nowości kinowe

Kac Wawa

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Historia popkultury zna przynajmniej jeden przypadek, kiedy wytworzony na szybko, bez odpowiedniego przemyślenia produkt okazał się być tak beznadziejny, że trzeba go było jak najszybciej zniszczyć – mowa o konsolowej grze „E. T.”, którą wytwórnia Atari chciała koniecznie wprowadzić do sprzedaży przed sezonem świątecznym 1982 roku. Gra była skrajnie niedopracowana i zawierała masę błędów, ale pomimo to trafiła na półki. W efekcie firma musiała stawić czoła masowym reklamacjom i pozbyć się kilku milionów niesprzedanych egzemplarzy. Ostatecznie wszystkie kartridże z „E.T.” wywieziono na pustynię, rozjechano walcem i zakopano w piaskach Nowego Meksyku. To samo powinno się zrobić ze wszystkimi kopiami „Kac Wawy”.

Nie chodzi tu nawet o to, że „Kac Wawa” zrzyna z „Kac Vegas” – to było od początku oczywiste. Zresztą, korzystanie z czyjegoś pomysłu samo w sobie grzechem nie jest. Za dowód niech posłużą „Listy do M.”, inna polska komediowa zrzynka, która okazała się być wciągająca i zabawna, pomimo wyraźnej inspiracji kultowym już „To właśnie miłość”. Główny problem produkcji Karwowskiego (filmem nazwać tego nie można) wynika z niezrozumienia eksploatowanego materiału na poziomie absolutnie elementarnym. W „Kac Vegas” nie chodziło o podniecanie się niemoralnymi ekscesami – bohaterowie sami byli zażenowani, kiedy odkrywali, co przytrafiło im się podczas pamiętnej nocy. Dzięki temu można ich było polubić, a sam film miał w sobie element kryminalnej zagadki – stopniowo odkrywane fakty bawiły o wiele bardziej, gdy przedstawiono je z perspektywy ciągle przerażonych facetów, którzy na żadnym etapie eskapady nie chcieli na dobrą sprawę zrobić niczego złego. W „Kac Wawie” nie ma ani zabawy z narracją, ani sympatycznych bohaterów. Twór Karwowskiego to laurka dla najgorszych przywar polskiego społeczeństwa, podlana żenującymi dialogami i do tego pozbawiona krzty sensu. Jeżeli uznać, że Cezary Pazura z tragicznym skutkiem próbował w „Weekendzie” przeszczepić na nasz grunt komedię gangsterską w stylu „Przekrętu”, Karwowski idzie o krok dalej. Tu nie chodzi już ani o skorzystanie z czyjegoś pomysłu, ani nawet o zwykłe zrzynanie. „Kac Wawa” jest obrzydliwą papką dla bezmózgich dresiarzy, którzy za szczyt miłosnych uniesień uważają lodzika zrobionego przez dworcową dziwkę, a w głowie mają jedynie siano. Produkcji Karwowskiego nie można uznać nawet za bazarową podróbkę – w butach z rynku da się chwilę bez bólu pochodzić, podczas gdy seans „Kac Wawy” przypomina lobotomię wykonywaną przy pomocy piły łańcuchowej.

Przez ponad półtorej godziny zmuszeni jesteśmy oglądać „przygody” czwórki bohaterów, którzy spotkali się w hotelowym pokoju, by świętować wieczór kawalerski jednego z nich. Impreza szybko przenosi się na ulice Warszawy, panowie chleją, ćpają i desperacko próbują coś zaliczyć, ale żaden z nich nie otrzymuje od scenarzystów choćby zarysu charakteru – jedyne informacje o postaciach wyświetlone zostają na komiksowych planszach, które zobaczyć można było już w zwiastunie. Mamy więc do czynienia z bandą idiotów bez osobowości, wrzuconych w scenerię Warszawy tylko po to, by sprowokować ciąg nieśmiesznych, skrajnie wulgarnych wygłupów. Na dokładkę dostajemy postacie poboczne – zakochanego w sąsiadce alfonsa, szefa burdelu, szaloną luksusową prostytutkę i paru innych. Oczywiście żaden z tych bohaterów nie wnosi nic do fabuły, ale i to nie jest największym problemem żałosnego tworu ludzkiej bezmyślności, który dystrybutor próbuje sprzedać jako „najbardziej niegrzeczną komedię roku”. Mógłbym poświęcić następne pięć akapitów na wymienianie wszystkich wad „Kac Wawy” – że efekt trójwymiaru został dodany tylko po to, by wyciągnąć więcej kasy od widzów, że uznani aktorzy marnują swój czas na granie skretyniałych postaci, że ani jeden żart nie jest w stanie wywołać choćby chwilowego uśmiechu, a pisany przez trzy osoby scenariusz to ciąg niepowiązanych ze sobą żenujących scen. Mijałoby się to jednak z celem. Beznadziejność „Kac Wawy” wykracza bowiem daleko poza sferę czysto filmową. Karwowski – być może nieświadomie, trudno ocenić – nakręcił coś po prostu szkodliwego. Jego produkcja jest szowinistyczna, niesmaczna i moralnie ohydna. W bezceremonialny sposób sprzyja najprostszym instynktom, gloryfikuje najbardziej żałosne pobudki. I nie ma to nic wspólnego z jej realizacyjną niezbornością. Po raz pierwszy w historii polskiego kina doczekaliśmy się prawdziwego filmu eksploatacji – eksploatacji wieśniactwa, obciachu, mentalnego buractwa spod znaku „fury, skóry i komóry”.

Nie można więc uznać „Kac Wawy” po prostu za kolejną żałosną polską komedyjkę. To nie poziom „Weekendu” ani „Ciacha”. To poziom tak niski, że wymienione wyżej filmy od razu ma się ochotę docenić, pomimo wszystkich ich gigantycznych wad. Nigdy wcześniej nie miałem ochoty wysłać twórców oglądanego filmu daleko w kosmos. I chyba nigdy nie czułem się tak brudny po seansie czegoś, co miało być komedią. Z okazji premiery „Kac Wawy” powinno się zbudować w kinach prysznice, a widzom zapewnić darmową opiekę psychologiczną. Albo – prościej – spalić wszystkie kopie, zakazać reżyserowi zbliżania się do kamery do końca życia i spróbować zapomnieć, że tak wielkie – inaczej się tego określić nie da – gówno kiedykolwiek powstało. Dla dobra całego wszechświata. 1/10

Ostatnio dodane