nowości kinowe

Justice League: War

Nużący przeciętniak, który jednak powinien spodobać się najmłodszym widzom. I chyba tylko im.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

7578319.3W 2011 roku wydawnictwo DC Comics postanowiło radykalnie odświeżyć swoje trykociarskie uniwersum. Wszystkie serie komiksowe zostały zrestartowane, a przygody bohaterów nie były już obarczone wieloletnią historią. Niestety, mimo że sam zamysł był całkiem niezły, to historie, jakie za nim podążały, najczęściej sprawiały negatywne wrażenie. Niektóre postacie zaczęły w końcu błyszczeć, ale inne zatopiono w infantylnej narracji i popcornowej konwencji, którą zachłysnęli się scenarzyści zapatrzeni w wysokobudżetową kinematografię prosto z krainy hamburgerów.

Jednym z takich komiksów był nowy początek Justice League. Historia spotkania Wielkiej Siódemki autorstwa Geoffa Johnsa, sprowadzała się do chaotycznej bijatyki, rozciągniętej na sześć numerów komiksu. Uproszczonych bohaterów pozbawiono wyrazistych i interesujących charakterów, ich interakcja wyzbyta została jakiejkolwiek naturalności, a dialogi przypominały konwersacje troglodytów o pogodzie. Scenarzysta wydestylował najbardziej płytkie elementy znane z kolorowych zeszytów, po czym podlał je koktajlem z wybuchów, których nie powstydziłby się Michael Bay, aby ukryć jakoś niedostatki fabularne.

Podobnego restartu doczekało się animowane uniwersum DC, które po przedstawieniu naprawdę niezłej opowieści, prezentującej wydarzenia, które doprowadziły do wyzerowania komiksowego świata (Justice League: The Flashpoint Paradox), postanowiło wprawić w ruch jeszcze świeże komiksowe zeszyty. Tym sposobem pierwsze spotkanie najważniejszej drużyny DC doczekało się pełnometrażowej wersji, która jest praktycznie kalką opowieści obrazkowej. Z wszystkimi jej zaletami oraz wadami. Na szczęście stara się chociaż w niewielkim stopniu naprawić kilka elementów materiału źródłowego.

justice-league-war-14

Film rozpoczyna dynamiczny pościgu Batmana za kosmicznym plugastwem, który zostaje przerwany przez pojawienie się Green Lanterna. Obaj panowie od początku nie pałają do siebie sympatia, ale muszą współpracować. Po pobieżnym zbadaniu sprawy, postacie szybko wpadają na Supermana. Wtedy też wybucha piekło. Na niebie otwierają się miedzywymiarowe portale, z których wylatuje więcej skrzydlatych maszkar. Chaos zjada największe miasta świata, a przypadkowo zebrani bohaterowie – do których dołączają jeszcze naiwna Wonder Woman, poczciwy Flash, infantylny Shazam oraz Cyborg, będący swoistym everymanem –  będą musieli przepędzić najeźdźców, a także stawić czoła stojącemu za tym wszystkim manipulatorowi.

Fabuła jest prosta jak bohaterowie filmów porno. Pojawia się zło, bohaterowie piorą to zło przez godzinę, prezydent wręcza im klucze do miasta, a matki oddają im swoje córy. To naprawdę smutne, że tak złożone postacie, muszą chałturzyć w przeciętnym akcyjniaku. W latach 90. wyszły przynajmniej dwa komiksy (JLA Granta Morrisona oraz JLA: Year One Marka Waida), które z szacunkiem oraz pomysłem podeszły do tych ikon i umiejętnie zaprezentowały świetne fabuły skupiające się na postaciach. Johns poszedł po linii najmniejszego oporu, serwując czytelnikom naiwne rozwiązania, a ludzie odpowiedzialni za adaptację nie zadali sobie żadnego trudu, żeby wykrzesać z tej opowieści jakąś iskrę zainteresowania. Na szczęście poprawiono w znacznym stopniu infantylne dialogi znane z oryginału, dzięki czemu dostajemy kilka naprawdę niezłych żartów.

justice-league-war-the-league

Pokracznej fabuły nie ratują też postacie. Z całego zbiorowiska oznaki charyzmy przejawiają tak naprawdę tylko Batman oraz Flash. Pierwszy jest starym, dobrym Mrocznym Rycerzem – nieopierzonym, ale ciekawym –, a szkarłatny biegacz to uosobienie superbohaterskiej łagodności. Swój chłop. Niestety, reszta zespołu zwyczajnie od siebie odrzuca. Wonder Woman wydaje się być zabawna w swojej naiwności, ale kurcze, to przecież najbardziej znana kobieca superbohaterka. Zrobienie z niej słodkiej idiotki po prostu smuci. Chociaż idealnie pasuje do aroganckiego i płytkiego Green Lanterna, narwanego Shazama i Supermana – który mało mówi, spędzając większość czasu na wpatrywaniu się w Dianę, jak w kawałek soczystego steku. Cyborg znajduje się gdzieś po środku, ponieważ jego historia to jedna wielka klisza, która jednak ma uniwersalny dar angażowania (człowiek w maszynie, maszyna w człowieku, płacz, zgrzytanie zębów, Robocop – klasyka). Mamy do czynienia z dysfunkcjonalną grupa postaci wyrwanych z różnych bajek, które od początku do końca nie przypominają zwartej grupy, a przecież komiksowi scenarzyści wielokrotnie pokazywali, iż można te indywidua połączyć w ciekawy kolektyw. O przeciwnikach ciężko coś powiedzieć, ponieważ to tylko zgraja mięsa armatniego i „ten zły za kurtyną”.

justice-league-war-batman-and-superman

Sama animacja jest dynamiczna, ale fabuła składa się praktycznie tylko z walk, które po trzydziestu minutach zaczynają zwyczajnie nudzić. Oglądamy kolejne piąchy lądujące na szkaradnych twarzach i ziewamy. Nie ma tutaj żadnej równowagi między akcją, a historią. Wszystko toczy się w takt niszczonych budynków. Dla takich widoków lepiej odpalić sobie Dragon Ball Kai.

Film jest szczery. W tytule mamy „wojnę”, a cała fabuła to jeden wielki nużący militarny bałagan. Jest głośno, szybko, wybuchowo. Niestety postacie to papierowe makiety, a widz nie ma chwili na to, aby w jakiś sposób przejąć się stawką, o którą toczy się całe starcie. Pusta wydmuszka, która sprowadza klasyczne ikony do ich najprostszych elementów. Przeciętniak, który jednak powinien spodobać się najmłodszym widzom. I chyba tylko im.

Ostatnio dodane