nowości kinowe

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Pełen emocji film superbohaterski, gdzie każdy cios ma swoją wartość. Metoda Marvela na pełnych obrotach.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Ten rok jest zdecydowanie przełomowy dla filmów superbohaterskich, które od kilku lat przeprowadzają zmasowany atak na kina. Trzej najwięksi gracze w branży peleryn wyciągnęli swoje największe działa – zespół X-Men dopiero czeka apokaliptyczne starcie, ale Batman v Superman już zdążył, dosyć niespodziewanie, upaść z hukiem na twarz. Film Snydera najprawdopodobniej nie przekroczy miliarda dolarów globalnych wpływów, co stanowi totalną klęskę, jeśli weźmiemy pod uwagę kulturowe znaczenie obu marek. A Marvel Studios właśnie wypuściło na żer swój tegoroczny hit, prezentując w założeniach dosyć podobną fabułę do produkcji WB – wsadzamy multum herosów do wora i niech się tłuką w ramach jakiegoś ideologiczno-prawno-społeczno-psychologicznego konfliktu. Studio w kilku miejscach już się potknęło (Iron Man 2, Thor: Mroczny świat, Avengers: Czas Ultrona) i krytycy zaczęli coraz głośniej wieszczyć nadchodzące poskromienie słabnącej bestii. Na szczęście dla widzów Marvel zagrał wszystkim na nosie i znowu dołożył do pieca. Ba! Twórcy Wojny bohaterów zalali go właśnie benzyną.

c5

Na stołkach reżyserskich znowu rozsiedli się bracia Russo, którzy tym razem dostali do dyspozycji tuzin postaci, rozwijanych już (w lwiej części) w innych produkcjach studia, dlatego przez długi czas całość wyglądała na nieoficjalną część Avengers, ukrytą pod fatałaszkami Kapitana Ameryki. Na szczęście twórcy nie poszli w stronę reklamowania zabawek czy pokracznych zapowiedzi kolejnych filmów – to kolejny, diabelnie konsekwentny etap w rozwoju Kapitana Ameryki, który z papierowego w założeniach symbolu staje się tutaj prawdziwym bohaterem z krwi i kości. Zresztą odtwarzającemu tę role Chrisowi Evansowi (będącemu prawdopodobnie dziełem inżynierii genetycznej, bo ciężko prezentować się tak nadludzko charyzmatycznie) wspaniale wtóruje Robert Downey Jr jako Iron Man. To właśnie konflikt tych panów staje się osią całej fabuły, będącej bardzo luźną adaptacją komiksowej Wojny Domowej. Tym razem Avengers, po kolejnej akcji, która oczywiście miała na celu uratowanie kawałka świata, ale znów doprowadziła do tragedii postronnych osób, dostają od ONZ ultimatum oraz lojalkę do podpisania – skończyły się czasy nieskrępowanego, komiksowego superbohaterzenia i teraz zespół ma być usankcjonowanym bytem podlegającym kontroli. Tu zaczynają się podziały, ponieważ dla Kapitana jest to ograniczenie wolności, a dodatkowo w ostatnich latach zbyt wiele razy widział jak sypią się skorumpowane organizacje rządowe, natomiast Iron Man stara się uratować heroiczną komitywę, mając świadomość, że obecny sposób działania nie ma już niestety racji bytu i jakaś forma zewnętrznej kontroli w końcu musi wejść w życie. Napięta sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w całą machinę wpada Zimowy żołnierz (dawny kumpel Rogersa) i tajemniczy Helmut  Zemo (coraz mocniej szarpiący za sznurki), co przyspiesza tykający głośno zegar oraz zmusza bohaterów do podejmowania coraz bardziej desperackich kroków.

c3

Nie spodziewałem się, że ten film będzie tak przepełniony emocjami, wypływającymi z relacji rozwijanych przez osiem lat istnienia Marvel Cinematic Universe. To kwintesencja pozytywnych cech komiksowych tasiemców – znamy te postacie, wiemy, co przeżyły oraz co je napędza. Wszystkie klocki są tutaj składane w koherentną całość, a żadna z postaci nie jest sama w sobie układanką, której musza podporządkować się wszystkie inne elementy. Russo wzięli worek postaci i dali każdej z nich dokładnie tyle czasu, ile wymaga tego jej rola w fabule – nie ma tutaj przesytu, nadmiernej egzaltacji kogokolwiek, ponieważ ostatecznie wszystko dąży do przemyślanego, podszytego różnymi emocjami starcia tylko kilku bohaterów. Wszystkie inne wątki znajdują się gdzieś na boku, chociaż są równie satysfakcjonujące. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie wprowadzenia do uniwersum Spider-Mana, który nie staje się rdzeniem widowiska, hołubioną przez studio zdobyczną perłą, ale na przestrzeni małej ilości czasu ekranowego poznajemy wszystkie potrzebne informacje z nim związane (bez kolejnej sceny śmierci wujka czy kąsającego pająka) i jest ostatecznie po prostu fantastycznie działającym trybem w machinie – zabawnym, wspaniale wyglądającym, ale cały czas znającym swoje miejsce. To samo tyczy się majestatycznego Black Panthera (Chadwick Boseman kreuje naprawdę unikalny dodatek do tego świata), mającego dla siebie wątek zemsty, który jednak w żadnym stopniu nie przysłania głównego konfliktu i stanowi po prostu jego idealne uzupełnienie. Wszystko tutaj ze sobą „gra”, gna na załamanie karku, ale cały czas twórcy pielęgnują buchające emocje – kilka razy złapałem się na tym, że miałem białe kłykcie od zaciskania pięści, a gdy niezłomny Cap powiedział w czasie walki, że „może tak cały dzień”, to ja mu uwierzyłem całym serduchem. To zresztą najbardziej wyważony film studia, świetnie łączący dramaty postaci (finał to absolutna feeria uczuć) z niegłupim humorem (Spider-Man, zaskakujący Ant-Man, urocze relacje na linii Cap-Falcon-Bucky).

