Kongres - recenzja filmu Ariego Folmana | FILM.ORG.PL

Kongres (prosto z Cannes)

Kino niełatwe, ale poruszające i pod wizualnym przepychem kryjące kilka bardzo uwierających przemyśleń




Are you Robin Wright?




Karol Baluta
17.05.2013


Kiedy ostatni raz byłem na festiwalu, jednym z najgłośniejszych filmów edycji był „Walc z Baszirem”. Dokumentalno-animowane dzieło Folmana na długo zostało w mojej pamięci, i to nie tylko dlatego, że przez tę projekcję spóźniłem się na ostatni pociąg do St Raphael (gdzie był mój hotel). To przede wszystkim znakomita forma, łącząca animację z dokumentem i bardzo osobisty ton zrobił na mnie największe wrażenie. To zabawne, że po tych pięciu latach wracam na festiwal tylko po to, żeby trafić na następny film Folmana. I znowu wychodzę oczarowany.

Chyba już na samym początku powinienem zaznaczyć, że ci, którzy po Folmanowskiej adaptacji „Kongresu Futurologicznego” spodziewali się dokładnego odwzorowania treści opowiadania mogą poczuć się rozczarowani tym, co oferuje „Kongres”. Osobiście byłem jednak na to przygotowany – śledziłem ten projekt od samego początku, od pierwszych grafik i opisów fabuły. Reżyser wykorzystał więc prozę Lema jako źródło inspiracji, kompletnie zmieniając kluczowe elementy opowieści i dodając nowe wątki. Rezultatem jego pracy jest film bardzo autorski, ale będący duchowym kontynuatorem refleksji polskiego pisarza.

„Kongres” (pozwolę sobie spolszczyć tytuł w nadziei, że dystrybutor tym razem nie będzie popisywał się inwencją) dzieli się na dwie części, jakże od siebie różne w temacie i w formie. Łącznikiem między nimi jest hollywoodzka gwiazda Robin Wright, która wciela się tu w… samą siebie. Zostaje zaproszona przez szefa studia Miramount (urocza gra słów, nie jedyna w filmie zresztą) na rozmowę w sprawie zupełnie nowej roli. Ten proponuje jej „ostatni kontrakt, jaki kiedykolwiek dostanie”; zeskanowanie jej wizerunku na rzecz studia, które będzie mogło zrobić z „nią” co zechce. Widząc w tym szansę na spędzenie większej ilości czasu z chorym synem (znany z „Let me In” Kodi Smith-McPhee), aktorka – oczywiście bardzo niechętnie – zgadza się na proceder. Jej postać zostaje więc zapisana w komputerze: głos, mimika, gesty – wszystko to do wykorzystania w dowolnym projekcie Miramountu.

Cały ten fragment „Kongresu” to znakomita satyra na świat filmu: szef (fantastyczny Danny Huston) snuje przed aktorką niezwykłą wizję, w której wielkie studia nie muszą już „tracić milionów” na kaprysy gwiazd; gdzie aktorzy przyjmują wszystkie role, bez względu na ich jakość. „Nie chcemy ciebie!” – mówi jej w końcu – „Chcemy Jenny z ‘Forresta Gumpa’, chcemy Buttercup z ‘Narzeczonej dla księcia’!”. Jest w tej wizji coś autentycznego – poczucie, że technologia z czasem będzie zdolna do podobnych procederów. Cóż, nie trzeba szukać daleko – „Avatar” doskonale udowodnił, że komputer z czasem może stać się integralną częścią sztuki aktorskiej. Czemu więc nie miałby jej zastąpić?

Mija dwadzieścia lat, podczas których „Robin Wright” wciąż jest gwiazdą. Jej prawdziwa wersja zostaje tymczasem zaproszona na Kongres Futurologiczny, odbywający się w hotelu studia Miramount. Wstęp na Konferencję wiąże się jednak z użyciem chemicznej substancji, która zniekształca rzeczywistość, zmieniając świat w szaloną animację rodem z lat 40-tych. Tu oczywiście zaczyna się druga część filmu, w której animowana Wright trafia do absurdalnego świata ludzi wyzwolonych przez technologię z określonej formy. Każdy może być kim tylko zechce: ulubionym celebrytą, zwierzęciem, a nawet Jezusem czy Buddą…

Dzieło Folmana z filmowej satyry szybko zmienia się w opowieść o poczuciu własnej tożsamości w świecie, w którym każdy woli nosić maski niż być naprawdę sobą. Robin miota się więc między prawdą a fikcją, poznając świat, który w wyniku „chemicznej rewolucji” zmienił się w abstrakcyjną kreskówkę, gdzie nie ma znaczenie kim było się kiedyś, a każdy może być „Robin Wright”. Koniec końców wszyscy zostają jedynie kopiami kogoś innego, pozbawionymi osobowości manekinami o twarzach modeli, artystów, bogów. Z filmu bije silna obawa o przyszłość naszego gatunku, który wciąż ulega procesowi samodoskonalenia, bez względu na cenę i nie bacząc na wszelkie granice –psychicznej wrażliwości, moralności czy po prostu zdrowego rozsądku. Ułatwiamy sobie życie na wszystkie możliwe sposoby; chcemy być szybsi, zdrowsi, piękniejsi, chcemy żyć w luksusie i dostatku. „Kongres” pokazuje zatem całkiem realne – a zarazem bardzo bolesne – rozwiązanie dla tego niedoścignionego marzenia ludzkości.

Jest to jednak przede wszystkim opowieść o Robin Wright – opowieść bardzo osobista i szczera. Wielka w tym zasługa samej aktorki, której rola jest bardzo autorefleksyjna a zarazem pełna niespodziewanej pokory. Chyba jedną z najznakomitszych scen filmu jest ta, w której aktorka poddaje się procesowi skanowania, podczas gdy jej menadżer (bardzo dobry Harvey Keitel w krótkiej, ale przejmującej roli) stara się podtrzymać ją na duchu. To naprawdę znakomity fragment, rewelacyjnie zagrany przez obydwoje aktorów i bez wątpienia posiadający w sobie coś bardzo autentycznego i przejmującego. Mam wrażenie, że ta rola stała się dla pani Wright czymś w rodzaju lustra, próby zmierzenia się z własną karierą, słabościami i obawami. Folman całkiem sprawnie prowadzi też wątek „filmowej” Robin i jej „rodziny”. To chęć ponownego spotkania z synem i córką motywuje ją do działań, napędza jej narkotyczne wizje, ale zarazem utrzymuje „na powierzchni”. Bo koniec końców, tym co naprawdę pozwala nam zachować tożsamość i kształtuje naszą osobowość, to ludzie, których kochamy.

Nie należy zapominać jednak o znakomitej formie „Kongresu”. Aktorska część filmu wygląda dobrze, głównie dzięki bardzo dobrym zdjęciom Michała Englerta i zniewalającej urodzie Robin Wright. Jednak to, co dzieje się w części animowanej powala na kolana. Z pierwszych grafik można było wnioskować, że Folman pójdzie znowu w stronę realistycznej kreski, jaką zaprezentował w „Walcu z Baszirem”. Jednak podobno forma ta była na tyle wyczerpująca realizacyjnie, że twórca postanowił uprościć kreskę, nawiązując do klasyków lat 40-tych w stylu „Popeye’a” czy pierwszych animek Disneya. Moim zdaniem wyszło to filmowi tylko na dobre, bo ten typ kreski ma w sobie coś dzikiego, szalonego, nieprzewidywalnego, ale przede wszystkim pewną trudną do określenia płynność i trans formatywność. Znakomicie współgra to ze światem „Kongresu”, który wciąż żyje, przeistacza się, zmienia się i deformuje. Kiedy dodamy do tego feerię barw, różnorodność obrazów i niezwykłą realizacyjną wyobraźnię, otrzymujemy obraz zachwycający wizualnie, ale nie pozbawiony emocjonalnej siły. Nie należy zapominać o muzyce Maxa Richtera (autora znakomitej ścieżki dźwiękowej do „Walca..”), która jest fenomenalna i znakomicie buduje niezwykłą atmosferę filmu i zmienny charakter przedstawionego w nim świata. Coś czuję, że będzie to pozycja do niejednokrotnego przesłuchania.

Bez wątpienia „Kongres” podzieli krytyków znacznie mocniej niż „Walc z Baszirem”, ale nietrudno się temu dziwić: „Walc…” to historia o mocno dokumentalnym charakterze, kiedy tymczasem „Kongres” jest mniej uporządkowany fabularnie, skupiając się na osobistym dramacie zagubionej aktorki, świecie jej przeżyć i obserwacji, co zbliża ten film do projektów w rodzaju „Synekdochy, Nowy Jork” Kaufmana, „Jak we śnie” Gondryego czy „Millenium Actress” Satoshi Kona. Część osób zapewne odstraszy abstrakcyjna forma, innych z kolei zniechęci niewielki związek z opowiadaniem Lema. Warto jednak dać „Kongresowi” szansę, bo to kino niełatwe, ale poruszające i pod wizualnym przepychem kryjące kilka bardzo uwierających przemyśleń.







  • pirx

    może wreszcie ktoś pobije przekładaniec wajdy-kobieli i solaris tarkovskiego :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wielki Gatsby (prosto z Cannes)

Następny tekst

The Bling Ring (dyskusja prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE