Justice League: War (2014) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Justice League: War

Nużący przeciętniak, który jednak powinien spodobać się najmłodszym widzom. I chyba tylko im.




Wybuchowe pyskotłuki pod jankeską banderą




Radosław Pisula
11.02.2014


7578319.3W 2011 roku wydawnictwo DC Comics postanowiło radykalnie odświeżyć swoje trykociarskie uniwersum. Wszystkie serie komiksowe zostały zrestartowane, a przygody bohaterów nie były już obarczone wieloletnią historią. Niestety, mimo że sam zamysł był całkiem niezły, to historie, jakie za nim podążały, najczęściej sprawiały negatywne wrażenie. Niektóre postacie zaczęły w końcu błyszczeć, ale inne zatopiono w infantylnej narracji i popcornowej konwencji, którą zachłysnęli się scenarzyści zapatrzeni w wysokobudżetową kinematografię prosto z krainy hamburgerów.

Jednym z takich komiksów był nowy początek Justice League. Historia spotkania Wielkiej Siódemki autorstwa Geoffa Johnsa, sprowadzała się do chaotycznej bijatyki, rozciągniętej na sześć numerów komiksu. Uproszczonych bohaterów pozbawiono wyrazistych i interesujących charakterów, ich interakcja wyzbyta została jakiejkolwiek naturalności, a dialogi przypominały konwersacje troglodytów o pogodzie. Scenarzysta wydestylował najbardziej płytkie elementy znane z kolorowych zeszytów, po czym podlał je koktajlem z wybuchów, których nie powstydziłby się Michael Bay, aby ukryć jakoś niedostatki fabularne.

Podobnego restartu doczekało się animowane uniwersum DC, które po przedstawieniu naprawdę niezłej opowieści, prezentującej wydarzenia, które doprowadziły do wyzerowania komiksowego świata (Justice League: The Flashpoint Paradox), postanowiło wprawić w ruch jeszcze świeże komiksowe zeszyty. Tym sposobem pierwsze spotkanie najważniejszej drużyny DC doczekało się pełnometrażowej wersji, która jest praktycznie kalką opowieści obrazkowej. Z wszystkimi jej zaletami oraz wadami. Na szczęście stara się chociaż w niewielkim stopniu naprawić kilka elementów materiału źródłowego.

justice-league-war-14

Film rozpoczyna dynamiczny pościgu Batmana za kosmicznym plugastwem, który zostaje przerwany przez pojawienie się Green Lanterna. Obaj panowie od początku nie pałają do siebie sympatia, ale muszą współpracować. Po pobieżnym zbadaniu sprawy, postacie szybko wpadają na Supermana. Wtedy też wybucha piekło. Na niebie otwierają się miedzywymiarowe portale, z których wylatuje więcej skrzydlatych maszkar. Chaos zjada największe miasta świata, a przypadkowo zebrani bohaterowie – do których dołączają jeszcze naiwna Wonder Woman, poczciwy Flash, infantylny Shazam oraz Cyborg, będący swoistym everymanem –  będą musieli przepędzić najeźdźców, a także stawić czoła stojącemu za tym wszystkim manipulatorowi.

Fabuła jest prosta jak bohaterowie filmów porno. Pojawia się zło, bohaterowie piorą to zło przez godzinę, prezydent wręcza im klucze do miasta, a matki oddają im swoje córy. To naprawdę smutne, że tak złożone postacie, muszą chałturzyć w przeciętnym akcyjniaku. W latach 90. wyszły przynajmniej dwa komiksy (JLA Granta Morrisona oraz JLA: Year One Marka Waida), które z szacunkiem oraz pomysłem podeszły do tych ikon i umiejętnie zaprezentowały świetne fabuły skupiające się na postaciach. Johns poszedł po linii najmniejszego oporu, serwując czytelnikom naiwne rozwiązania, a ludzie odpowiedzialni za adaptację nie zadali sobie żadnego trudu, żeby wykrzesać z tej opowieści jakąś iskrę zainteresowania. Na szczęście poprawiono w znacznym stopniu infantylne dialogi znane z oryginału, dzięki czemu dostajemy kilka naprawdę niezłych żartów.

justice-league-war-the-league

Pokracznej fabuły nie ratują też postacie. Z całego zbiorowiska oznaki charyzmy przejawiają tak naprawdę tylko Batman oraz Flash. Pierwszy jest starym, dobrym Mrocznym Rycerzem – nieopierzonym, ale ciekawym –, a szkarłatny biegacz to uosobienie superbohaterskiej łagodności. Swój chłop. Niestety, reszta zespołu zwyczajnie od siebie odrzuca. Wonder Woman wydaje się być zabawna w swojej naiwności, ale kurcze, to przecież najbardziej znana kobieca superbohaterka. Zrobienie z niej słodkiej idiotki po prostu smuci. Chociaż idealnie pasuje do aroganckiego i płytkiego Green Lanterna, narwanego Shazama i Supermana – który mało mówi, spędzając większość czasu na wpatrywaniu się w Dianę, jak w kawałek soczystego steku. Cyborg znajduje się gdzieś po środku, ponieważ jego historia to jedna wielka klisza, która jednak ma uniwersalny dar angażowania (człowiek w maszynie, maszyna w człowieku, płacz, zgrzytanie zębów, Robocop – klasyka). Mamy do czynienia z dysfunkcjonalną grupa postaci wyrwanych z różnych bajek, które od początku do końca nie przypominają zwartej grupy, a przecież komiksowi scenarzyści wielokrotnie pokazywali, iż można te indywidua połączyć w ciekawy kolektyw. O przeciwnikach ciężko coś powiedzieć, ponieważ to tylko zgraja mięsa armatniego i „ten zły za kurtyną”.

justice-league-war-batman-and-superman

Sama animacja jest dynamiczna, ale fabuła składa się praktycznie tylko z walk, które po trzydziestu minutach zaczynają zwyczajnie nudzić. Oglądamy kolejne piąchy lądujące na szkaradnych twarzach i ziewamy. Nie ma tutaj żadnej równowagi między akcją, a historią. Wszystko toczy się w takt niszczonych budynków. Dla takich widoków lepiej odpalić sobie Dragon Ball Kai.

