LAVALANTULA. Kino klasy Z | FILM.ORG.PL

LAVALANTULA. Kino klasy Z

„Lawalantula” to bardzo dobra rozrywka, choć jeszcze nie na tak „wysublimowanym” poziomie, jak „Sharknado 3”.




Buchające lawą pająki giganty




Jarosław Kowal
31.08.2015


W XXI wieku nic nie może dorównać katalogom filmowym SyFy Films oraz studia The Asylum. Oczywiście chodzi o równanie w dół. Znaki szczególne to koszmarne efekty komputerowe i zatrudnianie aktorów, których plakaty dwie-trzy dekady temu każdy chciałby powiesić nad łóżkiem. Wałkowanie tego samego schematu pozwoliło jednak na osiągnięcie wyższego poziomu tandety. Przekroczono mityczną granicę, za którą coraz gorszy film oznacza coraz wyższą ocenę. Tak powstało „Sharknado”.

lavalantula

„Kto to w ogóle ogląda? Dla kogo kręcą kolejne części?” – takie pytania przewijają się przez wiele internetowych dyskusji. Zmierzyć to można w bardzo łatwy sposób – według statystyk serwisu IMDb pierwszą część przygód latających rekinów oceniło blisko trzydzieści tysięcy osób, to więcej niż w wypadku „Dziewięć i pół tygodnia”, „Przerwanych objęć” Pedro Almodóvara czy znajdującego się w dokładnie tej samej kategorii „Tusk” Kevina Smitha. Nikogo nie powinno dziwić, że trwają prace nad czwartą częścią serii, a dodatkowo zdecydowano się na stworzenie odrębnej historii na podstawie identycznego szkieletu. Tornado zastąpiono wulkanem, rekiny pająkami, a gwiazdę „Beverly Hills 90210” gwiazdą „Akademii Policyjnej”. Niezmienne pozostało natomiast ratowanie świata przed zagładą, które szyte jest tak grubymi nićmi, że stają się ozdobami. Obowiązuje ta sama zasada, co we wrestlingu – najpierw dobra zabawa, później realizm.

lavalantula5

Treść„Lawalantuli” jest niemal dokładną kopią „Sharknado”.

Ponownie niecodzienny kataklizm rozdziela ojca od reszty rodziny, ponownie wymusza to na nim przedzieranie się przez miasto pełne paskudnych (choć w tym wypadku CGI wypada zaskakująco przyzwoicie) mutantów, a przy okazji zostaje stereotypowym amerykańskim bohaterem. Twórcy filmu wręcz przechwalają się autoplagiatem. W jednej ze scen gościnnie pojawia się najbardziej rozpoznawalny operator piły łańcuchowej od czasów Asha Williamsa – Ian Ziering, który zapewnia, że chętnie pomógłby w walce z pająkami, ale najpierw musi zająć się rekinami. Jeżeli wydaje się wam, że próbuję was zniechęcić, to nic bardziej mylnego. SyFy/Asylum nie funkcjonuje w odrębnym świecie, do którego nie przenikają komentarze widzów. Doskonale znają swoją pozycję i to właśnie nabijanie się z niej sprawia, że z roku na rok powstają coraz ciekawsze produkcje sygnowane przez ten duet.

lavalantula2

„Lawalantula” powinna trwać około godziny, ale producenci uklepali ją na płasko jak kawał schabowego, a dodatkowe dwadzieścia minut nie ma żadnej innej funkcji, poza wydłużeniem filmu do nieserialowego standardu.

Centralna postać to niespełniony, podstarzały aktor znany z odegranej lata temu roli superbohatera o kryptonimie Red Rocket. Ciekawy ukłon w stronę „Birdmana” Alejandro Gonzáleza Iñárritu, jednak do pełni szczęścia zabrakło tempa na miarę najnowszej części wirujących rekinów. Pewnego rodzaju rekompensatą za dłużyzny oraz dialogi, przy których „Kac Wawa” to kino moralnego niepokoju są aktorzy i aktorki mocno uderzający w sentymentalną nutę. W roli głównej wystąpił Steve Guttenberg vel sierżant Carey Mahoney, towarzyszą mu natomiast Michael Winslow, Leslie Easterbrook oraz Marion Ramsey. Nic wam to nie mówi, więc wyjaśniam – kolejno sierżant Larvell Jones, kapitan Debbie Callahan oraz sierżant Hooks, czyli najbardziej charakterystyczni i wciąż żyjący członkowie Akademii Policyjnej. Nie jest to wielki powrót po latach, wszyscy w mniejszym lub większym stopniu pozostali czynni w zawodzie, ale w ich dorobku dominują produkcje, przy których „Toksyczny Mściciel” wygląda jak typowy blockbuster. Ich forma wyraźnie na tym ucierpiała. Kiedy następnym razem ktoś zarzuci Nicolasowi Cage’owi, że zapałka przyklejona do hulajnogi lepiej zagrałaby Ghost Ridera, będzie mógł bronić się przegadanymi scenami z „Lawalantuli”. Różnica jest jednak taka, że w umyślnie tandetnym filmie złe aktorstwo wpasowuje się w otoczenie, a oglądanie Cage’a w poważnej produkcji jest jak picie whiskey Macallan M z colą i zagryzanie czipsami.