c2

Dostajemy wzorcowy film rozrywkowy. Bardzo dobrze rozpisany – mimo że fabuła lubi zahaczyć o patos, to bohaterowie cały czas rozmawiają jak ludzie, a nie nieskazitelne ikony. Są różnorodni, świetnie zagrani i nawet główny złoczyńca (Daniel Brühl) wyszedł tym razem Marvelowi dobrze – może zniechęcić komiksowych purystów (w kolorowych zeszytach nosił na głowie fioletową skarpetę, a tutaj jej brakuje), ale stanowi fantastyczną przeciwwagę dla wszystkich tych kosmiczno/technologicznych cudactw z poprzednich filmów. To facet, który ma swój plan (momentami opierający się jednak na przypadkowości pewnych rozwiązań, co stanowi minimalną wadę) wynikający z konkretnych pobudek i wiedząc, że nie ma szans w bezpośrednim starciu ze współczesnymi bogami, wykorzystuje swoje umiejętności oraz słabości przeciwników, żeby osiągnąć cel. Jest najbardziej ludzkim złoczyńcą w uniwersum, a przez to również i najniebezpieczniejszym.

Z drugiej strony oprócz pełnokrwistych bohaterów i pieczołowicie zaplanowanej historii, stanowiącej laurkę dla stałych widzów śledzących przygody marvelowych peleryn, dostajemy film dopracowany technicznie pod każdym względem. Bracia Russo już w Zimowym żołnierzu postawili sobie poprzeczkę niesamowicie wysoko, ponieważ tam Cap wbijał pyski złoczyńców w ściany z taką finezją, że ręce same składały się do oklasków. Tutaj idą jednak o krok dalej i nie władowali do filmu żadnego zbędnego ciosu. Każdy kop w twarz ma tutaj swoją wartość, a choreografia walk to absolutny Everest współczesnego kina akcji. Starcia są tutaj zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, a jedno z najważniejszych – znana ze zwiastunów scena na lotnisku, łącząca ze sobą drogi największej liczby bohaterów – płynnie przechodzi od postaci do postaci. Nie ma tutaj z góry ustalonych par bojowników, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Dawno nie widziałem tak widowiskowych, pozbawionych komputerowej taniochy starć czy pościgów. A to tylko podkreśla, że dzieło braci Russo nie jest tylko świetnym filmem superbohaterskim, ale wychodzi poza tę łatkę i jest po prostu fantastycznym filmem akcji, na którym dobrze będą się bawić nawet niedzielni widzowie – stracą sporo fabularnych niuansów, ale emocjonalny konflikt i wizualna maestria mocno wpiją się w ich umysły.

c4

Gatunek nie zdycha, jak to przedwcześnie zapowiedziano po katastrofalnym przyjęciu Batman v Superman, ale właśnie wziął spory haust powietrza na zapas i biegnie do przodu niczym kenijski sprinter. Nie jest to żaden nowy Obywatel Kane, nie zmieni historii kina, ale Marvel Studios nigdy do tego nie pretendowało – dostajemy za to perfekcyjnie skrojony blockbuster, bezceremonialny, pełen czystych, filmowych emocji. Wiemy, że to nierealni goście w kolorowych kostiumach, ale ich dramatyczne wybory – rzutujące na rozwijane od dawna przyjaźnie – sprawiają, że po prostu trzymamy kciuki. Za wszystkich bez wyjątku. Bo twórcy tak umiejętnie poprowadzili całość, że w pewnym momencie całą tę zabawę w wybieranie stron #TeamCap i #TeamIronMan można wrzucić do kosza, gdyż każda z nich ma znakomicie przedstawione wady oraz zalety. Nie ma tutaj łatwych wyborów, jest za to fantastyczne widowisko.

Ostatnio dodane