Film jest szczery. W tytule mamy „wojnę”, a cała fabuła to jeden wielki nużący militarny bałagan. Jest głośno, szybko, wybuchowo. Niestety postacie to papierowe makiety, a widz nie ma chwili na to, aby w jakiś sposób przejąć się stawką, o którą toczy się całe starcie. Pusta wydmuszka, która sprowadza klasyczne ikony do ich najprostszych elementów. Przeciętniak, który jednak powinien spodobać się najmłodszym widzom. I chyba tylko im.

Radosław Pisula

Radosław Pisula

Całkowicie pożarty przez popkulturę. Poświęcił studia na analizowanie kina Johna Woo i Johna Carpentera, a obecni w ramach doktoratu pisze monografię Waltera Hilla. Zjada wszystko, co zapisano na taśmach celuloidowych i nośnikach cyfrowych – szczególnie wszelkiej maści horrory, wysokooktanowe akcyjniaki oraz klasyczne amerykańskie kino sygnowane nazwiskami m.in. Capry, Stewarta, Hitchcocka, Granta czy Hawksa. Uwielbia Grace Kelly, Nikolę Teslę oraz Godzillę – najlepiej, gdy pojawiają się w tym samym filmie. Kocha swoją dziewczynę.
Radosław Pisula






  • ragman

    Po linii najmniejszego oporu. Bo to ten opór ma być najmniejszy a nie linia. Ten błąd jest dosłownie wszędzie. :D
    A co do filmu…. w 2014 roku dalej poprzedzać team-upy bohaterów ich bijatyką? Ile można. Do tego w tej animacji są już podwaliny pod przyszły związek Supka i Diany. ;/ A wszystkie postacie to idioci z wyjątkiem Batka i trochę Flasha. Końcówka to już totalne pójście na łatwiznę – czemu boom tubes wsysają tylko parademony?:D

    • Gamart

      Dzięki ;)

      Superman ma w ogóle chyba najbardziej kretyńskie wejście w historii superbohaterskiej animacji, bo nie pozwala nikomu nic wyjaśnić i od razu zabiera się do obijania twarzy. To są infantylne schematy, które pamiętają jeszcze rządy Breżniewa…

  • Andriej

    Czepianie się głębi fabuły, postaci(lub jej braku) z kreskówki opartej na opowieści obrazkowej jest śmieszne, przynajmniej dla mnie. Lubiłem komiksy o SpiderMan’ie i Batmanie, ale wyrosłem z nich wraz z pójściem do gimnazjum. Może twórcy adresując swoją najnowszą bajeczkę do młodszej widowni (tej IMO docelowej), wysyłają starszym fanom sygnał, aby wreszcie dorośli? LoL

    • Gamart

      Tak, bo wszystkie komiksy sprowadzają się do tego samego. Ja z tego powodu nie lubię np. filmów i powoli z nich wyrastam. Widziałem „Dooma” i nikt mnie nie przekona, że filmy mogą mieć jakąś fabułę. Podobnie z muzyką – słyszałem raz kawałek Majki Jeżowskiej i daruję sobie resztę muzyki.

      O tych postaciach w zabawnych kostiumach można pisać na różne sposoby i da się znaleźć sporo materiału, który do najmłodszych wcale przeznaczony nie jest. Tak jak napisałem w recenzji, z Justice League istnieje sporo komiksów, które są fabularnie bardzo solidne. Zresztą, czy produkt przeznaczony dla młodszej widowni musi być od razu infantylny? Fabularnie pokraczny? Dopiero co pojawiła się w kinach „Lego Przygoda”, która pokazuje, że uniwersalne kreskówki istnieją. Podobnie jest z inkarnacjami JL.

      Przy okazji: Straszne jest takie generalizowanie i doczepianie łatek. Dorastanie = całkowite odcięcie od tego, co kiedyś nas bawiło? Smutne.

  • rob

    czyli justice legaue serial pozostaje poza konkurencją no i wonder women bardziej wonderowa tam była ;)o czarnym kanarku zielonej strzale i reszcie nie wspomnę

  • kartofelek007

    Popieram ocenę. Film kiepski. Jako miłośnik takich filmideł do tej się zupełnie nie przekonałem. Animacja za bardzo tandetna a fabuła naciągana, że aż bolały oczy. Jeżeli chcecie lepsze „bajki” to polecam: Superman DoomsDay, Flashpoint Paradox czy Batman: The Dark Knight Returns. O wiele, wiele lepsze. Tutaj widać zbyt dużo bajki w bajce :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Powrót do PRESSŁOŚCI #14 - Koszmar z ulicy Wiązów

Następny tekst

#136 - "Świat Wayne'a"



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE