” pochodzi z okresu, gdy jeszcze próbował coś zmienić w tej materii.

„Lock Up” (Osadzony) to więzienny dramat sensacyjny ze złotej ery VHS, tj. 1989 r. Stallone wciela się we Franka Leone – pensjonariusza zakładu karnego, w którym panuje atmosfera bardziej przypominająca sanatorium, aniżeli miejsce przymusowego odosobnienia. Oczywiście Sly nie jest zwykłym bandziorem – trafił za kratki, gdyż chciał pomóc słabszemu. Nieco zbyt intensywnie bronił przybranego ojca przed zgrają napastników…proszę się nie krzywić – przynajmniej uniknięto największego celuloidowego banału, mianowicie opowiastki o niewinnym herosie walczącym o wolność.

6d74d5c2-ea8e-11e2-a6d5-005056b70bb8

Frank – mimo, iż w przeszłości trochę za mocno obił kilka facjat – to w gruncie rzeczy fajny gość! Jest zręcznym mechanikiem, lubi grać z dzieciakami z sąsiedztwa w football, na jego wyjście z pudła czeka ponętna blondynka Melissa (Darlanne Fluegel), a nade wszystko – świetnie wygląda w białym podkoszulku. 

Raj utracony

Wszystko powoli zaczynałoby się układać dobrze – Frankowi zostało jedynie pół roku odsiadki – gdyby nie to, że Leone zostaje nagle przeniesiony do więzienia „Gateway” o maksymalnie zaostrzonym rygorze. Za tę wycieczkę odpowiada naczelnik „Gateway”, niejaki Drumgoole – w tej roli demoniczny i zepsuty do szpiku kości Donald Sutherland. Drumgoole chowa do Franka osobistą urazę, od czasu gdy Leone jako jedyny uciekł z „Treadmore” – więzienia, którym on poprzednio dyrygował. Upokorzonego Drumgoole’a skierowano do prowadzenia podłego „Geteway”, za co zamierza zamienić życie Franka w piekło…W tym momencie ktoś mógłby stwierdzić: „O, to jednak Leone nie jest taki święty – próbował zwiać z mamra!”, niestety Frank uciekał nie z egoistycznych pobudek, ale dlatego, ponieważ naczelnik nie pozwolił mu odwiedzić umierającego „ojczyma”.

lockup1201

W dalszej części filmu nieugięty Leone robi wszystko, by nie dać się złamać podłemu Drumgoole’owi, a ten stosuje sztuczki najgorszego sortu, z wmieszaniem w całą aferę ukochanej Franka włącznie. Bohater Sly’a nie tylko walczy o własne przetrwanie, ale w tzw. międzyczasie pokazuje najgorszym mętom w „Gateway”, kto jest prawdziwym twardzielem, a nawet organizuje dla kilku penitencjariuszy terapię grupową – naprawę klasycznej fury tj. Forda Mustanga GT z 1965 r. – która to w zamyśle ma im dać namiastkę wolności. 

That’s 80’s

Można by się jeszcze długo zżymać zarówno na – delikatnie mówiąc – mało wyrafinowaną fabułę, czy też kreacje dwóch najważniejszych uczestników spektaklu – złowrogiego Sutherlanda, grającego na granicy autoparodii i znajdującego się na przeciwległym biegunie Stallone’a, który w każdej scenie wydaje się na serio cierpieć za miliony. Ludzi, nie dolarów. Nie o to jednak tu chodzi. „Lock Up” z pewnością nie należy do najlepszych produktów lat 80, tym nie mniej zdecydowanie plasuje się powyżej średniej i ma w Polsce zagorzałe grono wielbicieli – wnioskując chociażby po średniej ocen na Filmwebie.

2087459,VwhFldAt9VSesTlQO1wAKSzAvqPs01Lbqbf5kCRIWjyUKqa3ojuuW9XLRGCbVh6L0826fU64K9flKo9BfiVfOw==

„Lock Up”, choć skażony jest większością grzechów ery VHS, to równocześnie posiada większość jej zalet – ze świetnym klimatem, niezłymi scenami akcji i znakomitą muzyką na czele. Instrumentalny motyw przewodni skomponował Bill Conti („Rocky”, „Karate Kid”). W trakcie seansu spore wrażenie robi wzruszające „Ever Since the World Began” w wykonaniu Jimmiego Jamisona („Survivor”) oraz pełne werwy „Vehicle” kapeli „Ides of March”.

Za reżyserię odpowiada John Flynn – dwa lata później nakręcił chyba najlepszy ze szlagierów Seagala, tj. „Out For Justice”. Bardzo solidnie prezentuje się drugi plan „Osadzonego”. Sly’a i Donka dzielnie wspierają: Tom Sizemore („Passenger 57”, „Heat”), John Amos („Die Hard 2″, „Coming to America”), Sonny Landham (Billy z „Predatora”) i Frank McRae (rozkrzyczany kapitan policji z „48 Hrs”). Jak widać mamy do czynienia z doświadczoną ekipą, mającą w swoich resume hity, które onegdaj rozgrzewały magnetowidy do czerwoności.