Lavalantula - 2015

Wyciśnięcie przyswajalnego filmu z mikrobudżetu, skostniałej obsady i szczątkowej fabuły powierzone zostało człowiekowi, który już raz udowodnił, że potrafi stworzyć w podobnych warunkach niezły obraz z pająkami w roli głównej – Mike’owi Mendezowi, autorowi „Big Ass Spider”.

Podobnie jak w pierwszym przypadku, także tutaj Mendez wyraźnie komunikuje swoją wyższość nad bezbarwnymi rzemieślnikami filmu klasy Z, ale nie potrafi jej utrzymać na długości pełnego metrażu. Wyciąg z najlepszych scen i najdziwniejszych pomysłów zasługiwałby na znacznie wyższą ocenę, w dół ściąga ją jednak „hobbityzacja” scenariusza, czyli absurdalne proporcje pomiędzy czasem filmu a tekstem, na bazie którego powstał. To jeszcze nie jest największe dzieło Mendeza, ale jego potencjał został już dostrzeżony – zaproszono go do nakręcenia jednego z segmentów „Tales of Halloween”, które obecnie krąży po niszowych festiwalach i zbiera wysokie noty. W to samo przedsięwzięcie wciągnięto między innymi Darrena Lynna Bousmana („Piła” od 2 do 4), Lucky’ego McKee („May”, „The Woman”) i Neila Marshalla (współtwórcę niektórych odcinków „Gry o Tron” oraz „Constantine”).

lavalantula4

Filmy grozy z zabójczymi zwierzętami mają to do siebie, że zazwyczaj są śmieszne, choć bardzo rzadko intencjonalnie (na przykład „Zabójcze Ryjówki” czy „Skeeter”). Zdarzają się wyjątki na miarę „Szczęk”, niemniej jest to konwencja trudna do okiełznania. Scenarzyści postanowili wreszcie odpuścić i dali się ponieść prądowi. Horror od zawsze był bardzo bliski komedii, więc czemu nie krwiożercze bobry, czemu nie zmutowane piranie, czemu nie buchające lawą pająki giganty?

„Lawalantula” to bardzo dobra rozrywka, choć jeszcze nie na tak „wysublimowanym” poziomie, jak „Sharknado 3”. W planach jest już sequel „2 Lava 2 Lantula” i najprawdopodobniej będzie to kolejna seria SyFy/Asylum z coroczną premierą, a jeszcze ciekawiej byłoby gdyby pokuszono się o stworzenie najbardziej kiczowatego uniwersum wszech czasów i zaatakowano któreś z amerykańskich miast zarówno wulkanem, jak i tornadem. Jeżeli Mendez zostanie, a do obsady dołączą Bobcat Goldthwait (oficer Zed), G.W. Bailey (kapitan Harris) albo Donovan Scott (kadet Leslie Barbara), za nic nie przegapię kolejnych części.

Jarosław Kowal
Jarosław Kowal

Latest posts by Jarosław Kowal (see all)







  • nindustrialny

    Sharknado 3 bylo beznadziejne. Nie wiem czym zahcwycal sie recenzent. A lavantule obejrze ze wzgledu na ekipe z Akademii. Zobaczymy. Zabieram sie tez za headless ale nie ma gdzie obejrzec. Po pracy juz w domu sa wszycy domownicy a nawet przy zonie wole nie probowac. ZObaczymy.

  • „Lavalantula” jest bardzo przeciętna, nawet jak na standardy, które wyznaczyło „Sharknado”. Pierwsza część była zjawiskowa, bo nikt nie spodziewał się sukcesu, dwójka była już tylko okay. Nie sądzę, żeby trójka była lepsza, ale pewnie na podobnym poziomie jak ten film.

  • audrey

    Niezłe na odprężenie się po pracy, ale do Sharknado nie dorasta ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

HITMAN: AGENT 47

Następny tekst

MR. ROBOT. Recenzja pierwszego sezonu



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE