nowości kinowe

Legendy ringu

Stallone blisko granicy śmieszności, którą udało się niestety przekroczyć de Niro...

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

grudge-match-posterAutorem recenzji jest Łukasz Hałajda.

W „Legendach ringu” Robert De Niro i Sylvester Stallone po latach raz jeszcze wkładają bokserskie rękawice. Przy okazji tego mocno spóźnionego pojedynku najsłynniejszych filmowych pięściarzy w dość oczywisty sposób nasuwa się fundamentalne pytanie: czy to jeszcze autoironia, czy może już autoparodia?

Henry „Razor” Sharp (Stallone) i Billy „The Kid” McDonnen (De Niro) to odwieczni rywale. W latach 80. Stoczyli ze sobą dwa pamiętne pojedynki, w których odnieśli po jednym zwycięstwie. Przed trzecim, decydującym starciem, niespodziewanie zakończenie bokserskiej kariery ogłasza Razor, czym rozwściecza niedoszłego przeciwnika. 30 lat po tamtych wydarzeniach, w wyniku nieoczekiwanego zbiegu okoliczności, pojawia się szansa na dopełnienie ringowej trylogii…

Rzecz jasna, takiej fabuły w wersji „na poważnie” nie udźwignęłaby nawet siódma część „Rocky’ego”, toteż „Legendy…” to film o wyraźnym zabarwieniu komediowym. De Niro i Stallone z lubością drwią ze swoich pomnikowych kreacji z przeszłości, często w dosłowny sposób parodiując fragmenty kultowych obrazów sprzed dekad. W błaznowaniu, zazwyczaj całkiem znośnym, wspierają ich chytry i krzykliwy promotor, Dante (Kevin Hart) oraz młody już tylko duchem były trener Razora, Lightning (Alan Arkin).

grudge-match (1)

W nieco poważniejsze tony twórcy filmu starają się uderzyć na drugim planie. W tym celu pojawiają się tam postaci byłej żony Razora, Sally (Kim Basinger) i nieślubnego syna Kida, B.J.-a (Jon Bernthal). Jak nietrudno się domyślić, wieloletni konflikt byłych mistrzów szermierki na pięści ma podłoże nie tylko sportowe, w czym spory udział mają ich relacje z przywołaną wyżej dwójką.

Jak ten komediowo – sportowo – obyczajowy konglomerat z zacięciem familijnym funkcjonuje w praktyce? Najprościej powiedzieć: ze zmiennym szczęściem. Za całość odpowiada Peter Segal, znany między innymi z wyreżyserowania kilku filmów z Adamem Sandlerem w roli głównej. Nie dziwota więc, iż efektem jego pracy jest film dla widza raczej niezbyt wybrednego, w którym humor oraz łopatologiczne moralizatorstwo nie odbiegają poziomem od pozostałych, również dość nierównych, dzieł twórcy („Dwóch gniewnych ludzi”, „50 pierwszych randek”).

GM_09433.dng

Gorzej, gdy spojrzymy na „Legendy…” przez pryzmat występujących w nim aktorów. Wydaje się, iż Stallone zaczyna niebezpiecznie szafować swoim aktorskim wizerunkiem. O ile zdało to egzamin w przypadku ironicznych, acz napompowanych gwiazdami i akcją „Niezniszczalnych”, tak tutaj „Sly” niebezpiecznie zbliżył się do granicy, za którą czyha niezbyt smaczna parodia, a wraz z nią – ośmieszenie. Już przy okazji realizacji „Rocky’ego Balboa” wyjście do ringu w wieku prawie 60 lat wydawało się być ryzykowne. To co powiedzieć teraz, ładnych parę wiosen później…?

To, co jakoś uszło płazem Stallone’owi, miało zupełnie inne konsekwencje w przypadku Roberta De Niro. Dwukrotny zdobywca Oscara został wręcz zmiażdżony przez rodzimych krytyków. Po pierwsze za rozmienianie się na drobne, co uskutecznia już od dłuższego czasu. Po drugie zaś za szarganie legendy „Wściekłego byka”, do którego jego rola w filmie Segala nawiązuje.

Jeśli jednak tego rodzaju konwenanse Was nie interesują, nie jesteście ponurakami, a sentyment do obu gwiazdorów skutecznie przesłania Wam ich metrykę, możecie zaryzykować seans. Oczywiście, o ile nie macie nic przeciwko „lekko” zdystansowanej od oryginału wersji „Rocky’ego”, z dinozaurami bezwstydnie pląsającymi w ringu.

Ostatnio dodane