nowości kinowe

Lekarstwo na życie

Nie wyszedł Gore Verbinskiemu powrót do kina grozy, bo zamiast powoływać się na Kubricka, w głębi duszy woli histerię i kiczowatość starych włoskich horrorów. A jedno gryzie się z drugim.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Baron krwi

Gore Verbinski ma świetne imię dla reżysera horrorów, choć do tej pory zrealizował tylko dwa filmy z tego gatunku. Amerykańska wersja Kręgu uznawana jest za jeden z lepszym remaków w kinie grozy, ale to było 15 lat temu. Od tego czasu Verbinski zasłynął przede wszystkim jako twórca Piratów z Karaibów i zdobywca Oscara za animację Rango. Mimo to trudno było nie mieć oczekiwań względem jego ponownej próby horrorowej, gdyż, jak mało który reżyser, przywiązuje olbrzymią wagę do rozmachu i elegancji, nawet w przypadku gatunku traktowanego często z lekceważeniem. I rzeczywiście, Lekarstwo na życie może pochwalić się wspaniałą, wystawną oprawą, starannie skomponowanymi kadrami, specyficzną atmosferą oraz ambicjami wykraczającymi poza standardowy straszak. Ale to wszystko, choć ma służyć filmowi, w dużej mierze przyczynia się do jego porażki.

Nie chodzi wcale o to, że perfekcja zabija horror. Lśnienie Stanleya Kubricka jest najlepszym dowodem obalającym tę tezę, a przy okazji dziełem, które z pewnością zainspirowało Verbinskiego. I tu mamy położony w górach budynek, imponujących rozmiarów, ale też z bardzo niesławną historią. Tu również główny bohater – przybysz z Nowego Jorku – zaczyna szybko odczuwać zły wpływ, jaki ma na niego to miejsce, a przeszłość niejako dyktuje teraźniejszość. Ma to działać na korzyść współczesnej opowieści o młodym, a już zepsutym pracowniku złej firmy finansowej, który otrzymuje „propozycję nie do odrzucenia”, aby udać się do kliniki w Szwajcarii i wyciągnąć stamtąd swojego, najwyraźniej postradanego rozumu, szefa. Przybytek ten słynie z drogich kuracji medycznych oraz źródlanej wody o wyjątkowych właściwościach, ale zaskakująco mało osób opuszcza mury placówki. Być może na tym polega magia miejsca – pacjentom jest tam tak dobrze, że chcą zostać jak najdłużej. Wkrótce główny bohater, Lockhart (Dane DeHaan), sam staje się rezydentem ośrodka.

Kolorem dominującym ponownie, jak to miało miejsce w Kręgu, jest zieleń, choć tutaj jest ona bardziej na miejscu, podkreślając zgniliznę świata wielkich pieniędzy, a później samej kliniki, której tajemnice zdecydowanie nie poprawią nikomu samopoczucia.

Liczne odbicia – w szklanych budynkach, tafli wody, bądź metalowych instrumentach medycznych – sugerują ukrytą „po drugiej stronie” prawdę, ale i bez nich wiemy, że ze szwajcarskim ośrodkiem jest coś bardzo nie tak.

Recepcjonistka ze swoim biurokratycznym usposobieniem irytuje, ale to jej firmowy, bezduszny uśmiech budzi niepokój. Dyrektor (Jason Isaacs) jawi się jako człowiek konkretny i życzliwy, lecz trudno nam uwierzyć, aby był nieświadomy dziwnych wydarzeń i zachowań, tak pacjentów, jak i swoich pracowników. Miejsce to wydaje się żywcem wyjęte z pierwszej połowy XX wieku, co widać w wyglądzie budynku, strojach oraz specyfice kuracji. Bezbronność Lockharta wynika nie tylko z faktu, że jako pacjent z nogą w gipsie ma utrudnione pole działania, ale przede wszystkim ze swojej bardzo współczesnej i nowoczesnej natury – jest tak, jakby cofnął się w czasie, musiał zmienić swoje nawyki, tempo życia, odrzucić to wszystko, co do tej pory nim kierowało. Jest jednak zbyt cwany, aby nie zauważyć, że placówka stoi na podobnych fundamentach, co jego firma, dopatrując się wszędzie fałszu, szukając przysłowiowych szkieletów w szafie. Problem polega na tym, że ta analogia jest jasna już od początku, odbierając filmowi możliwość autentycznego poddania w wątpliwość zdrowia psychicznego głównego bohatera. Ani przez moment nie odniosłem wrażenia, że mogę oglądać majaki szaleńca, bądź projekcje zmęczonego swoim światem umysłu.

Powodem tego jest również fakt, że zagadka, z jaką mierzy się Lockhart, do skomplikowanych nie należy, przez co widz już po godzinie może domyślić się, o co w filmie tak naprawdę chodzi. Bardzo długim, dwuipółgodzinnym filmie, należy nadmienić, w którym główny bohater za każdym razem, gdy wpada na jakiś trop, jest szybko stawiany do pionu przez dyrektora, wysyłany na jakąś kurację i ostatecznie musi zaczynać od nowa. Ta powtarzalność nie przynosi ani dodatkowych emocji, ani nie wnosi nic do fabuły, poza kolejnymi dla Lockharta problemami natury medycznej. Dość powiedzieć, że wizyta u dentysty lub wodna terapia już nigdy nie będą wyglądać tak samo.

Ale ostatecznie to sam finał decyduje o tym, dlaczego Lekarstwo na życie nie wyszło. Nic nie zdradzając napiszę tylko, że Verbinski zaczyna swój film, jakby chciał zaimponować Kubrickowi, a kończy go jawną kopią Barona krwi Mario Bavy, starego włoskiego horroru. Nie mam z tym żadnego problemu, gdyż ostatnie 30 minut Lekarstwa to w końcu żywe, przeszarżowanego, pokręcone i na swój sposób zachwycające kino grozy, które chyba od początku powinno być właśnie pozbawionym ambicji widowiskiem, mającym swe korzenie w kiczowatej, gotyckiej opowiastce. Sensu w tym niewiele, ale przynajmniej zabawa przednia. Reżyser natomiast odnajduje swój lek, w końcówce sprowadzając wszystko do wielokrotnie wypróbowanego schematu – zabij potwora, ocal dziewczynę (tę gra zjawiskowa Mia Goth). Nie tego się spodziewałem. I wcale nie polecam dzieła Bavy. Baron krwi jest o godzinę krótszy, ale wcale nie mądrzejszy.

Ostatnio dodane