Cichy bohater

Na to miano niewątpliwie zasługuje miejsce akcji, nadające „Osadzonemu” unikalny klimat i szczyptę autentyzmu. Zdjęcia kręcone były w prawdziwym więzieniu stanowym o zaostrzonym rygorze – „Rahway” – we wschodnim New Jersey. W „Lock Up”, niemal namacalnie, da się wyczuć szarzyznę i ciężką atmosferę tego miejsca. Twórcy filmu, zanim zdecydowali się na „Rahway”, odwiedzili 8 innych zakładów karnych, rozsianych po całej Ameryce. Co więcej, penitencjariusze tego uroczego przybytku posłużyli na planie za statystów. Sly, w materiałach promujących film, nieskromnie wspominał o swojej odwadze, twierdząc, że na miejscu otaczało go (i ekipę zdjęciową) około 2 500 „kuracjuszy” „Rahway”, zaś do ochrony mieli co najwyżej 30 strażników. Do tego nieuzbrojonych. Musieli więc mieć nadzieję, że wokół będzie panować atmosfera dobrej woli.

4e35a47d1748e512546b9527590f8d7b

Nieco mniej melodramatycznie brzmiał John Rafferty – administrator „Rahway”. Rafferty bardzo cieszył się z wizyty ekipy zdjęciowej, bowiem w te co chłodniejsze miesiące, chłopaki (będące pod jego kuratelą) nie mają zbyt wiele rozrywek na świeżym powietrzu. Tak niecodzienna atrakcja, jak kręcenie filmu, z pewnością zajmowała ich czas i sprawiała, że mniej myśleli o robieniu głupot.

Więźniom opłacało się zachowywać grzecznie – codziennie 200 z nich statystowało na planie od 7.30 rano. do 5 po południu. Nie dość, że catering zapewniał im świeżą kawę i pączki, to jeszcze za dzień zdjęciowy inkasowali 23 dolarów, stawkę płacy minimalnej. Warto odnotować, że większość „klawiszy” pojawiających się w „Lock Up” to prawdziwi strażnicy z „Rahway”. Ci z kolei – dzięki panom z Hollywood – wzbogacali się co dobę o dodatkowe 93 dolce. 

Ach, ten Sly!

Skromność nie jest może największą cnotą Stallone’a (podobnie jak u Schwarzeneggera), ale jednego nie można mu odmówić – ogromu pracy i serca, jakie wkłada w każdy projekt, w którym uczestniczy. Podczas przygotowań do „Rocky’ego IV”(1985) Dolph Lundgren uderzył go tak mocno w klatkę piersiową, że Sylvester okupił to problemami z sercem i ośmiodniową hospitalizacją. W „The Exepndables” (2010) scena bójki ze Steve’em „Stone Cold” Austinem kosztowała go złamanie kilku kręgów szyjnych i wstawienie metalowej płytki. Niedowiarkom pokazał rentgen. W „Rocky Balboa” (2006) tak intensywnie sparował z Antonio Tarverem, że obecna żona (Jennifer Flavin) poważnie obawiała się o jego zdrowie. Skończyło się na siniakach i złamanej stopie.

Nie inaczej było w przypadku „Lock Up”. Szczególnie widoczne jest to w sekwencji więziennego footballu. Chłopaki, taplając się w błocie, są bardziej zainteresowani zrobieniem sobie nawzajem krzywdy (szczególnie Sly’owi), aniżeli wygraniem meczu. Sam Stallone – w tym przypadku w ogóle nie korzystając z usług kaskaderów – stwierdził, że omal nie złamał nogi, gdy w jednym z ujęć został brutalnie sprowadzony na ziemię.

Stallone uparcie twierdzi, iż Frank Leone to „everyman” – nie wyróżniający się z tłumu, ciężko pracujący facet, który na wczesnym etapie życia popełnił błąd. Błąd kosztujący go bardzo wiele. Co więcej „italian stallion” uważa, że „Leone to żaden Superman” i wszystkie czyny, akcje, jakie dokonuje na ekranie, nie są na tyle skomplikowane, trudne, by nie mógł ich wykonać niemal każdy zwyczajny mężczyzna. To założenie może nie odbiega aż tak drastycznie od prawdy, ale oczywiście Sly wyraźnie przecenił możliwości przeciętnego faceta lub po prostu zapragnął połechtać próżność męskiej części widzów.

W jednym z oryginalnych trailerów „Rocky’ego” (1976), amerykański lektor przedstawia odtwórcę głównej roli mówiąc, że: „porównywali go do Nicholsona, De Niro i Brando.” Obecnie nikt już raczej nie zestawi Stallone’a z tymi gigantami kina. Musi się zadowolić pozycją największej (obok Arnolda) persony kina akcji w historii. Legendą faceta odpowiedzialnego za powołanie do życia Rocky’ego Balboę i spopularyzowanie (oraz obdarzenie swoją fizycznością) Johna Rambo – postaci, które już dawno zajęły poczesne miejsce w kulturze popularnej. Mogło być gorzej.










  • sel

    Fajny tekst o pamietnym filmie :)

  • Marek

    Fajna recenzja :) Pozdrawiam

  • mały

    Boguś to były piękne czasy.

  • szczyglis

    Ah, ta magia VHS-owych okładek, gdzie każdy aktor nawet wątpliwej postury wygląda jak 3 Pudziany. Z tego co pamiętam z młodych, pięknych VHS-owych lat, to chyba tylko Arnolda nie trzeba było „graficznie” powiększać na okładkach ;)

  • bla

    Co się stało z Bucho ?






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Drugie Dno #28: Technologia 3D – hit czy kit?

Następny tekst

Polskie kino gadane



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE