Klub Winowajców (The Breakfast Club 1985) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Klub Winowajców

To zadziwiające, jak John Hughes, przy pomocy piątki młodych ludzi i jednego pomieszczenia, potrafił stworzyć film wciągający od początku do końca, kompletnie inny od dzisiejszych „teen movies”.




Kim jestem?




Szymon Pajdak
02.10.2012


Piątka obcych sobie ludzi. Nastolatków, z których każdy pochodzi z innego świata: buntownik, kujon, sportowiec, szkolna piękność i dziwaczka. Wszyscy w ramach kary poświęcają wolną sobotę, spędzając ją w szkole. Aby odkupić swoje winy, muszą napisać wypracowanie pt. „Kim jestem?”. Tak zaczyna się jeden z najbardziej niezwykłych filmów, jakie dane mi było zobaczyć – „Klub Winowajców” Johna Hughesa.

 

Pamiętam, że widziałem go po raz pierwszy, kiedy byłem w wieku podobnym do głównych bohaterów, pamiętam również, jak wielkie wrażenie na mnie zrobił, chociaż wtedy nie do końca potrafiłem powiedzieć dlaczego. Powtórny seans po wielu latach uświadomił mi autentyczność tego obrazu oraz to, jak genialnym obserwatorem był scenarzysta i reżyser w jednej osobie. Ten film nie zawiera ani grama fałszu, nie próbuje niczego uwypuklać, nie sili się na bycie super kinem młodzieżowym ani nie emanuje tego rodzaju humorem, ten film po prostu niczego nie udaje. Pokazuje za to, jak trudno jest być nastolatkiem, człowiekiem narażonym na wpływy ze strony rodziny, znajomych i nauczycieli. Przypomina nam trudy tego okresu, bo przecież jest to czas, w którym nie jesteśmy już dziećmi, ale jeszcze nie staliśmy się dorosłymi.

Główni bohaterowie, każdy pozornie inny, o różnym statusie społecznym i odmiennym podejściu do życia, mimo początkowych kłótni i zgrzytów zaczynają dostrzegać, że rodzi się między nimi nić porozumienia. Przebywając w swoim normalnym środowisku między znajomymi i kolegami pewnie by się nie zauważyli, jednak tutaj, zawieszeni w hermetycznym świecie szkolnej sali i zdani tylko na siebie, zaczynają dostrzegać, jak wiele ich łączy i ile mają ze sobą wspólnego. Kiedy trzeba, potrafią być również solidarni, kryjąc siebie nawzajem przed nauczycielem i sprzeciwiając się jego poleceniom. Mimo że początkowo nie wiedzą, jak odpowiedzieć na pytanie „Kim jestem?”, to wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, kim być nie chcą – kalkami swoich rodziców.

 

Aktorzy którzy odegrali głównych bohaterów świetnie odnaleźli się w swoich rolach. Wielkie wrażenie zrobił na mnie Judd Nelson jako Bender. Buntownik, który zachowuje się tak, jakby na niczym i nikim mu nie zależało. Potrafi dopiec każdemu i każdego zrugać, jest jednak –przy tej całej otoczce i skorupie, którą wytworzył dookoła siebie – niesamowicie inteligentny i bystry jako obserwator i komentator. Jego sądy i opinie są ostre, ale nadzwyczaj celne. Świetni są także Emilio Estevez jako pewny siebie sportowiec, członek drużny zapaśniczej, którego całe życie podporządkowane jest zawodom, oraz Ally Sheedy jako dziwaczka Allison. Jej zachowanie sprawia, że można wręcz uwierzyć, iż jest z nią coś faktycznie nie tak. Nie do końca wiemy, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę, momentami wygląda, jakby naprawdę była niezrównoważona. Molly Ringwald jako Claire i Anthony Michael Hall jako Brian również stworzyli pełnokrwiste postacie, które są ciekawe, jednak w porównaniu do swoich kolegów wypadają nieco gorzej, chociaż mogą to być opinie podszyte moimi osobistymi sympatiami. Faktem jest, że ten młody zespół stworzył niesamowite kreacje, których kulminacją jest scena zwierzania się ze swoich występków. Co warto dodać – scena zaimprowizowana. Te kilkanaście minut pokazuje, jak dobrze aktorzy czują swoje role i jak autentyczni potrafią być. Tym bardziej szkoda, że obecnie są już nieco zapomniani.

Oprócz wspomnianej piątki Hughes wprowadza do filmu jeszcze dwie postacie: belfra Vernona oraz woźnego Carla. Są to jedyne osoby dorosłe wnoszące coś do fabuły i pozwalają spojrzeć na nią z nieco innej strony.

 

Ważnym elementem jest muzyka, która przywołuje lata 80. i wprowadza w ich klimat. Idealnie komponuje się z obrazem, a kilka scen dzięki niej zyskuje bardzo wiele, czego najlepszym przykładem jest moment, w którym wszyscy zaczynają tańczyć, każdy na swój specyficzny sposób. Głównym motywem przewodnim, klamrą spinającą obraz jest piosenka grupy Simply Minds – „Don’t you (forget about me)”, która – odkąd pierwszy raz zobaczyłem dzieło scenarzysty „Home Alone” – kojarzy mi się już tylko z grupą nastolatków z ogólniaka na przedmieściach Chicago.

To zadziwiające, jak John Hughes, przy pomocy piątki młodych ludzi i jednego pomieszczenia, potrafił stworzyć film wciągający od początku do końca, kompletnie inny od dzisiejszych „teen movies”. Mieszanina dramatu i komedii, doprawiona świetnym aktorstwem i przebojową ścieżką dźwiękową sprawiła, że „Klub Winowajców” stał się klasykiem. Obrazem, który powinien zobaczyć każdy, zarówno nastolatki, jak i dorośli, którzy przypomną sobie lata młodości i sprawdzą, jak bardzo zmienili się od czasów szkoły średniej i na ile życie zweryfikowało ich plany i marzenia. Wspaniały film, stawiający trudne pytania i mierzący się z problemami dorastania. Pozycja obowiązkowa dla każdego, niezależnie od wieku, subkultury czy statusu społecznego.

 

 

 

 

Arahan

Pracownik, student i podróżnik. W świat filmu ucieka od otaczającej go rzeczywistości. Uwielbia Spielberga, Nolana, Leone, Tarantino, del Toro i Scorsese. Na ekranie lubi oglądać DiCaprio, McGregora, Pacino, Daniela Day-Lewisa i Oldmana. Kino ma przede wszystkim wzbudzać emocje, niezależnie od tego jakie one będą. Ma wzruszać, zaskakiwać, dawać radość i skłaniać do refleksji - wszystko zależne od nastroju. Pierwszą recenzję do redakcji wysłał w 2009 roku, a od listopada 2011 pisze w miarę regularnie, raz lepiej, a raz gorzej, ale chyba nie tak źle skoro zaproszono go do zacnego KMF-owego grona.

Arahan - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Mefisto

    Dobra recka, ale ocena za niska ;)
    Gwoli ścisłości: to nie Chicago, tylko fikcyjne Shermer, w stanie Illinois (gdzie mieszka także m.in. Ferris Bueller) – choć faktycznie część zdjęć kręcono właśnie w Chicago :)

  • Wezyr

    Nieco bardzo wolę Sixteen Candles, pewnie za lepszą ścieżkę dźwiękową i domową imprezę.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

VHS nie do zdarcia, czyli Wielkie Otwarcie

Następny tekst

Ścieżka strachu



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE