KIEDY UMIERAM - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Kiedy umieram

Popularny aktor wyszedł poza granice cieplutkiego Hollywood i w śmiałym formalnie filmie pokazał nam świat, który gnije wraz ze swoją ślepotą, radykalizmem oraz przekonaniami ojców.




Grób matki




Mateusz Górniak
21.01.2014


7558426.3Autorem recenzji jest Mateusz Górniak.

Spoza świata fabryki marzeń dochodzi do nas niezwykle oryginalny głos Jamesa Franco. „Kiedy umieram”, filmowa adaptacja powieści Williama Faulknera, a przy okazji przebój American Film Festival i festiwalu Nowe Horyzonty, to film odważny i bezkompromisowy. W formie kina drogi eksponuje nam zakłamanie ludzi oddanych pustym rytuałom tradycji.

Hollywood z wysokości wielkiego ekranu zawsze lubiło potępiać małe i większe grzechy swojej prowincji. Wystarczy, że wymienię „Czarny dzień w Black Rock” czy „Kto sieje wiatr”, gdzie pojawiali się nieustraszeni piewcy prawdy, marni grzesznicy i fabuła, która informowała widza, że jakkolwiek źle nie będzie, amerykańscy herosi z Hollywood zawsze dociekną prawdy i Stany Zjednoczone Ameryki istniały będą nadal w swojej chwale. Orężem w tej walce była zjawiskowa gra gatunkami i blaski aktorskiego geniuszu. „Czarny dzień w Black Rock”, hybryda filmu noir z westernem, to przede wszystkim karnawał wielkich nazwisk, dzisiaj zasiadających już na aktorskim panteonie. „Kto sieje wiatr” przypada natomiast na erę, kiedy filmy z USA miały jeszcze swój urokliwy idealizm.

Choć James Franco to jedna z najgorętszych marek w amerykańskim kinie popularnym, w swoim filmie wcale nie poszedł wytyczonymi już przez starych mistrzów ścieżkami. „Kiedy umieram” nie jest też wysokobudżetowym moralitem posługującym się sprawdzonymi chwytami. To kino pozbawione wszelkich kompleksów, odważnie penetrujące obyczajowość prowincji. Popularny aktor wyszedł poza granice cieplutkiego Hollywood i w śmiałym formalnie filmie pokazał nam świat, który gnije wraz ze swoją ślepotą, radykalizmem oraz przekonaniami ojców.

417303_1.1

Pierwsze sceny doskonale wprowadzają nas w klimat historii. Jest środek lata na amerykańskiej prowincji lat 30’, w obskurnej chacie powoli i w cierpieniach umiera matka wielkiej rodziny, Addie Bundren (Beth Grant). Wokół trwa ponure oczekiwanie na ostateczność. Reżyser szybkimi ujęciami przedstawia nam swoich bohaterów. Widzimy cierpienie, jęki i zakłócony rytm codzienności. Niedbale wypowiadane kwestie o konieczności, bólu i własnych rozterkach korespondują z widokami brzydkiego, przedstawionego na surowo krajobrazu. Jeden z synów szykuje już trumnę, dwójka kolejnych rusza za zarobkiem, mając nadzieję na powrót przed agonią matki. Kiedy śmierć wreszcie zagląda do biednego domostwa państwa Budren, ojciec rodziny (świetny Tim Blake Nelson) mimochodem zaznacza, że wreszcie będzie mógł sprawić sobie nowe zęby. Ale najpierw trzeba pochować Addie, której ostatnią wolą było spocząć w odległej miejscowości, nieopodal Jefferson. Zaczyna się więc podróż z trumną przez połowę stanu.

Realistyczne obrazy życia prowincjonalnej rodziny szybko zamieniają się w typowe kino drogi. Konie, kareta, a na niej trumna i domownicy. Franco pokazuje nam ludzi, którzy bez zbędnego zastanowienia wypełniają testament nieboszczki. Nie czynią tego jednak z pobożnymi minami bezinteresownych pastorów znanych z kina familijnego, nie noszą też żadnych rysów bohaterstwa, pomimo krzywd, które napotykają na drodze. Reżyser momentami dzieli ekran na dwie części, aby pokazać tę pielgrzymkę hipokryzji z kilku perspektyw. Nie jest to tylko formalna brawura, a przemyślany zabieg – każdy ma okazję zwierzyć się, że spadł mu kamień z serca, że poświęcił zbyt dużo, że w drodze powrotnej pragnie załatwić aborcję albo kilka gorszy. Z tych rozmów i wewnętrznych monologów, przy których reżyser w bardzo ciekawy sposób przełamuje czwartą ścianę, dowiadujemy się, że ta rodzina zespojona jest zakłamaniem, przyzwyczajeniami i wyjątkowo tutaj pusto brzmiącym prawem Bożym. Autor nie zostawia nam żadnych złudzeń – jego bohaterowie nie odczuwają więzi międzyludzkich, a wola matki to tylko powtarzane bez zrozumienia hasło.

417307_1.1

Maszerując u boku Bundernów obserwujemy Amerykę zmęczoną, brudną i pozbawioną sielankowego wymiaru znanego nam z obrazów o latach 30’. Spracowani ludzie występują w dekoracjach swoich ubogich chałup, starają się zarobić jakieś pieniądze na chleb i wierzyć w cokolwiek. Franco mieści w swoich kadrach tyle beznadziei i błota, ile tylko potrafi. Albo jest dokuczliwy upał, albo ulewny deszcz. Trumna z ciałem zaczyna cuchnąć, a aktorzy wykrzywiają twarze w grymasach bólu, upodlenia, nienawiści i tanich podniet. Ten specyficzny pochód pogrzebowy posuwa się naprzód, przechodzi przez kolejne, naturalistycznie skonstruowane kadry.

Franco obalił mit, który dawno już nie istniał. Bo kto wierzy dzisiaj w rolników, którzy fascynowali się Bogiem, honorem i westernem? W takich, którzy mieli swoje bydło, flagę w paski i strzelbę, którą przeganiali dzikie zwierzęta? Którzy hołdowali rodzinie, pastorowi i plackowi wiśniowemu? Dwugodzinna podróż u boku amerykańskich Kowalskich w potarganych gaciach informuje nas jednak, że nie chodzi tutaj tylko o prowincję lat 30’, a o pułapkę, w którą wpędza nas zakłamanie i klepanie bez zastanowienia pacierza swoich ojców. Z opowieści funkcjonującej w określonym kontekście historycznym, Franco wyciąga prawdy uniwersalne. Robi to jako demiurg-nauczyciel, bo nieprzypadkowo to postać kreowana przez niego jako jedyna rozumie śmiertelny absurd sytuacji i zaczyna się buntować. Nie zostawia jednak rozgrzeszenia, jak bohater „Czarnego dnia w Black Rock”, nie walczy też o sprawiedliwość i idee jak prawnik z „Kto sieje wiatr”. Wywodzący się z prowincji Darl jest dziwnie obojętny. Wie, że ten świat umiera bezpowrotnie, brnąc dalej w stronę swoich wierzeń. Autor filmu zamiast pocieszającej puenty serwuje nam fiasko moralne i gorzką prawdę, że marsz pogrzebowy rodziny Bundernów jest w rzeczywistości maszerowaniem w kółko – między starymi natręctwami i uświęconą przez Boga tradycją, którą bohaterowie wypełniają bez jej głębszego zrozumienia.

Widzimy zakłamany świat pustych gestów i wypaczonych znaków. James Franco, aktor znany z wysokobudżetowych, komercyjnych produkcji bez reszty angażuje się w opowiadanie ważnej, posiadającej misję historii. Wychodzi mu film trudny i niezwykle odważny, doskonale wpisujący się w nowohoryzontowy pogląd na kino, które szuka, eksperymentuje i szokuje ostatecznym rezultatem.







  • Artur Gralla

    Kolejny film intelektualisty ktoremu sie wydaje jak jest ;).A ze to ma malo wspolnego z rzeczywistoscia tym gorzej dla rzeczywistosci.Amerykanie maja z tym problem zeby pokazac prawde zawsze jada albo w jedna albo w druga strone a prawdziwe zycie nie jest biale czy czarne jest szaro kolorowe.

    • be

      No ale przynajmniej się stara – mógłby dalej tylko siedzieć i grać w kolejnych durnych filmach z Rogenem, a chłopak tymczasem ma jakieś parcie na coś ambitniejszego, to chyba dobrze :).

    • HasardBalthazar

      Słyszałeś takie słowo jak Faulkner kiedyś?

      • Artur Gralla

        Mowisz o tym pisarzu czy jak ?.

        • HasardBalthazar

          Tak. Dla Amerykanów adaptacja Faulknera to jak dla nas adaptacja Reymonta, czy Mickiewicza, więc to Twoje „Kolejny film intelektualisty któremu się wydaje jak jest” jest co najmniej śmieszne.

          • Artur Gralla

            Mowisz o tym Mickiewiczu romantyku ?.Poczytaj troche histori i zobaczysz ze troszke sie roznia realnia historyczne od tego co pisze pisarz.Nie bede sie pastwil nad potopem.No wlasnie Reymont pisal szaro kolorowo a nie czarno bialo.

          • HasardBalthazar

          • Mathyes

            ależ ty nie ogarniasz. o rety.

          • Artur Gralla

            To musisz ogarnac za nas dwoch ;).i nie mam renty jeszcze.

          • Mathyes

            chłop ci pisze jaki status ma dla amerykanów faulkner na przykładzie polskich pisaczy, a ty wyskakujesz z analizą Mickiewicza romantyka i tak dalej. Oczy szczypią. Odstaw internety.

          • Artur Gralla

            A co mam napisac zemMickiewicz ze byl realista bo nie rozumie,moim zdaniem pisarz nie pisze realistyczne,bo ogolnie zycie jest nudne,pisarz najczesciej w swoim utworze bierze z zycia esensje na polski taka drogowka to nie jest tak ze kazdy policjant jest zly przekupny,pijacy seksujacy sie.Tak samo z filmami jak chcesz zobaczyc realistyczny film to wlaczasz dokument.

          • Mathyes

            o Jezusie nazarejski. Jaki ty jesteś ciemny. W ogóle masz o Mickiewiczu nie pisać, bo nie taki jest sens tamtej wypowiedzi… co za człowiek…

          • Artur Gralla

            Oswiec mnie jeżu ?.

  • Jokullus

    Bardzo fajna recenzja, świetnie napisana – oby więcej takich gościnnych występów

  • HasardBalthazar

    Warto zauważyć, że ten „podzielony ekran” to taka trochę pokraczna próba nawiązania do stylu książkowego pierwowzoru. Krytycy amerykańscy obawiali się, że Franco porywa się z motyką na słońce z tą adaptacją (głównie ze względu na formę powieści, gdzie narracja „płynie”, ciągle przeskakując między różnymi bohaterami), ale wyszło bardzo ładnie, szczególnie pod względem aktorskim. Mi osobiście film uświadomił jak beznadziejne jest polskie tłumaczenie książki.

    • Jokullus

      To już prawie 50 lat od jej jedynego polskiego wydania… Byłoby wspaniale zobaczyć nowe wydania oraz tłumaczenia książek Faulknera, ale niestety raczej do tego nie dojdzie w najbliższym czasie. Może kiedyś.

    • Mathyes

      to nie nawiązanie do stylu książkowego, to poliwizja. jak nie masz nic do napisania, to nie pisz.

  • Mathyes

    w całym blogu rzucają się w oczy luki w wiedzy filmowej / rozpoznanie techniczne, mimo to czyta się to całkiem w porządku, jak na wszechobecne standardy.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Mission: Vivaldi

Następny tekst

Anioł już nie taki mocny. Dokąd zmierza Wojciech Smarzowski?



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE